Książka to nie tylko towar, lecz element odporności państwa

Książka to nie tylko towar, lecz element odporności państwa
Książka to nie tylko towar, lecz element odporności państwaShutterstock
29 września, 14:18

W ostatnim czasie doszło do zaostrzenia sporu wokół Stowarzyszenia Autorów i Wydawców Copyright Polska. Ministerstwo kultury pozwoliło tej organizacji pobierać i dzielić pieniądze należne autorom literatury. Uwagi zgłaszały Unia Literacka, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich a także ZAIKS. O sprawie i szerzej rynku książki mówi Piotr Siemion, prawnik, pisarz i tłumacz, członek władz Unii Literackiej.

Dlaczego Unia Literacka zgłasza zastrzeżenia do działalności Copyright Polska?

Piotr Siemion: Od razu zaznaczę, że wypowiadam się głównie w swoim imieniu, jako twórca, choć o całej sprawie często dyskutujemy na forum zarządu Stowarzyszenia Unia Literacka. O pewnych zjawiskach warto jednak rozmawiać także poza oficjalnymi ramami. Jeżeli spojrzymy na statut i nazwę Copyright Polska, to mamy do czynienia ze Stowarzyszeniem Autorów i Wydawców. W statucie zapisano, że organizacja reprezentuje i dba o interesy wydawców i twórców, a częścią jej misji jest również opieka nad działalnością twórczą.

Podnoszone ostatnio zastrzeżenia wynikają z kilku kwestii. Po pierwsze, statut przewiduje udział zarówno wydawców, jak i twórców we władzach organizacji. Tymczasem w zarządzie są obecnie osoby ze świata wydawniczego. Z punktu widzenia środowiska nie ma tam skutecznej reprezentacji twórców.

Po drugie, dotychczasowa działalność Copyright Polska na mocy ministerialnej decyzji koncentrowała się przede wszystkim na pobieraniu i wypłacaniu wynagrodzeń związanych z wypożyczeniami bibliotecznymi, czyli tzw. PLR. To jest oczywiście potrzebna funkcja. Natomiast statutowa misja organizacji jest znacznie szersza.

Czyli problemem nie jest samo istnienie organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorów?

Absolutnie nie. Organizacje zbiorowego zarządzania, w tym Copyright Polska, są potrzebne. Pisarz nie jest w stanie sam negocjować z każdym użytkownikiem swojej twórczości. Musi istnieć ktoś, kto zbiera należne wynagrodzenia i następnie rozlicza je z autorami.

Copyright Polska otrzymało mandat od państwa i to jest fakt. Nie jest naszą rolą jako organizacji twórczej rozliczać je z każdego aspektu działalności „inkasenckiej”. Od tego są odpowiednie instytucje państwa, które mają narzędzia, aby sprawdzić, jak organizacja wywiązuje się z powierzonych jej zadań. Natomiast w środowisku twórców słyszymy zastrzeżenia do drugiej części jej statutowej misji, czyli opieki nad twórcami. Naszym zdaniem w tym obszarze Copyright Polska właściwie nie działa.

Co konkretnie ma pan na myśli, mówiąc o opiece nad twórcami?

Może ona przybierać różne formy – programów socjalnych, stypendialnych czy innych działań wspierających środowisko twórcze. Szalenie istotna jest kwestia inicjatyw legislacyjnych w stronę zmian prawa – nie tylko autorskiego! – korzystnych dla twórców. Nie ma jednego modelu, który musiałby obowiązywać wszystkich. Problem polega na tym, że w przypadku Copyright Polska tej działalności z naszej perspektywy po prostu nie widać.

I to jest dla nas, twórców, istotne, bo twórcy są źródłem wpływów, którymi później organizacja zbiorowego zarządzania – zarządza. My tworzymy utwory, które są następnie wykorzystywane, a więc należą nam się z tego tytułu nie tylko pieniądze, ale również pewnego rodzaju reprezentacja i wsparcie.

WAŻNY OBSZAR NOWYCH TECHNOLOGII

A jak wygląda kwestia nowych obszarów, za które Copyright Polska ma odpowiadać?

Od tego roku dochodzi kwestia tzw. czystych nośników, czyli wynagrodzeń związanych z reprografią. To jest stosunkowo nowy obszar. Duża część utworów funkcjonuje dziś w internecie i na różnych urządzeniach, więc system rozliczeń musi być dostosowany do współczesnego sposobu korzystania z twórczości.

