[TEKST ARCHIWALNY. POCHODZI Z 2019 ROKU]
Aśka jestem.
No co ty!
Nie dodałeś urody. Nie dodałeś i ja to zauważyłam.
Wiesz, że żartuję?
Ale wiesz, że naprawdę to zauważyłam?
Ludzie myślą, że moje życie jest radosne jak nasze skecze, a przecież tak nie jest.
Widzisz, potrafisz!
Rozumiem, że można zadawać takie pytania, bo wszystko jest fajnie i na swoim miejscu, lecz przecież można mieć to wszystko i mieć swoje niedobory.
Bo nie chcę w to wchodzić. Jak powiem, że szukam miłości, to potem tabloidy będą pisać „Kołaczkowska szuka miłości”. To dopiero byłoby idiotyczne. Wolałabym zresztą zachować stan niezainteresowania tabloidów moim życiem prywatnym.
Dwukrotnie, ale nie rozpaczam. Żyjemy w dobrych relacjach i już.
No wiesz, eee, tak, hm…
Bo głupio będzie brzmiało, jak powiem, że nie jestem wredna, a przecież nie jestem, każdy, kto mnie zna, wie o tym doskonale. Zresztą mi jest teraz fantastycznie samej, jestem zadowolona. Wiadomo, brakuje mi różnych szczegółów związanych ze związkiem…
Bo to nie tych rzeczy mi brakuje, o których myślisz.
Nie, to ja się ciebie boję.
Jaka kokieteria? Czytam ciebie i słucham, i myślę, że gdybym startowała w wyborach, to w życiu bym się nie zgodziła z tobą rozmawiać, a nawet jak bym się zgodziła, tobym uciekła.
To było miłe?!
Wiem, boją się wszyscy, głównie mężczyźni i im dalej, tym będzie gorzej. Będę się posuwać w latach i będę straszną staruszką. Jedyna pociecha, że może mnie wtedy ludzie nie będą poznawać. Trochę to wkurzające, że się mnie wszyscy boją, ale jednocześnie lepsze to, niż gdyby mnie poklepywali: „Oj, ta nasza śmieszna”. To mi się zresztą zdarzyło.
Jakiś nastolatek poklepał mnie po głowie, ludzie czasem traktują nas jak maskotki. Taki miś na Krupówkach, tylko jeszcze rozdaje autografy.
Znają mnie ze sceny, więc myślą, że taka jestem naprawdę, wredna zwłaszcza dla mężczyzn i bezpardonowa. Myślą, że jestem taką krową i że mam silną osobowość. A ja takiej nie mam, raczej jestem więźniem silnej osobowości scenicznej.
Coś ty, ja w życiu, nie na scenie, jestem ofiarą losu. Dopiero całkiem niedawno nauczyłam się wchodzić do urzędu i załatwiać najprostsze sprawy. Wcześniej błagałam wszystkich, by to za mnie załatwiali, ja nie byłam w stanie. Potrafiłam stać godzinę przed dziekanatem i nie chciałam wejść podbić legitymacji!
U mnie się niewiele zmieniło. Urząd skarbowy? Dramat. Ostatnio próbowałam zarejestrować samochód – co ja tam przeżywałam, jak ja się denerwowałam, czułam się, jakby mnie prześwietlali i sprawdzali, bo zrobiłam coś złego.
Troszkę pomogło. Okazało się, że mam złe dokumenty i przyszłam nie do tego urzędu, co trzeba, więc pani zakryła twarz w dłoniach i powiedziała: „A teraz pani napisze o mnie skecz”, na co ja: „Skądże! Nie, proszę mi wierzyć”, ale oczywiście wpadłam przy okazji na pomysł skeczu i z tego miejsca bardzo pani za to dziękuję.
Nie, skecz nie będzie o pani, ale o urzędniku w ogóle.
Życie doświadcza mnie smutkiem i dramatami tak samo jak każdego innego człowieka. Nie bardziej niż innych, ale przecież nie mniej
No, trochę tak. To są cudowne historie, po co wymyślać coś, czego nie ma, skoro tu wszystko już gotowe, pod ręką? A ty?
Ja robię tak samo, tylko że ja potrzebuję notatek. Nagrywam sobie pomysły na skecze, obserwacje, bo to musi być precyzyjne, z intonacją. Próbowałam zapisywać na kartce, ale potem nie rozumiałam, o co mi chodziło.
