Nowe jednostki szkolone na wzór oddziałów antyterrorystycznych już się formują.
Zazwyczaj pojawiają się kilka minut przed godz. 6 rano, ale wtedy jeszcze tak, żeby nikt ich nie widział. Czekają. Wejść na posesję czy do mieszkania mogą dopiero po tej godzinie. Wcześniej zrobili rozpoznanie i muszą do niego dopasować działania taktyczne. Gdy wchodzą, nie ma już mowy o dyskrecji, ciszy czy niepotrzebnych pytaniach i ruchach. Działają zgodnie z wypracowanym przez lata szkoleń standardem i pamięcią mięśniową. Najpierw walenie do drzwi i krzyk: „otwierać!”. Jeśli nikt nie reaguje, w ruch idą taran albo strzelba do przestrzelenia zawiasów. W najtrudniejszych przypadkach w użyciu jest specjalna piła, która w pancerną szybę czy rolety antywłamaniowe wchodzi jak w masło.
Później wszystko dzieje się w ułamkach sekund. Panowie z długą i krótką bronią, w kominiarkach i kamizelkach kuloodpornych skuwają i przeszukują „figuranta”, jak w żargonie nazywa się osobę, po którą przyszli. Wszystko trwa w sumie kilkadziesiąt sekund. Przy takich „realizacjach” – to znów w żargonie znaczy zatrzymanie – sekundy są bowiem najważniejsze. Tym bardziej że idą po człowieka, który może mieć broń, często ma przeszłość kryminalną lub jest członkiem zorganizowanej grupy przestępczej, a to, o co jest podejrzewany, grozi wieloletnią odsiadką.