Według moich informacji Copyright Polska nie przedstawiło twórcom zasad, według których miałoby się to odbywać. Nie wiemy również jako środowisko, jakie systemy informatyczne i systemy rozliczeń są przygotowane do tego zadania. Z tego punktu widzenia jest tu więc pewna czarna dziura informacyjna.

Czy pana zdaniem Copyright Polska ma kompetencje technologiczne, żeby obsługiwać współczesny rynek książki, a więc e-booki, audiobooki, platformy subskrypcyjne?

Nie wiem, czy je ma. Nie ma takich informacji. I właśnie to jest problem. Być może – gdybyśmy zapytali Copyright Polska – organizacja odpowiedziałaby, że takie kompetencje posiada albo że nad nimi pracuje.

Współczesny rynek wymaga bardzo precyzyjnego zbierania danych: ile razy odtworzono konkretny audiobook, ile razy pobrano e-book, z jakiego serwisu, w jakim okresie, na jakie czytniki. Do tego potrzebne są odpowiednie systemy i kompetencje. Chcielibyśmy wiedzieć, że one istnieją i że cały proces będzie przejrzysty. Dodam, że działalność Copyright Polska e-booków nie obejmuje, z przyczyn, które trudno mi zrozumieć – to w końcu coraz istotniejszy procent rynku.

Jak pan ocenia decyzję o rozszerzeniu uprawnień Copyright Polska na „czyste nośniki”?

Nie chciałbym wypowiadać się za ministerstwo ani przypisywać mu motywacji, których nie znamy. Z przedstawicielami Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego spotykaliśmy się jako zarząd Unii Literackiej i rozmawialiśmy o tej kwestii. Nie jest więc tak, że ministerstwo postawiło mur i nie reaguje. Natomiast z naszej perspektywy twórcy czują się w pewnym stopniu niedoinformowani i pomijani w dyskusjach dotyczących decyzji, które bezpośrednio ich dotyczą.

JAKI MODEL DLA RYNKU KSIĄŻKI

W ostatnich miesiącach spór mocno się zaostrzył. Czy Unia Literacka chce odebrania Copyright Polska tych uprawnień?

Nie. I chciałbym to bardzo wyraźnie podkreślić. Unia Literacka nie jest zainteresowana tym, żeby – mówiąc kolokwialnie – „zaorać” Copyright Polska. Ta organizacja pełni swoją rolę i ma mandat państwa. Mamy zastrzeżenia do sposobu, w jaki tę rolę wykonuje, ale to nie oznacza, że chcemy działań radykalnych.

Trochę przesunęliśmy się wszyscy w ostatnich miesiącach w stronę emocjonalnych polemik. Nie jest to dobre dla nikogo. Chcielibyśmy ten etap zamknąć i przejść do konkretnych działań, które rzeczywiście poprawią sytuację twórców.

Ten konflikt zbiegł się ze sporem o model funkcjonowania rynku książki oraz powstaniem Wydawnictwa Heca, inicjatywy Zygmunta Miłoszewskiego. Szef Copyright Polska zarzucił temu pomysłowi, że jest skierowany przeciwko obowiązującym regułom na rynku księgarskim. Jak pan patrzy na ten pomysł?

To bardzo ciekawa inicjatywa, choć oczywiście ograniczona zasobami finansowymi i późnym wejściem na rynek. Ważniejsze jest jednak to, żeby nie przedstawiać obecnej sytuacji jako wojny wydawców z twórcami. Wydawcy i autorzy jadą w dużej mierze na tym samym wózku i mają wspólnego przeciwnika – są nim określone mechanizmy rynku książki.

Jednym z problemów są hurtownicy, którzy pobierają znaczące marże wpływające na cenę książki. Jeszcze bardziej skomplikowana jest sytuacja, gdy mamy do czynienia z podmiotami zintegrowanymi wertykalnie, czyli łączącymi wydawnictwo, hurtowy obrót książkami i sieć księgarską. Taki podmiot ma znacznie większą możliwość wpływania na warunki rynku.

Czy to właśnie nierównowaga na rynku książki jest dziś jego największym problemem? Bo od dawna dyskutuje się choćby o klauzuli bestsellerowej czy jednolitej cenie książki…

To jeden z zasadniczych problemów. Kwestia wspomnianej klauzuli została w minionym roku w pewnym zakresie rozwiązana. Ale patrząc szerzej, mamy do czynienia z rynkiem, na którym pozycja poszczególnych uczestników jest bardzo nierówna.

