Edukacja zdrowotna wciąż pod znakiem zapytania. Ekspertka o konsekwencjach możliwych scenariuszy

Szkoła
Edukacja zdrowotna wciąż pod znakiem zapytania. Ekspertka o konsekwencjach możliwych scenariuszyShutterstock
4 kwietnia, 13:59

- Dyskusja wokół edukacji zdrowotnej powinna zostać przeniesiona na poziom szkół - mówi DGP dr Barbara Jamrozowicz, Instytut Pedagogiki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ekspertka omawia także konsekwencje różnych wariantów decyzji MEN w sprawie przyszłości przedmiotu.

Do końca marca MEN miało przedstawić decyzję dotyczącą statusu edukacji zdrowotnej, która obecnie funkcjonuje w szkołach w formie fakultatywnej. Na ten moment nie wiadomo, na jakich zasadach przedmiot będzie realizowany od września. Jak pani ocenia to, że resort wciąż nie ogłosił jednoznacznego stanowiska w tej sprawie?

Przede wszystkim odroczenie decyzji stawia dyrektorów szkół w bardzo niekorzystnej sytuacji. W kontekście planowania pracy obowiązują rygorystyczne terminy: do 21 kwietnia należy przedłożyć projekty arkuszy organizacyjnych, a następnie przewidziane jest jeszcze 10 dni roboczych na ich akceptację przez związki. Jeśli decyzja nie zostanie ogłoszona najpóźniej we wtorek po świętach, dyrektorzy będą działać pod dużą presją czasu. W praktyce oznacza to konieczność szybkiego podejmowania kluczowych decyzji dotyczących m.in. przydziału przedmiotów i siatki godzin, co jest bardzo trudne i obciążające.

Nie do końca rozumiem też, z czego wynika to opóźnienie. Resort miał na podjęcie decyzji wystarczająco dużo czasu, dlatego ta zwłoka budzi wątpliwości. Choć wskazano, że trwają jeszcze ustalenia, komunikacja MEN pozostaje mało przejrzysta i nie wiadomo, kto ostatecznie musi zatwierdzić ostateczne rozstrzygnięcie.

Sądzi pani, że decyzja kierownictwa resortu dotycząca edukacji zdrowotnej jest dziś determinowana głównie względami politycznymi?

Można przypuszczać, że w tym przypadku kwestie polityczne odgrywają istotną rolę. Kluczowe pytanie brzmi jednak, czy realne konsekwencje takich kalkulacji będą miały wpływ na dobrostan dzieci. Poza tym w społeczeństwie obywatelskim nie powinno dochodzić do sytuacji, w których tego rodzaju rozstrzygnięcia są odkładane w czasie kosztem organizacji pracy szkół.

Obecnie w grze pozostają trzy scenariusze: forma fakultatywna przedmiotu, wersja obligatoryjna i obowiązkowa z wyłączeniem treści dotyczących zdrowia seksualnego. Z nieoficjalnych doniesień wynika, że resort skłania się raczej ku tej ostatniej opcji. W takim kształcie przedmiot nadal będzie spełniał swoje założenia?

Taki wariant jest zbieżny z narracją prezydenta Karola Nawrockiego i części środowisk, które deklarują poparcie dla edukacji zdrowotnej, ale przy wyłączeniu komponentu dotyczącego zdrowia seksualnego. Problem polega na tym, że jeśli ten moduł zostanie usunięty lub stanie się fakultatywny, może rodzić się pytanie o realną wartość i funkcję tego przedmiotu.

Ograniczenie zakresu sprawi przecież, że tematy związane ze zdrowiem seksualnym pozostaną poza edukacją obowiązkową i będą obecne jedynie fragmentarycznie - m.in. w ramach biologii. Tymczasem, jak wynika m.in. z badań NASK, np. pierwsze kontakty dzieci z treściami pornograficznymi następują średnio między 10. a 11. rokiem życia. W praktyce oznacza to, że bez systemowego wsparcia edukacyjnego dzieci są w dużej mierze zdane na internet i środowisko rówieśnicze, a jakość wsparcia rodzicielskiego jest w tym zakresie bardzo zróżnicowana.] A to oznacza, że powstanie luka między tym, co oferuje szkoła, a tym, co jest poza jej zasięgiem.

Na jakich zasadach, pani zdaniem, powinien funkcjonować ten przedmiot, aby możliwe było pogodzenie potrzeby kompleksowej i rzetelnej edukacji uczniów z obawami części rodziców i środowisk?

