- To dylemat, czy zostać z kimś, wiedząc, że prawdopodobnie skończy się to również moją śmiercią, czy uciec i się uratować - mówi Janusz Onyszkiewicz w rozmowie z DGP.
Reklama

W górach zginęły pańskie dwie żony.

Było nas tam bodaj ośmioro, w tym Witosława Boretti, moja żona. Nagle oberwanie chmury i woda w jaskini, w której byliśmy, zaczyna gwałtownie przybierać.

Uciekacie?

Reklama

Próbujemy uciec, ale Wisi się nie udało. Spadła do niszy i utonęła... (cisza)

Pan to widział?

Byłem przy tym. Szybko do niej zeszliśmy, już nic nie dało się zrobić... (cisza)

Możemy przerwać.

Nie, rozmawiajmy.

Gdzie to było?

To była jaskinia Cinckił w Gruzji, koło Groznego, trzecia co do wielkości jaskinia w dawnym ZSRR.

Nie miał pan dosyć gór, jaskiń?

Miałem dosyć wszystkiego, absolutnie wszystkiego, ale nie jaskiń.

Poznaliście się w górach?

W jaskiniach, a dokładnie w warszawskim klubie speleologicznym i tak nas to połączyło. Jeszcze za życia Wisi poznałem moją drugą żonę Alison Chadwick, Angielkę, która o sobie mówiła, że jest Kornwalijką. Była na stażu na ASP, o, tu wisi portret Wisi, jej autorstwa. W każdym razie z Alison spotkaliśmy się w pociągu „Tatry”, bo ona się wspinała, jeszcze w Anglii, na klifach. Siedzieliśmy w tym samym przedziale, więc zaprosiłem ją do nas, do bazy jaskiniowej. I tak została wciągnięta w nasze środowisko grotołazów.

Pan też był w Himalajach, kiedy zginęła.

Ona była na Annapurnie, wyszła razem z Verą Watson na atak szczytowy i obie spadły... (cisza)

Nigdy nie stanął pan przed wyborem: ratować kogoś czy siebie?

Na szczęście takie próby mnie ominęły, choć nie omijały mnie tragedie. Podczas wyprawy na Pik Komunizma zginęła Ewa Marczak, którą odnaleźliśmy i pochowaliśmy. Ale nigdy nie miałem dylematu, jaki czasem pojawia się w górach: ratować siebie czy zostać z partnerem, wrócić po niego.

Teraz miała go Elisabeth Revol.

A przed nią dziesiątki innych. To dylemat, czy zostać z kimś, wiedząc, że prawdopodobnie skończy się to również moją śmiercią, czy uciec i się uratować.

Można zostawić człowieka, wiedząc, że zginie?

Jest respektowana przez prawo zasada deski Parmenidesa, czyli ostatniej deski ratunku. Tonie statek, na morzu unosi się deska, która może uratować tylko jedną osobę, i podpływa do niej dwóch rozbitków. I obaj mają prawo tę deskę wziąć, a rywala odepchnąć.

Brutalne.

W górach bywa różnie. Podczas niemieckiej wyprawy na Nanga Parbat w latach 30. załamała się pogoda. W jednym z namiotów został uwięziony szef tej wyprawy, Merkel, z jednym z Szerpów. I tenże Szerpa był w stosunkowo dobrej kondycji, mógł schodzić, ale Merkel miał już chorobę wysokościową i nie był w stanie wrócić. Więc Szerpa z nim został. Po kilku latach kolejna wyprawa niemiecka ich odgrzebała i znaleźli Szerpę leżącego na tym Niemcu, próbującego go jeszcze ogrzać własnym ciałem. Bywają więc i takie sytuacje.

Ale sam pan mówił, że nie można od nikogo wymagać heroizmu.

