Wymiar sprawiedliwości czeka na reformy

Jerzy Stępień, sędzia, były prezes Trybunału Konstytucyjnego
Jerzy Stępień, sędzia, były prezes Trybunału KonstytucyjnegoDGP
2 lutego 2009

Jerzy Stępień, sędzia, były prezes TK: Nie będę komentował zmian na stanowisku ministra sprawiedliwości, postaram się natomiast zwrócić uwagę na kryzys naszego wymiaru sprawiedliwości, czego dymisja ministra jest symptomem. Kryzys korzeniami sięga bowiem samych początków III Rzeczpospolitej i jest konsekwencją braku wyraźnej wizji, czym w istocie jest władza sądownicza we współczesnym państwie demokratycznym.

Da się oczywiście zrozumieć, dlaczego pierwsze miesiące po historycznych wyborach czerwcowych stawiały w centrum uwagi przede wszystkim problemy ekonomiczne, nawet przebudowa lokalnych struktur władzy publicznej nie wydawała się wówczas pierwszoplanowa. Na szczęście zbudowane od podstaw w 1990 r. samorządy lokalne szybko znalazły swoje miejsce w życiu publicznym i, co niemniej ważne, w gospodarce rynkowej. Inaczej, niestety, było z wymiarem sprawiedliwości: jakoś tam przecież działał i w pierwszej chwili wydawało się, że konieczna jest co najwyżej weryfikacja sprawujących go ludzi. Dokonano pewnych cięć w prokuraturach i policji (milicji), sądy z kolei pozostawiono w zasadzie samym sobie, licząc na to, że sędziowie we własnym zakresie dokonają potrzebnej samooceny. Tymczasem tak głęboko zamierzone zmiany w funkcjonowaniu państwa musiały równolegle stawiać pytania o miejsce w nim władzy sądowniczej. Takiej jednak debaty nikt wówczas nie rozpoczął, pozostawiając rozważanie szczegółów specjalistom poszczególnych dyscyplin prawniczych, którzy jednak nie pokusili się o wyjście poza swoje profesjonalne opłotki. Słusznie zauważył prof. Hubert Izdebski, że działalność legislacyjna początków lat 90. to działania w warunkach swoistej nostalgii ustrojowej. Kiedy brakowało właśnie solidnej podbudowy teoretycznej, a niejednokrotnie także wiedzy na temat współczesnych rozwiązań ustrojowych, często sięgano do rozwiązań z okresu międzywojennego, traktując je jako bezpieczny wzorzec, idealizując przy okazji wszystko to, co zniszczył PRL. W tej właśnie atmosferze zrodził się między innymi pomysł połączenia w jednym ręku funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Zrealizowano go jeszcze bodaj w 1990 roku z uzasadnieniem, że rząd musi mieć przecież jakiś instrument wpływania na politykę karną sądów. Argument, że tak właśnie było przed wojną, zdawał się zastępować wówczas jakąkolwiek dyskusję. Swoją drogą nie pamiętam, by ktoś wówczas ten pomysł torpedował czy nawet kontestował, domagając się chociażby głębszej podbudowy takiej ustrojowej konstrukcji, jawnie przecież wiodącej do naruszenia zasady odrębności władzy sądowniczej od pozostałych władz (ustawodawczej i wykonawczej). Że konstrukcja ta odbija się dziś wszystkim czkawką, wiemy aż nadto dobrze. Problem jednak w tym, że wszystkie kolejne rządy III Rzeczpospolitej, nawet jeśli widzą jego anachronizm, zachowują się jak ów osławiony chór w operze.

Pozostało 91% treści
Ten artykuł przeczytasz tylko z aktywną subskrypcją Premium.
Teraz z Płatnościami powtarzalnymi BLIK
zyskasz dostęp do wszystkich treści
za 29 zł / miesiąc przez 3 miesiące


Możesz anulować w dowolnym momencie.
Źródło: GP
Autopromocja
381536mega.png
381439mega.png
381557mega.png
©℗

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.