Eksperci wróżą dawnej nadziei liberałów dymisję. Poprawiłaby ona notowania Putina przed wyborami prezydenckimi.
Czy popiera pan/pani działalność premiera Dmitrija Miedwiediewa? / Dziennik Gazeta Prawna
Gdy w 2008 r. Dmitrij Miedwiediew zostawał prezydentem Rosji, wielu zachodnich ekspertów spodziewało się rozluźnienia kursu w polityce wewnętrznej i zagranicznej. Młody, dobrze wykształcony polityk prezentował liberalną twarz Kremla. Pierwsze kroki dawały nadzieję na zmianę; z inicjatywy nowego prezydenta przywrócono powszechne wybory gubernatorów rosyjskich obwodów i republik, ogłoszono zamiar modernizacji gospodarki, a sam Miedwiediew udzielił wywiadu opozycyjnej „Nowej Gaziecie”.
Reklama
Część tych nadziei umarła już w sierpniu, trzy miesiące po zaprzysiężeniu Dmitrija Anatoljewicza. To Miedwiediew jako głównodowodzący siłami zbrojnymi formalnie stał za decyzją o użyciu wojska przeciwko Gruzji, której prezydent Micheil Saakaszwili próbował odzyskać kontrolę nad zbuntowaną Osetią Południową. Po krótkiej wojnie Moskwa uznała niepodległość Osetii Płd. i niedalekiej Abchazji. Jak pisze biograf Putina i ludzi z jego otoczenia Michaił Zygar, Miedwiediew stanąłby do wyścigu o reelekcję w 2012 r., gdyby nie rewolucja w Libii.
Zygar pisze, że pod wpływem drastycznych scen pokazujących zlinczowanie w październiku 2011 r. libijskiego przywódcy Muammara Kaddafiego przez tłum w Syrcie, Władimir Władimirowicz podjął decyzję o zaostrzeniu kursu i powrocie na najważniejsze stanowisko. Aby jednak na wizerunku tandemu nie pojawiły się rysy, po wyborach Miedwiediew i Putin zamienili się stanowiskami. Wczoraj premier prezentował efekty kolejnego roku na fotelu szefa rządu. Miał o tyle ułatwione zadanie, że pytania od poszczególnych klubów wcześniej trafiły na jego biurko, by 51-letni szef gabinetu mógł się przygotować do wystąpienia.

Reklama
Premier starał się nie popadać w hurraoptymizm. – Zejdźmy na ziemię. W jakich warunkach żyjemy? Ropa potaniała dwukrotnie. Zapomnieliście o tym? – przypominał posłom. – Skoro jesteście gotowi do rządzenia, dajcie uniwersalną receptę, co robić dalej. Znajdźcie dodatkowe pieniądze. A w skrajnie trudnej zewnętrznej koniunkturze gospodarczej takie rozmowy (krytyka – red.) nie mają żadnej wartości – przekonywał. – Ludzie (w wyborach parlamentarnych 2016 r. – red.) poparli stabilność i rozwój. Na to jest dziś największy popyt w społeczeństwie. Jestem pewien, że zostanie on zachowany w nadchodzącej kampanii prezydenckiej – podsumował.
Duma pracuje nad ustaleniem daty wyborów na 18 marca 2018 r., dokładnie w czwartą rocznicę podpisania porozumienia z samozwańczymi władzami Krymu i Sewastopola o przyłączeniu tych ukraińskich terytoriów do Rosji. Świat aneksji nie uznał, ale patriotyczna euforia w społeczeństwie wywindowała wskaźniki poparcia dla Putina do poziomów przekraczających 85 proc. Kreml liczy, że za rok na okolicznościach, które najlepiej opisuje twitterowy hashtag #krymnasz, Putin po raz kolejny zdoła ugrać parę dodatkowych punktów, by z jeszcze większą przewagą zapewnić sobie następną, tym razem sześcioletnią kadencję.
Część politologów twierdzi, że kolejne procenty poparcia mogłaby prezydentowi przynieść dymisja premiera i sięgnięcie po świeżą, niezgraną kartę. Podobny manewr jest o tyle prawdopodobny, że Putin sięgał po niego już dwukrotnie. Na półtora miesiąca przed wyborami w 2004 r., gdy prezydent starał się o drugą kadencję, odwołano premiera Michaiła Kasjanowa. Z kolei jego następca Wiktor Fradkow, powołany dziewięć dni przed wyborami 2004 r., otrzymał wypowiedzenie niespełna cztery lata później, pół roku przed elekcją, po której na Kremlu zasiadł prezydent Miedwiediew.
