To było jedno z najbardziej dramatycznych spotkań w wykonaniu polskich siatkarek. Wygrana nad Koreą oznacza, że brązowe medalistki mistrzostw Europy zachowały realne szanse na awans do półfinału.

Początek spotkania nie zapowiadał szczęśliwego zakończenia. Polki grały koszmarnie. Kłopoty z przyjęciem zagrywki sprawiały, że Milena Sadurek musiała biegać za piłką i o dobrym rozegraniu nie mogło być mowy. Azjatki grały z kolei perfekcyjnie i bezbłędnie, rozgrywająca Kim Sa-Nee z łatwością gubiła blok, wystawiając piłki koleżankom na "wyczyszczonej" siatce. Koreanki imponowały skutecznością w ataku, świetnie broniły, tylko ataki Małgorzaty Glinki-Mogentale sprawiały im więcej kłopotów. Przewaga koreańskiego zespołu już na pierwszej przerwie technicznej wynosiła pięć punktów (8:3), po chwili było już 18:8.

Trener Jerzy Matlak przed drugą partią zmienił ustawienie zespołu

Trener Jerzy Matlak przed drugą partią zmienił ustawienie zespołu. Glinka-Mogentale zajęła pozycję atakującej, a za Joannę Kaczor weszła Karolina Kosek, która ożywiła grę w ataku. Mocne serwisy Anny Werblińskiej zaczęły siać popłoch w szeregach rywalek, a po kilku udanych akcjach Kosek biało-czerwone objęły prowadzenie 14:11. Wreszcie w polskim zespole funkcjonował blok, a kolejne "czapy" sprawiły, że Koreanki zaczęły tracić pewność w ataku.

Łatwo wygrany set podbudował polskie siatkarki, w kolejnych odsłonach spisywały się rewelacyjnie. Już dawno Polki nie grały z takim poświęceniem w obronie. Glinka-Mogentale walcząc o piłkę, o mały włos, a zdemolowałaby stolik sędziowski, a na hali słychać było tylko "ochy" i "achy". Udany powrót po kontuzji zaliczyła Agnieszka Bednarek-Kasza, której może brakowało jeszcze pewności w ataku, ale jej praca w bloku była nieoceniona.