Moim zdaniem dyskusja wokół edukacji zdrowotnej powinna zostać przeniesiona na poziom szkół. Już pierwsze, obowiązkowe spotkanie organizowane przez dyrekcję z rodzicami mogłoby stać się przestrzenią dialogu i partycypacji, w której - wspólnie z nauczycielem lub osobą prowadzącą zajęcia - omawia się założenia przedmiotu. Kluczowe jest realne włączenie rodziców w proces decyzyjny, bo jedną z głównych barier pozostaje ich brak zaufania, często wynikający z uproszczonych przekazów medialnych i internetowych.

To właśnie te obawy - dotyczące m.in. „seksualizacji dzieci” czy konfliktu z określonymi systemami wartości - wpływają na decyzje o rezygnacji z zajęć. Tymczasem edukacja zdrowotna opiera się na podejściu medycznym i naukowym, które rzeczywiście nie zawsze pokrywa się z niektórymi interpretacjami światopoglądowymi.

Choć podstawy programowej nie da się zasadniczo zmienić, jej interpretacja powinna być otwarta na dyskusję i lokalne dostosowania. Dlatego zamiast sporu o samą obecność przedmiotu, punktem wyjścia powinna być właśnie podstawa programowa, a rozmowa o jej realizacji powinna toczyć się w środowisku szkolnym – najbliższym uczniom. To tam, w dialogu między rodzicami, nauczycielami i społecznością szkoły, powinien kształtować się praktyczny wymiar tych zajęć.

Podstawa programowa edukacji zdrowotnej znacząco różni się od podstawy wychowania do życia w rodzinie?

Same nazwy obu przedmiotów w dużej mierze sugerują ich zawartość. W wychowaniu do życia w rodzinie punkt ciężkości był położony na rodzinę jako podstawową jednostkę społeczną. W pewnym sensie budowano tam fundament stabilizacji społecznej, a docelowo także narodowej, oparty właśnie na rodzinie. Było to podejście dość wąskie - nie chciałabym go jednak jednoznacznie negować, bo przedmiot w tym zakresie po części spełniał swoją rolę. Nie otwierał natomiast szerokiego pola interpretacyjnego związanego bezpośrednio ze zdrowiem.

Koncentracja na rodzinie oznaczała mniejsze wyeksponowanie dobrostanu jednostki, który wyraźniej wybrzmiewa w edukacji zdrowotnej. W jej podstawie programowej akcent przesunięty jest na perspektywę indywidualną, obejmującą kwestie stanowiące fundament podejmowania decyzji dotyczących własnego życia, w tym życia seksualnego i prokreacyjnego. Istotne są tu takie zagadnienia jak świadoma zgoda czy autonomia jednostki, które bywały upraszczane lub krytykowane przez część środowisk. W tym ujęciu odchodzi się od dominującej wcześniej perspektywy wspólnotowej na rzecz podejścia bardziej skoncentrowanego na jednostce.

Jakie konsekwencje mogą wynikać z każdego z rozważanych scenariuszy dotyczących przyszłego kształtu tego przedmiotu?

Prognozy mogą się nie sprawdzić, ale jeśli przedmiot pozostanie fakultatywny, będzie funkcjonował przy niskiej, stabilnej frekwencji - na poziomie około jednej trzeciej uczniów - a napięcia wokół niego nadal będą wykorzystywane politycznie. Dla uczestników zajęć może to mieć znaczenie: zyskają dostęp do rzetelnej wiedzy. Wciąż jednak obejmie to tylko część populacji.

Wariant obligatoryjny, obejmujący także zdrowie seksualne, prawdopodobnie wywołałby silne napięcia społeczne, a jego przyszłość zależałaby od wyników kolejnych wyborów. Zmiana władzy mogłaby przecież oznaczać powrót do wcześniejszych rozwiązań, np. zmodyfikowanego wychowania do życia w rodzinie.

Jeśli jednak przedmiot utrzyma się w systemie przez dłuższy czas i będzie realizowany obowiązkowo w formule partycypacyjnej - opartej na projektach i dialogu - widzę w nim duży potencjał. Może sprzyjać bardziej świadomym decyzjom i lepszemu przygotowaniu młodych ludzi m.in. do budowania relacji. Warunkiem jest jednak to, by nie był narzucony odgórnie, lecz stał się przestrzenią realnego dialogu opartego na podstawie programowej.

Brak edukacji w obszarze seksualności oznacza z kolei utratę szansy na uporządkowanie i zdobycie rzetelnej wiedzy. To rozwiązanie, które nie jest optymalne - można je określić jako pewien "społeczny strzał w kolano". Problem w Polsce nie polega na braku rozmów na ten temat, lecz na tym, że toczą się one głównie w sieci, bez kontroli jakości treści. Łatwy dostęp do pornografii sprawia, że staje się ona dla wielu młodych pierwszym, nieadekwatnym źródłem informacji. Trudno jednak przewidzieć długofalowe skutki wdrożenia przedmiotu w tej formie.

Rozmawiała: Karina Strzelińska

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.