Niemiecka lewica bije ostatnio rekordy antypopularności. 56 proc. – zaledwie taką większością głosów niedzielny zjazd Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD) zgodził się na odnowienie wielkiej koalicji z chadekami z CDU i CSU. Ogromna wewnątrzpartyjna opozycja nie wróży nic dobrego ani przyszłości niemieckiej lewicy, ani trwałości koalicji.
Reklama
– Cała Republika Federalna, ludzie w całej Europie patrzą teraz na nas. To ważny moment w historii naszej partii – mówił lider SPD Martin Schulz podczas pięciogodzinnych obrad, prosząc o poparcie dla lansowanej przez niego wizji „Große Koalition”. – Nie wolno chcieć rządzić za wszelką cenę, ale nie wolno też nie chcieć rządzić za wszelką cenę – dodawał, wbijając szpilę w przeciwników układu z chrześcijańskimi demokratami.

Reklama
Schulz chciał sprawić wrażenie pewnego siebie, ale tak nie było. Gdy ogłoszono wyniki głosowania, szturchnął łokciem siedzącą obok szefową klubu parlamentarnego SPD Andreę Nahles, również zwolenniczkę rozmów z partią kanclerz Angeli Merkel. Ale ulga może się okazać przedwczesna. Na razie SPD osiągnęła z Unią Chrześcijańsko-Demokratyczną (CDU) i jej siostrzaną Unią Chrześcijańsko-Społeczną (CSU) premiera Bawarii Horsta Seehofera wstępne porozumienie. Zgoda zjazdu z Bonn otwiera lewicy drogę do bardziej szczegółowych negocjacji. A ich wynik zostanie z kolei poddany pod wewnątrzpartyjne referendum. Jego rezultat nie jest pewny.
Krytycy oskarżają Martina Schulza, że w imię własnych ambicji wejścia do rządu kładzie na szalę przyszłość partii. SPD po czterech latach w wielkiej koalicji straciła znaczną część wyborców. We wrześniowych wyborach zdobyła jedynie 20,5 proc. głosów, najmniej w powojennej historii RFN. Drugi pod tym względem wynik – 23 proc. – centrolewica odnotowała w 2009 r., po poprzednim czteroletnim okresie współrządzenia z centroprawicą. Wniosek, który wyciąga wewnątrzpartyjna opozycja, jest prosty: rządy w charakterze partnera mniejszościowego dla Merkel szkodzą. Do najgłośniejszych krytyków idei wielkiej koalicji należą liderzy partyjnej młodzieżówki Jusos.
Schulz odbija te argumenty i twierdzi, że trudna decyzja o wejściu do rządu wynika z odpowiedzialności partii za Niemcy i Europę. Były szef Parlamentu Europejskiego wskazywał, że we wstępnym porozumieniu koalicyjnym udało się podkreślić tematykę socjalną i europejską. – Prawicowa fala przetacza się przez Europę. Popatrzcie na Wiedeń, Pragę, Warszawę, Budapeszt. My jesteśmy zwolennikami solidarności i demokracji międzynarodowej oraz walki z prawicą – mówił, przekonując, że tylko „Große Koalition” może powstrzymać prawicowy marsz po władzę na Starym Kontynencie.
„SPD znalazła się w paradoksalnej sytuacji. Z jednej strony z 20,5 proc. głosów jest słabsza niż kiedykolwiek wcześniej. Z drugiej strony baza partyjna ma poczucie, że do rządu z konserwatystami Merkel wolno wejść tylko wtedy, gdy będzie on realizował politykę całkowicie zgodną z tym, w co wierzy SPD” – piszą publicyści tygodnika „Der Spiegel”. W tej sytuacji wśród szeregowych członków partii pojawiła się pewna nadwrażliwość na posunięcia chadecji, które mogłyby być postrzegane jako wykorzystywanie przewagi.
Tak jest choćby w przypadku braku zgody CDU i CSU na realizację kluczowych postulatów lewicy, jak ograniczenie prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych, likwidacja umów o pracę na czas określony czy bardziej otwarta polityka migracyjna. Lokalne struktury SPD z Hesji i Nadrenii Północnej-Westfalii chcą nawet renegocjacji wstępnej umowy koalicyjnej. Jednocześnie warto podkreślić, że większość, bo 62 proc., elektoratu SPD chciałaby, by ich partia jednak weszła do koalicji.
Scenariusz, w którym rozmowy się załamują, nawet przeciwnicy koalicji traktują jako zło, tyle że mniejsze. Ponieważ w listopadzie 2017 r. upadły rozmowy CDU i CSU z liberalną Wolną Partią Demokratyczną i Zielonymi w sprawie utworzenia tzw. koalicji jamajskiej, kolejnym krokiem byłyby najpewniej nowe wybory. Tymczasem sondaże wskazują, że SPD mogłaby w nich pobić swój antyrekord poparcia. W ujawnionym w piątek badaniu ośrodka Forsa chęć oddania głosu na SPD zadeklarowało ledwie 18 proc. ankietowanych. Przepływy elektoratu sugerują, że na słabości socjaldemokracji najbardziej zyskują Zieloni. Dla szefa Jusosu Kevina Kühnerta to opłacalne ryzyko. – Bądźmy dziś karłami, by kiedyś zostać gigantami – dowodził.