Problem z Miedwiediewem polega na tym, że przestaje on pasować każdej z frakcji wewnątrz obozu władzy. Jastrzębi, których symbolizuje minister obrony Siergiej Szojgu, w ramach odwiecznej walki z gołębiami jego dymisja ucieszyłaby w każdych warunkach. Wyborców, którym podoba się imperialny i brutalny styl sprawowania władzy, miękkość Miedwiediewa nigdy nie pociągała. Z kolei młodych, bardziej zwesternizowanych premier zaczął od siebie odstraszać gafami i skandalem korupcyjnym, którego ujawnienie doprowadziło w marcu do największych od lat protestów, nie tylko w Moskwie, ale i – to nowość – na prowincji.
Cios wyprowadził szef Fundacji Walki z Korupcją Aleksiej Nawalny. Realizacja firmowanego przez niego filmu „On wam nie Dimon” kosztowała 415 tys. rubli (29 tys. zł). Sam tytuł nawiązuje do słów rzeczniczki Miedwiediewa. – Nie rozumiem ludzi, którzy piszą na Facebooku „No, Dimon, super jesteś”. To dla was nie jest żaden Dimon. To szef rządu – strofowała swego czasu internautów Natalja Timakowa. Nawalny przedstawił w filmie schematy stosowane przez fundację charytatywną Dar, które miały służyć wyprowadzaniu pieniędzy, za które Miedwiediew miał budować rezydencje (m.in. we Włoszech), kupować luksusowe mieszkania i jachty.
Wczoraj o film Nawalnego spytał komunistyczny poseł Nikołaj Kołomiejcew. – Nie będę komentował absolutnie kłamliwych produktów awanturników politycznych. I uważam, że szanowany przeze mnie klub Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej również powinien się tego wystrzegać – odpowiedział premier, na co owacją zareagowali deputowani jego Jednej Rosji. To, co się podoba jedinorossom, niekoniecznie musi się jednak podobać niedawnym zwolennikom Miedwiediewa wśród zwykłych obywateli.
Dawniej ceniony przez nich premier stał się obiektem internetowych szyderstw zwłaszcza po wizycie na Krymie w 2016 r., gdy w niezręczny sposób uciekł od odpowiedzi na pytanie o odwołaną waloryzację emerytur. – Nie ma pieniędzy. Jak je znajdziemy, to będzie waloryzacja. Trzymajcie się tu, wszystkiego dobrego, dobrego humoru i zdrowia! – uciął Miedwiediew. Wypowiedź skrócona do frazy „dienieg niet, no wy dierżytieś” (nie ma pieniędzy, ale się trzymajcie) dla liberalnych wyborców stała się symbolem arogancji i bezradności władzy. Według ostatniego sondażu WCIOM sympatię dla premiera deklaruje 15 proc. ankietowanych.
Ekstremiści to nie Rosjanie
We wtorek szefowie wszystkich czterech klubów rosyjskiej Dumy zgłosili projekt, na mocy którego terroryści będą mogli być pozbawiani obywatelstwa. To reakcja na słowa Władimira Putina z 12 kwietnia. – Zgodnie z konstytucją nie możemy nikogo pozbawić obywatelstwa. Ale możemy cofać decyzje, które były podstawą dla jego otrzymania – mówił prezydent. Inicjatorzy mówią, że przepisy nie będą mogły być stosowane wobec osób urodzonych jako obywatele Rosji. Są one wymierzone w ludzi takich jak sprawca zamachu w Petersburgu, w którym 3 kwietnia zginęło 15 osób. Akbardżon Dżaliłow otrzymał rosyjski paszport w 2011 r., a wcześniej był obywatelem Kirgistanu. Projekt przewiduje, że będzie można „odwołać decyzję o uzyskaniu obywatelstwa”, jeśli sprawca posiada inny paszport. Chodzi o skazanych za terroryzm, członkostwo w nielegalnej organizacji zbrojnej, porwanie samolotu, zamach na życie urzędnika, działacza społecznego lub obcego dyplomaty, zamach stanu oraz wzywanie do ekstremizmu i jego finansowanie.