Nie można. Kiedy podeszliśmy z Wandą Rutkiewicz pod Gasherbrum, to stamtąd zwijała się wyprawa francuska. Pierwsza dwójka szczyt zdobyła, druga miała zdobywać później, ale załamała się pogoda. Niestety, jeden z nich dostał choroby wysokościowej, miał halucynacje, wierzył, że pogoda jest świetna, a on czuje się dobrze i będzie atakował szczyt.

Czym to się skończyło?

Jego partner, widząc beznadziejność tej sytuacji, w ostatniej chwili zszedł. My nie byliśmy zaaklimatyzowani i nie mogliśmy po niego pójść, Francuzi byli wykończeni, więc człowiek tam został na zawsze. Dramatyzm tej sytuacji potęguje to, że osobą, która zeszła, zostawiając partnera, był ksiądz.

Jak później z czymś takim żyć?

Bardzo ciężko.

Niemal każdy z wielkich himalaistów był oskarżany o to, że komuś nie pomógł. Pięć lat temu Polacy zdobyli Broad Peak, ale Bielecki i Małek zostawili Berbekę i Kowalskiego, którzy zginęli.

Jako szef Polskiego Związku Alpinistycznego byłem w komisji, która to badała. Nikogo nie oskarżyliśmy, raczej stawialiśmy znaki zapytania, czy można było więcej, czy można było im pomóc.

Były też bardziej jednoznaczne przypadki.

To prawda, sam zasiadałem w komisji i bardzo ostro potraktowaliśmy Tadeusza Piotrowskiego, który w 1974 r. podczas wyprawy na Lhotse zostawił filmowca Stanisława Latałłę. Miał się nim opiekować, zostawił go, a Latałło, nieotrzaskany z takimi górami, nie dał sobie rady. Widziałem zdjęcia – dla kogoś z nas, wspinaczy z doświadczeniem, to teren był dość banalny, ale on taki nie był.

Reinholda Messnera oskarżano, że zostawił w górach brata.

Nie zostawił, procesował się nawet o to, ale do dziś ma uraz i nie chce mówić o tamtej wyprawie na Nanga Parbat.

Co mówią ludzie, którzy zostawili kogoś w górach? To wyrzuty sumienia czy racjonalizacja?

Takich spraw się nie drąży, zostawia się to sumieniu. Po tym, jak minie pierwszy szok, nie wraca się do tego.

W górach ciągle człowiekowi towarzyszy śmierć.

Bez elementu niebezpieczeństwa alpinizm nie byłby tym, czym jest. To wystawienie się na niebezpieczeństwo i okiełznanie go jest jak narkotyk.

Bez ryzyka nie ma zabawy?

Trochę tak, coś w tym jest. Kiedy się wspinałem, to statystyki były takie, że ginął co dziesiąty.

Mam wrażenie, że giną wszyscy znani: Rutkiewicz, Kukuczka, Berbeka, Hajzer...

Kiedy my byliśmy na Gasherbrumie, obok zginęło trzech wrocławian. My wróciliśmy wszyscy, ale statystyka była straszna.

Ale wasza wyprawa była sukcesem.

Jako pierwsi Polacy zdobyliśmy Gasherbruma II nową drogą. Byłem tam z Krzysiem Zdzitowieckim i Leszkiem Cichym, który potem wszedł zimą na Mount Everest. A na Gasherbrum III oprócz Krzyśka wchodziłem z Alison i Wandą Rutkiewicz.

Dziesięć dni wcześniej wchodzi pan na ośmiotysięcznik jako pierwszy Polak. I co się czuje?

Ulgę... (śmiech)

Obstawiałem zmęczenie, głód, dumę, ale ulgę...

Ulgę, że mam to już za sobą, że załatwione i możemy zejść do bazy.

I się napić?

Bardzo wyszukany trunek, bo spirytus. Wtedy jeszcze odmrożenia leczono spirytusem, więc mieliśmy go ze sobą. No i jak się kończyła wyprawa, to się spirytusu z powrotem nie woziło, to jasne.

I nic więcej?

