Czego my, Polacy, pragniemy najbardziej? Polski od morza do morza? Polski białej i dla Polaków? Rozpięcia nas na krzyżu, byśmy znów stali się Chrystusem narodów? Demaskacji spisków i triumfu dobra nad złem? Krwawej zemsty na przeciwnikach politycznych?
Reklama
Magazyn DGP 22 listopada 2019 r. Okładka / Dziennik Gazeta Prawna
Być może. Na pewno czasami. Nie obrazilibyśmy się, nic z tych rzeczy. Ale chyba najbardziej na świecie pragniemy normalności.

Efekt Zandberga

Świadczy o tym między innymi obserwowany właśnie efekt Zandberga. Świeżo upieczony poseł wystąpił w Sejmie po exposé premiera Morawieckiego i z miejsca stał się idolem nie tylko mikro elektoratu lewicy, ale połowy kraju, także tej, która teoretycznie ma z nim ideologicznie niewiele wspólnego. „Gdyby nie te 70 proc. podatku, sama bym go wybrała na prezydenta” – pisała na Facebooku moja daleka znajoma, której bliżej do tradycyjnego liberalizmu niż socjalizmu; inni znajomi nie stawiali takich warunków i tylko radowali się publicznie, że Zandberg ratuje oblicze polskiej polityki i natychmiast powinien zastąpić Andrzeja Dudę. Jacek Gądek z Gazeta.pl napisał na Twitterze, że to najlepsze przemówienie tej kadencji Sejmu, podobnie twierdziła Joanna Miziołek z „Wprost”. Inni przekonywali, że dzięki temu przemówieniu Zandberg właściwie w wyścigu o fotel prezydenta już wystartował i wysforował się od razu na prowadzenie – w tym nawet Wojciech Wybranowski z „Do Rzeczy”. Moja własna matka, której daleko do kogokolwiek, kto wchodzi w konszachty z SLD, obejrzawszy sejmową debatę, powiedziała: „Wiesz co, takiego prezydenta jak ten Zandberg, to ja bym nawet mogła mieć”. Na jej oceny polityczne wpływa niekiedy ocena atrakcyjności fizycznej kandydata, ale możemy przypuszczać, że nie są to powody wyłączne i że coś w postawie politycznej posła także do niej przemawia.
I ja uległam ogólnej radości, a kiedy polityk zszedł z mównicy, mało nie wstałam z kanapy, wołając: „Brawo, bis!”. Zandberg na prezydenta! Ale ponieważ jestem konstytucyjnie niezdolna do długotrwałej radości, natychmiast zaczęłam analizować, dlaczegóż to owa radość tak na mnie nagle napiera, skoro dotąd traktowałam lidera partii Razem raczej chłodno, często powtarzając (wyświechtane już nieco, co prawda) oskarżenia o rzekomą kawiorowość jego lewicy. Czyżby Zandberg jedną mową znienacka poruszył nasze dusze jak poeta i wieszcz, który potrafi przemeblować narodową wyobraźnię? Czy mówił równie porywająco jak na przykład Barack Obama na pamiętnej konwencji Partii Demokratycznej, na której oczarował tłumy, krzycząc, że nie ma czarnej i białej Ameryki, nie ma republikanów i demokratów, są po prostu Stany Zjednoczone Ameryki?
Obama tamtą przemową, od której ciary gęsto spacerowały pod swetrami, tak przeszył serca Amerykanów, że ci wysłali go kilka lat później do Białego Domu. Ale Zandberg, proszę państwa, aż tak na kolana nas przecież nie rzucił. Mówił, po prostu; nie chciało się wcale wyciągać z kieszeni zapalniczki i kołysać się do rytmu jego słów. Retoryka była, lecz minimalna; metaforyka przemówienia rozbudowana słabo. Wyjaśnił po prostu w miarę spokojnie, dlaczego wizja nowoczesnego państwa dobrobytu premiera Morawieckiego nijak się ma do tego, czym nowoczesne państwo dobrobytu powinno być. Jakie państwo dobrobytu, kiedy szpitale nie działają, nauczycieli nie stać na buty, a urzędnicy państwowi klepią nędzę? Czyż rdzeniem państwa dobrobytu nie powinny być przede wszystkim dobrze działające usługi publiczne? Czy duże korporacje, w tym internetowi giganci, nie powinny płacić w Polsce podatków, żeby te usługi publiczne finansować? Czy wizją rozwoju państwa dobrobytu jest gospodarczy wasalizm, dzięki któremu stajemy się montownią świata, zależną od humoru naszych globalnokorporacyjnych władców?