Jako środowisko próbowaliśmy zainteresować tym problemem również Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Z tego, co wiem, urząd deklarował, że przyjrzy się sprawie, ale koniec końców odmówił rozpatrzenia wniosku. A właśnie po to istnieją instytucje ochrony konkurencji, żeby analizować sytuacje, w których występuje poważna nierównowaga rynkowa.

Jednocześnie problemem staje się dostęp czytelnika do książki. W Warszawie znikają księgarnie, brakuje miejsc poświęconych literaturze.

To jest bardzo ważny element całej układanki. Możemy powiedzieć, że wszystko przenosi się do internetu i tradycyjne księgarnie są skazane na znikanie. Częściowo jest to prawda, ale tylko częściowo.

Proszę sobie wyobrazić, że państwo chce zorganizować w Warszawie wielki festiwal literacki. Nie targi książki pod Pałacem Kultury czy Stadionem Narodowym, lecz wydarzenie, podczas którego przez kilka dni spotykają się autorzy z Polski i zagranicy, odbywają się rozmowy, debaty, spotkania z czytelnikami. Gdzie miałoby się to odbyć? Czy mamy w Warszawie centrum literatury, miejsce, które mogłoby pełnić taką funkcję? Moim zdaniem nie.

No właśnie, należy chyba również podkreślić, iż rynek książki to nie tylko pieniądze, lecz również ważny element kulturotwórczy.

Oczywiście. Książka jest dobrem handlowym i towarem, ale nie tylko. Rynek ten jest również rynkiem czytelnika. Jeżeli nie ma księgarni, do której można wejść i znaleźć mniej popularną książkę, jeżeli nie ma miejsca, w którym można o literaturze rozmawiać, to tracimy pewien element życia kulturalnego.

W Warszawie mamy instytucje związane z literaturą, ale brakuje miejsca, które byłoby otwartym, żywym centrum literackim. To pokazuje, że książki nie można traktować wyłącznie jako produktu, który ma się sprzedać.

LITERATURA A ODPORNOŚĆ PAŃSTWA

Może do książek – albo szerzej – do kultury, nie przykłada się należytej wagi? Tak na poziomie samorządów, jak i administracji państwa.

A szkoda, bo literatura jest częścią kultury, a kultura jest częścią naszej tożsamości. W ostatnich latach dużo mówi się o odporności państwa – resilience. Zwykle myślimy w tym kontekście o infrastrukturze, bezpieczeństwie czy zdolności do reagowania na kryzysy. Tymczasem odporność ma również wymiar niematerialny: odporność na propagandę, dezinformację, fake newsy, brak krytycznego myślenia.

Literatura i sztuka odgrywają w tym procesie pierwszorzędną rolę. Polska książka miała ogromne znaczenie dla podtrzymywania tożsamości w czasach zaborów. Dzisiaj sytuacja jest oczywiście zupełnie inna, ale mechanizm pozostaje ważny: społeczeństwo zawsze potrzebuje własnej kultury, języka i literatury.

Dlatego uważam, że o rynku książki nie można rozmawiać wyłącznie w kategoriach kilku miliardów złotych obrotu. Chodzi o coś większego. Bez książek i literatury będziemy po prostu słabsi - także jako państwo.

Na koniec wróćmy do Copyright Polska. Czy środowisko literackie wie dziś właściwie, ilu autorów organizacja reprezentuje?

Nie wiem, czy Copyright Polska odpowiedziało na ostatnie pytania w tej sprawie. Wśród naszych znajomych słyszałem o pojedynczych przypadkach osób, które zdecydowały się przystąpić do Copyright Polska. To oczywiście nie pozwala wyciągać żadnych ogólnych wniosków.

Nie twierdzę również, że inne organizacje autorskie są pod tym względem idealne. ZAiKS czy Stowarzyszenie KOPIPOL także mają przestrzeń do poprawy swojej działalności na rzecz twórców.

Natomiast wracamy w ten sposób do punktu wyjścia. W Polsce wciąż za mało rozumiemy, że twórców można i należy wspierać. A jeżeli organizacja wpisuje taką misję do swojego statutu, to oczekujemy, że będzie ją rzeczywiście realizowała.

Rozmawiał Krzysztof Ratnicyn 

Źródło: Materiały prasowe
Autopromocja
381536mega.png
381439mega.png
381557mega.png
©℗

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.