Kiedyś sekretarz generalny brytyjskiego stowarzyszenia alpinistów dopytywał, dlaczego Polacy tak świetnie się wspinają, więc mu powiedziano, że, jak to Polacy, zawsze biorą pół litra na wspinaczkę i jakoś idzie. No i on przyjeżdża do Polski i na środku północnej ściany Mięguszowieckiego wyciąga flaszkę, a wszyscy zdumieni.

To co się robi w czasie wyprawy?

Czeka się na poprawę pogody, rozmawia, gra w karty.

Dobry pan jest?

Byłem niezły w brydża.

No tak, matematyk. Był pan lepszym wspinaczem czy brydżystą?

Lepiej się wspinałem. A w górach, czekając, czyta się też książki. Jedna okazała się dla mnie zbawienna, bo podeszliśmy do czwartego obozu na K2 i okazało się, że tam nie ma paliwa. Do tego mój partner miał kłopoty z gardłem i trzeba mu było robić inhalacje. Tylko jak stopić śnieg?

No jak?

Okazało się, że ktoś wtaszczył ze sobą pół kryminału Simenona i ja na kartkach tej książki topiłem śnieg na wodę. To dowód na to, że literatura francuskojęzyczna może uratować życie.

Takie czekanie na pogodę nie jest frustrujące?

Jest, ale na pogodę nie ma rady. Trzeba przywyknąć.

Znajomy alpinista mówił, że za pierwszym razem trudno mu było przyzwyczaić się do ciasnoty w namiocie.

Bo namiot to nie miejsce, by rozprostować kości. W trzecim obozie przed wejściem na Gasherbrum III spaliśmy w czwórkę w maluteńkim namiocie. Wanda Rutkiewicz zdecydowała, że nie będzie zdejmować butów, by rano nie musieć ich odmrażać. Spaliśmy na waleta i Wanda miała nogi przy mojej głowie i całą noc mnie kopała. Trudno było spać w takiej sytuacji.

Nie zazdrościł pan nigdy kolegom?

Trochę tak, zazdrości się sukcesu, głównie szczęścia. Bo sukces w górach to także szczęście. Na szczyt często wchodzą wcale nie ci, którzy są najlepsi, ale ci, którzy mieli więcej szczęścia.

Na wyprawę idzie dziesięciu, a szczyt zdobywa trzech.

No tak.

To co myśli ta siódemka? Że ma przerąbane?

No nie, jest satysfakcja, że uczestniczyło się w takiej wyprawie, choć dziś, gdy alpinizm jest tak spersonalizowany, pewnie mniejsza. A był przecież pomysł, by nie publikować nazwisk zdobywców szczytu, tylko podawać, że górę zdobyła wyprawa pod kierunkiem tego a tego. To się oczywiście nie utrzymało.

Bał się pan w górach?

Na ogół człowiek boi się o partnera, bo jak się zaczyna bać o siebie, to spada. Poza tym ja odróżniam obawę od strachu. Strach człowieka dezorganizuje, paraliżuje, a obawa jest w górach wręcz potrzebna, bo gdyby nie ona, to człowiek by z gór nie wracał.

Zaczął pan od jaskiń.

Zacząłem w 1947 r. jako dziesięciolatek, z ojcem, na Giewoncie. Spojrzałem w dół i ogarnęła mnie panika, że mnie ta przepaść wciągnie. Było jednak w tym coś na tyle fascynującego, że zacząłem zaczytywać się w książkach górskich, a będąc w liceum, pojechałem w góry sam, żeby zobaczyć tych nadludzi, którzy się wspinają. No i już.

Ale dlaczego jaskinie?

Bo tam było znane mi z książek współdziałanie, był zespół, od którego w górach już się odchodziło. Zaczęliśmy od eksplorowania Jaskini Miętusiej, która latem była zalana wodą i przez to niedostępna, w związku z tym latem nie było co robić i zacząłem się wspinać.

