Czas tworzenia nowego rządu już teraz jest najdłuższy w historii RFN, a jeśli wszystko dobrze pójdzie, to powstanie on na przełomie lutego i marca.
Reklama
Choć chadecja i socjaldemokracja zgodnie twierdzą, że są coraz bliżej zawarcia porozumienia w sprawie wielkiej koalicji, nie oznacza to jeszcze końca niemieckiego kryzysu rządowego. Nowy gabinet powstanie w najlepszym wypadku dopiero za kilka tygodni.

Reklama
Wczoraj rano CDU/CSU oraz SPD wznowiły rozmowy, które zgodnie z pierwotnymi ustaleniami miały się zakończyć nie później niż w niedzielę o północy. – To będzie długi wieczór. Zakładam, że możemy się z tym uporać dziś, ale może nam też zejść do wczesnych godzin jutrzejszych – mówił dziennikarzom Volker Bouffier, wiceprzewodniczący CDU. Do chwili zamknięcia tego wydania DGP porozumienia nie osiągnięto. Punktami spornymi były dwa postulaty SPD – by zakazać pracodawcom stosowania krótkoterminowych kontraktów bez podawania uzasadnienia oraz by zastąpić mieszany publiczno-prywatny system opieki zdrowotnej jednym. Trzeba jednak przyznać, że w trwających od 26 stycznia negocjacjach sporo spraw już uzgodniono i faktycznie wygląda na to, że są one na ostatniej prostej.
Niemcy pozostają bez normalnie funkcjonującego rządu od wyborów z 24 września zeszłego roku. Jeszcze nigdy w historii Republiki Federalnej jego tworzenie nie trwało tak długo. Nawet jeśli porozumienie między przywódcami partyjnymi zostanie osiągnięte, nie jest to równoznacznie z powstaniem gabinetu. Umowę muszą jeszcze zatwierdzić członkowie obu partii. W przypadku CDU/CSU odbędzie się to podczas partyjnej konferencji, natomiast SPD przeprowadzi głosowanie wśród ponad 440 tysięcy swoich członków. Oznacza to podwójną komplikację. Po pierwsze, głosowanie pocztowe potrwa co najmniej dwa, trzy tygodnie. Po drugie – zatwierdzenie umowy wcale nie jest przesądzone. Socjaldemokraci w sprawie wielkiej koalicji są bowiem mocno podzieleni. Decyzję o podjęciu rozmów z chadecją poparło w styczniu tylko 56 proc. delegatów.
Wydaje się jednak, że członkowie SPD zdają sobie sprawę, że nie mają większego wyboru. Według zeszłotygodniowego sondażu ośrodka FG Wahlen za odnowieniem wielkiej koalicji opowiada się teraz 59 proc. socjaldemokratów. Brak akceptacji umowy ze strony SPD oznaczałby, że rządząca od 12 lat kanclerz Angela Merkel albo będzie tworzyła rząd mniejszościowy, albo zdecyduje się na rozpisanie nowych wyborów (wcześniej CDU i CSU próbowały tworzyć koalicję z liberalną FDP oraz Zielonymi, ale różnice między nimi okazały się zbyt duże). A ten drugi scenariusz grozi centrolewicy jeszcze większym upokorzeniem, niż to miało miejsce we wrześniu, gdy z 20,5-proc. poparciem SPD osiągnęła najgorszy wynik od II wojny światowej.
Dwa opublikowane w miniony weekend sondaże pokazują, że na tę partię teraz chce głosować zaledwie 18 proc. wyborców, czyli tylko o 4 pkt proc. więcej niż na trzecią obecnie siłę polityczną, antyimigrancką Alternatywę dla Niemiec (AfD). Aprobata dla lidera SPD Martina Schulza spadła do 25 proc. Jest najniższa, od kiedy objął on to stanowisko. Dodatkowo 71 proc. Niemców nie rozumie, dlaczego tworzenie nowego rządu trwa tak długo, więc w przypadku kolejnych wyborów partie dotychczasowej koalicji raczej nie mogą liczyć na poprawę wyników.
Zakładając, że rozmowy koalicyjne zostaną dziś sfinalizowane, a członkowie SPD zaakceptują umowę, najwcześniejszy termin, w którym nowy rząd mógłby powstać, to przełom lutego i marca. Ale tę datę też trzeba traktować z dystansem. Gdy negocjacje się zaczynały, Ursula von der Leyen, minister obrony i jedna z czołowych postaci CDU, mówiła, że liczy na powstanie rządu przed Wielkanocą, czyli do końca marca.