Globalna presja na Boeinga.

Reklama
Amerykański producent samolotów wciąż czuje presję po tym, jak maszyna tej firmy rozbiła się w weekend w Etiopii. Przykład pierwszy z brzegu: koncern przełożył globalną premierę swojej najnowszej konstrukcji – modelu 777 – która miała się odbyć wczoraj. Nie ma to wpływu na portfel zamówień na ten model. To chyba najbardziej interesuje inwestorów, bo po nagłym spadku w poniedziałek (pierwsza sesja po katastrofie) kurs akcji firmy jest raczej stabilny i na otwarciu wczoraj wynosił 378,4 dol. I chociaż to ponad 40 dol. mniej niż przed katastrofą, to i tak udziały Boeinga są na rekordowym poziomie. Są droższe, niż były praktycznie przez cały 2018 r., o poprzednich latach nie wspominając.
Może jednak być gorzej. Już w tej chwili lista krajów, które nakazały uziemić maszyny modelu 737 MAX, jest długa i oprócz UE, Chin oraz Indii obejmuje m.in. Australię i Turcję. W niektórych krajach o wstrzymaniu lotów feralną maszyną zadecydowały same linie lotnicze. Na razie z decyzją wstrzymała się FAA, amerykańska agencja odpowiedzialna za lotnictwo cywilne. Wczoraj prezes Boeinga zapewniał prezydenta Donalda Trumpa o tym, że 737 MAX jest bezpieczny. Związki firmy z obecną administracją są rozległe, co rzuca cień na decyzje FAA. Pełniący obowiązki sekretarz obrony Patrick Shanahan wcześniej przez 30 lat pracował w Boeingu. Z kolei Nikki Haley, do niedawna ambasador USA przy ONZ i sojuszniczka prezydenta, w lutym otrzymała propozycję wejścia do rady dyrektorów.
Jeśli eksperci znajdą wiele podobieństw między katastrofami w Etiopii i Indonezji (boeing 737 MAX rozbił się w tym kraju pod koniec ub.r.) – co sugerował wczoraj prezes Ethiopian Airlines Teuelde Gebre Marjam – to pojawią się podejrzenia, że 737 MAX ma jakąś ukrytą wadę. Dla firmy byłoby to fatalne, zważywszy, że model ten jest fundamentalny dla biznesu Boeinga. Firma łącznie otrzymała zamówienia na 5000 maszyn. Tylko w tym roku miały one stanowić ok. 90 proc. samolotów dostarczonych do klientów.