Był pan dobry, ale nie ciągnęło pana, żeby osiągnąć więcej?

Wie pan, kiedy ja się wspinałem, to wydawało się, że bardziej się nie da. Najpierw miałem w jaskini głębokościowy rekord Polski, potem jako pierwszy Polak wszedłem na ośmiotysięcznik. Wtedy nikomu nie śniło się o Koronie Himalajów, o niczym takim.

Właśnie, dlaczego?

Dziś góry są łatwiejsze, bo są znacznie lepiej rozpoznane, no i bardzo, bardzo wiele zmienia sprzęt. I wreszcie znacznie lepiej rozpoznane jest całe przygotowanie fizjologiczne, cała medycyna sportowa.

Wtedy to nie istniało.

Wie pan, jak wyglądało moje przygotowanie do sezonu letniego? Ponieważ pracowałem w Instytucie Matematyki PAN w Pałacu Kultury, to się ścigałem z windą na 24. piętro.

O matko...

Poza tym pękają bariery psychologiczne. Kiedyś wydawało się, że tak wysoko człowiek po prostu nie może wejść, aż tu nagle w 1950 r. Francuzi wchodzą na Annapurnę i potem błyskawicznie poleciały wszystkie ośmiotysięczniki.

Kiedy pan po raz pierwszy wyjechał w góry za granicę?

Rok 1958, akurat nie góry, tylko jaskinie, i pojechaliśmy do Bułgarii.

Skąd pieniądze na te wszystkie wyprawy?

Sponsorem wszystkiego było wtedy państwo.

Takiego ekstremistę sponsorowało?

Kiedyś Janusz Kurczab poszedł z Wandą Rutkiewicz do komitetu warszawskiego, do tow. Kempy, prosić o pieniądze na jakąś wyprawę, na co on im rzucił kwaśno: „Tak, tak, wy tu mnie prosicie, a takiego Onyszkiewicza trzymacie u siebie”.

Towarzysze was chyba nie utrzymywali.

Ale były instytucje państwowe, na przykład telewizja, z którą podpisywano umowę na film i z tego były jakieś pieniądze. Czasem też udawało się wyrwać pieniądze z przedsiębiorstw, które miały środki na reklamę, ale nie bardzo wiedziały, jak tu się reklamować, bo po co fabryce parowozów czy kopalniom jakaś reklama? Był też Polak ze Szwajcarii, który zapałał sympatią do alpinistów i dawał po kilka tysięcy dolarów.

Polacy zaczęli wyjeżdżać dość późno.

A ja w zasadzie nigdy nie jeździłem w Alpy i wprost z Tatr poszedłem w Hindukusz. Kiedy potem trafiłem w Alpy, wydawały mi się straszliwie małe.

Po śmierci drugiej żony dał pan sobie spokój z górami?

I tak, i nie. To był 1978 r., mieszkaliśmy z Alison w Leeds, gdzie wykładałem matematykę, ale w Polsce była już opozycja. Ja i tak chciałem wrócić do Warszawy, ale po tym wypadku sytuacja stała się dramatycznie prostsza.

Wrócił pan, rezygnując z gór.

Wracałem nie dlatego, że miałem dość gór, ale chciałem być tu potrzebny. Oczywiście wiedziałem, że moje stałe problemy z paszportem tylko się pogłębią. I rzeczywiście.

Nie dawali paszportu?

Nawet nie miałem na to czasu, bo wybuchła Solidarność. Czas miałem w 1982 r., bo mnie wsadzili do więzienia, na Białołękę, jako ekstremę Solidarności. I wtedy organizowano wyprawę na K2, niejako powtórkę tego, co próbowaliśmy zrobić.

No tak, bo wy zawróciliście.

Ale wszyscy zawróciliśmy, a to się z K2 nie zawsze zdarza. Byłem tam z całą polską czołówką. Pierwszy atak szczytowy się nie udał, bo było za trudno. Drugi atak miałem prowadzić z Leszkiem Cichym, ale załamała się pogoda i wróciliśmy.

