Na co komu Trybunał Stanu? [OPINIA]

Temida sąd NSA
Shutterstock
28 maja 2024

W Sejmie w ostatnich dniach nastąpiło przyspieszenie jeśli chodzi reaktywację Trybunału Stanu – posłowie Koalicji 15 października postanowili ożywić i zatrudnić to de facto martwe od wielu lat ciało do rozliczenia dotychczasowej działalności szefów: NBP Adama Glapińskiego i KRRiT Macieja Świrskiego. Przy tej okazji jednak warto zadać pytanie o sens utrzymywania instytucji, która przez ponad sto lat istnienia przeprowadziła cztery postępowania i skazała dwie osoby.

Stanąć przed Trybunałem Stanu – to brzmi poważnie, bo sugeruje popełnienie ciężkiego przestępstwa przeciwko ojczyźnie. Tak zresztą kategorię rozpatrywanych przed TS spraw definiowała konstytucja marcowa z 1921 roku, gdzie mowa była o odpowiedzialności za „zdradę kraju” czy „pogwałcenie Konstytucji”. W praktyce jednak, zwłaszcza w ostatnich latach, organ ten stał się niezbyt groźnym starszakiem na oponentów politycznych.

W zapowiedziach i składaniu wniosków do TS wyspecjalizowała się Platforma Obywatelska. Zamiary zawsze były ambitne, bo dotyczyły czołowych polityków PiS z prezesem partii na czele. Gorzej jednak gdy przychodziło do ich realizacji, bo wówczas okazywało się, albo jak w przypadku Jarosława Kaczyńskiego, że nie ma wystarczającej woli politycznej i determinacji, by ciągać głównego oponenta politycznego po sądach, albo jak w przypadku Zbigniewa Ziobry – brakowało w Sejmie pięciu głosów, by przegłosować postawienie go przed TS.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: GazetaPrawna.pl / Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.