Mówił sobie po prostu takie rzeczy Adrian Zandberg, a ludzie (ci, którzy się z nim zgadzają i ci, którzy raczej nie za bardzo) oszaleli z radości. A czemu efekt Zandberga ma dziś taką moc? Ano dlatego, że facet jest, mianowicie, mniej więcej normalny.
Tak, normalny po prostu. Nie gada głupot. Jest w miarę wiarygodny. Mówi wyraźnie. Trzyma się tematu. Punktuje głównie merytorycznie (pal licho jakie ma przekonania, najważniejsze, że dokładnie wiadomo, jakie ma, a to już w polskiej polityce coś). Ma ideologiczną wyrazistość i niespecjalnie się jej wstydzi. Nie wygląda na takiego, co to zagłosuje za czymś, a potem będzie się gęsto tłumaczył, że nie wiedział, do czego służy ten czy tamten przycisk, bo z badań fokusowych wyszło, że elektorat jest na niego zły. Ma jakiś cel, który chyba nie jest ani wiecznym popijaniem kawy w siedzibie partii z kubeczka z napisem „Fajny szef”, ani zjadającą trzewia kraju krwawą zemstą na Montekich. Wydaje się mieć co najmniej elementarną wiedzę na tematy polityczne i gospodarcze. Nie krzyczy z mównicy, żeby premier pamiętał o boskich przykazaniach, ale zachowuje się, jakby brał udział w debacie: zamiast odtrąbiać swoje, z grubsza odnosi się do tego, co usłyszał od poprzednika. Nie tyle walił w PiS, ile (sic!) w politykę PiS.
Innymi słowy, chciałoby się powiedzieć, normalny polityk normalnej opcji w normalnej demokracji. A że demokracja akurat średnio normalna, to normalność jaśnieje tu niczym szaty mesjasza. Na co nam przyszło, drodzy państwo? Wystarczy, żeby ktoś miał politycznie nos mniej więcej na środku twarzy, a my od razu chcemy go na króla. Znów przypomina mi się mój ulubiony cytat z „Monty Pythona i Świętego Graala”: „To musi być król”, „Skąd wiesz?” „Bo nie jest cały umazany gównem”.
Nagły zryw ku Zandbergowi jest więc, być może, wynikiem motywacji, jaka cyklicznie pojawia się wśród polskich wyborców: skrytego pragnienia normalności. Jasne, jesteśmy elektoratem, który łatwo podburzyć; chętnie damy się napuścić na Unię, Moskala czy Tuska (bądź podłych faszystów czy smoleńskich moherów). Nasz bagnet zawsze gotów jest wskoczyć na broń. Ale kiedy wychodzimy się już na te miesięcznice, kiedy już się naprotestujemy przed prywatnym domem Kaczyńskiego, kiedy ponaparzamy się w walce o konstytucję, prawdę, ośmiorniczki, rzekome telefony do prezesów z pokładów wiadomych samolotów, to wtedy nagle zaczyna nam się marzyć ciepła woda w politycznym kranie. Żeby było jak u ludzi, po prostu.