Wybraliście jakąś straszną trasę.

Długą, bardzo eksponowaną granią. Dlaczego to jest ryzykowne? Bo jak się wchodzi ścianą, to wycofanie się jest stosunkowo łatwe, bo zjeżdża się na linie i to idzie dość szybko. A ta grań była technicznie trudna i w obie strony było tak samo źle.

To miało znaczenie?

Tak, był z nami Kazek Głazek, który dostał choroby wysokościowej i wydawało się, że będzie trzeba go znosić. Znów – po ścianie to nie jest trudne, bo zjechałby na linie, ale tak? Sytuacja zrobiła się dramatyczna.

Wróćmy z tego K2 na Białołękę.

Słyszałem, że koledzy idą i oczywiście poczułem ukłucie w sercu. Gdybym napisał do władz, że chcę iść z nimi, to – jestem przekonany – bez problemu by mnie puścili.

Pokazując w „Dzienniku”?

Oczywiście wykorzystaliby to propagandowo, że proszę, jaka wolność. Liczyliby, że z K2 żywy nie wrócę, a nawet jak przeżyję, to by mnie z powrotem nie wpuścili do kraju. Nie dałem im tej satysfakcji.

Syna pan nie uchronił i też poszedł w góry.

To było tak, że przyszedł do mnie i mówi: „Tato, usiądź, chciałbym ci coś powiedzieć”. No więc ja się zastanawiam, czy będę dziadkiem, czy też on będzie miał proces o posiadanie marihuany, a on tymczasem oświadczył, że chce się wspinać.

Jak pan zareagował?

Powiedziałem, że ze względu na własną biografię nie mogę mu tego zabronić, ale też ta biografia powinna być dla niego ostrzeżeniem.

A żona?

Zareagowała dość spokojnie, może dlatego, że syn nie wyszedł poza dość wstępny etap. A zaczęło się od tego, że sam poszedłem z chłopakami w Tatry, najpierw do Jaskini Miętusiej, potem wspinaliśmy się na Hali Gąsienicowej. Później z młodszym synem wracałem w góry, ale jakoś nie załapał bakcyla, bo cały czas był przy piłce nożnej.

Piłce?

Oczywiście. Kiedy gmina Sulejówek oddawała dworek Piłsudskiego fundacji, podszedł do niego starszy pan, dziennikarz, i opowiadał mu, że powinien być dumny z pradziadka (Joanna Jaraczewska, trzecia żona Onyszkiewicza, jest wnuczką Józefa Piłsudskiego – red.), którego on widział, był na jego pogrzebie i tak dalej. W końcu zniecierpliwiony syn pyta: „A Pelego pan widział?”.

Chyba lepiej, w piłce można co najwyżej złamać nogę.

W alpinizmie też się łamie nogi, ale to uchodzi za rzecz niewartą wzmianki.

A panu...

...mnie się nigdy nic nie stało. Raz zerwałem ścięgno Achillesa, ale to podczas gry w siatkówkę... (śmiech) Ale ma pan rację, alpinizm to szczególny rodzaj sportu.

To jeszcze jest sport?

Tak, choć nie mierzę się tu z innymi sportowcami, lecz z górą. To bardziej przypomina rywalizację pianistów niż lekkoatletów, ale jeśli w sporcie wciąż obowiązuje grecka triada szybciej, dalej, wyżej, to alpinizm jest sportem.

Ma pan ochotę pójść jeszcze w góry?

Jeszcze kilka lat temu wspinałem się z synami.

Magazyn DGP / Dziennik Gazeta Prawna

A wnuczki kiedy z dziadkiem pójdą w góry?

Hm, nie jestem pewien, czy kiedy one będą w odpowiednim wieku, to ja będę jeszcze chodził.

Gabrysia ma cztery lata...

Będzie miała dziesięć za sześć lat? A nie, to jeszcze się z nią wybiorę.