Mesjasze zwyczajności

Wielu już mieliśmy takich posłańców normalności. Jednym z nich początkowo miał być, przynajmniej nominalnie, sam premier Morawiecki, który zresztą słowo „normalność” odmienił w eksposé przez osiem i pół przypadku – wyglądał trochę jak merytokrata, trochę jak ideolog; nie wrzeszczał i nie wieszczył, mówił mniej więcej do rzeczy i całkiem wprost. Jego normalność oczywiście okazała się natychmiast fasadą pisowskiego politycznego szaleństwa – za nim w szeregu czyhała cała masa Macierewiczów – i wkrótce nawet twardy elektorat, mimo że znajdował w premierze inne warte poparcia cnoty, o zwykłą polityczną normalność przestał go podejrzewać. Jakiś czas wcześniej naród podobnie szalał z powodu Ryszarda Petru, który na wszelkich dostępnych gospodarczych skalach jest dokładnym przeciwieństwem Zandberga, a na skalach ideologicznych tkwi eony od Morawieckiego, ale też, co najważniejsze, wydawał się zupełnie normalny – nowoczesny, merytokratyczny, ubrany jak człowiek, specjalista. Petru z miejsca okazał się mistrzem gaf i niefortunnych podróży, zawodząc nasze nadzieje, ale warto pamiętać, że nie głosowały na niego tylko osoby, które popierały jego politykę, ale przede wszystkim takie, które widziały w nim mesjasza nowej normalności. A na czym polegał fenomen wieloletniej monowładzy Tuska, jeśli nie na poczuciu, że jest jak jest, ale przynajmniej jest jakoś tak… normalnie?
Nasze decyzje polityczne po prostu czasem przypominają zapał reformatorski, jaki towarzyszy nam wtedy, gdy wracamy z wizyty u ludzi normalnych. Człowiek popatrzy sobie na dzieci, które się nawzajem nie duszą, na szafy, które stoją prosto, na psy, które nie robią na balkonie, na jedzenie przygotowane ze zdrowych produktów i bez wzywania imienia Pana naszego nadaremno i myśli sobie: kurczę blade, a może by tak i mój staruszek siedział prosto na krześle, a w kuchni malowniczo piętrzyły się nam w misce jakie banany czy nawet pomarańcze. A my, Polacy, od dziecka, czyli od 1989 r., udajemy się z mentalną wizytą na jakiś wyidealizowany Zachód czy w polityczne seriale o tymże Zachodzie i marzymy, żeby i u nas przez chwilę było jakoś tak normalnie i przewidywalnie – w kuchni pomarańcze, a na mównicy jakiś Zandberg, który zachowuje się i wygląda jak prawdziwie zwyczajny polityk.
I być może ta tęsknota za normalnością wśród polskiego ludu (daj Boże) stanie się niedługo siłą jeszcze mocniej napędzającą polską politykę. Niechaj tęsknią wyborcy: do ludzi, którzy mają cokolwiek do powiedzenia. Do ludzi, którzy kłamią tylko czasami. Do ludzi, którzy umieją złożyć kilka zdań do kupy, ale nie w tradycji literackiej Ryszarda Czarneckiego, miodopłynnego zaklinacza węży rzeczywistości, tylko tak, żeby z tych zdań coś wynikało i nie do końca mijały się z prawdą. Do debaty, która jest debatą, a nie wzajemnym obrzucaniem się mięchem. Przez taką tęsknotę mniej się patrzy na program, a więcej na człowiecze indywidualne cnoty.
Co do Zandberga nie mam oczywiście żadnych złudzeń, co to, to nie. Jeszcze się nam taki nie trafił, co by nie odjechał na rzeczywistą bądź mentalną Maderę. I ciekawe, co to będzie: czy trzyma w piwnicy dwa klany dzikich kotów i napuszcza je na siebie w ramach rozrywki? Pije benzynę? Ekspiacyjnie, w ramach pokuty za kawior, tnie się sierpem i uraża młotem? Zobaczymy. Jedno jest pewne: u nas szafy nie chcą nigdy stać prosto, a zamiast pomarańczy w misce lubi przesiadywać złośliwy szczur.
Jasne, jesteśmy elektoratem, który łatwo podburzyć; chętnie damy się napuścić na Unię, Moskala czy Tuska (bądź podłych faszystów czy smoleńskich moherów). Nasz bagnet zawsze gotów jest wskoczyć na broń. Ale kiedy wychodzimy się już na te miesięcznice, kiedy już się naprotestujemy przed prywatnym domem Kaczyńskiego, kiedy ponaparzamy się w walce o konstytucję, prawdę, ośmiorniczki, rzekome telefony do prezesów z pokładów wiadomych samolotów, to wtedy nagle zaczyna nam się marzyć ciepła woda w politycznym kranie. Żeby było jak u ludzi, po prostu