Zdarzało się, bo mówiłam im, żeby mi zamienili punkty karne na karę chłosty, więc się śmiali, pouczali i darowali karę. Poza tym ja ich zbijałam z pantałyku, bo zaczynałam od błagań, żeby mnie ukarali, bo zrobiłam coś strasznego. Oni zdumieni, że ktoś tak nienormalny, pytają, gdzie pracuję, mówię, że kabaret, aha…
Zdarza się. Oczekują, że będę śmieszna, pogodna, energetyczna, czyli taka jak na scenie.
W życiu w ogóle nie jestem energetyczna, sympatyczna jestem umiarkowanie i widzę, jak w twarzach ludzi maluje się rozczarowanie. Nie potrafią ukryć zawodu, że nie okazałam się tak fajna, jak myśleli. Wchodzę do sklepu i wielka radość: „Och, to pani przyszła! My panią uwielbiamy!”. Robią sobie ze mną zdjęcia, pytają, czy mogą się przytulić.
Jestem potwornie skrępowana, ale cały wysiłek wkładam w to, by to ukryć, by być sympatyczna. Przychodzę drugi raz i widzę, że czar prysł, ludzie są zawstydzeni, że tak się zachowywali, teraz udają, że mnie nie widzą.
Pewnie myślą, że jestem jakaś nadęta i się wywyższam. „Myśmy takie fajne były, a ona taka krowa”.
Ja nigdy w życiu krową nie byłam! No, może koleżanki różnie o tym mówią, ale staram się nie być.
Ostatnio myślę o śmierci.
Naprawdę rozmyślam o tym, czy coś mi się wydarzy, czy mój czas już nadszedł, czy już jestem na ścieżce odchodzenia, czy jeszcze nie. I trochę się tego boję. O tym myślę, kiedy się nie śmieję i kiedy nie gram. Ale jest mi z tym dobrze, czuję się fajnie.
Właśnie tak. Widzę, jak może być ciężko, że wielu ludzi choruje, inni odchodzą, wspominam ich i zaczyna mi ich brakować. To nie jest zbyt wesołe, ale jednocześnie dookoła widzę wiosnę, kwiaty, pąki, liście. Wtedy cieszę się, że ja mogę jeszcze tego doświadczać, że żyję. Nauczyłam się to doceniać i czerpać z tego radość. Oczywiście martwię się o córkę, bo zdaje maturę i myślę, co będzie z nią dalej, czy dostanie się na studia, gdzie będzie żyła, czy wyjedzie z kraju – normalne matczyne troski, matczyne udręki.
Naturalnie, że ludzie tak myślą. „Przecież ona cały czas się śmieje, musi być bardzo zadowolona”. Wiedzą o tym doskonale, bo znają mnie ze sceny, a ja przecież nie gram smutnych ról.
Tak naprawdę życie doświadcza mnie smutkiem i dramatami tak samo jak każdego innego człowieka. Nie bardziej niż innych, ale przecież nie mniej. Miałyśmy z siostrą pięć–sześć lat, kiedy umarł nasz ojciec. To nie była nagła śmierć, tata chorował na serce, często go nie było, brakowało nam potem bardzo jego wsparcia, mama była cierpiąca i smutna. Wiele lat później, kiedy zaszłam w ciążę, wykryłam u siebie czerniaka na nodze. Byłam w czwartym miesiącu, kiedy mi go usuwali. Przeżyłam straszliwy szok, kompletna szajba, przez miesiąc nie pamiętałam, że jestem w ciąży, byłam absolutnie przerażona. Nie wiedziałam, co dalej ze mną będzie, co z dzieckiem, czy nie będą mi robić jakiejś chemii, która będzie mogła mu zaszkodzić. To była rozpacz.
Tak, badam się regularnie, wszystko pod kontrolą. Potem miałam kancerofobię, taką na poważnie.
Ciągle się bałam, że mam gdzieś raka, co chwila chodziłam do lekarzy i domagałam się nowych badań, prześwietleń, rezonansów, tomografów. W końcu wysłali mnie do psychologa.
Kilka lat później miałam depresję. To nie było nic takiego, co by mnie zwaliło z nóg, bym nie mogła wstać z łóżka, ale było ciężko i odcisnęło się na mnie. Pomogło mi to, że wiedziałam, co robić i natychmiast poleciałam na terapię, fantastycznie mi pomogła.
Od 10 lat chodzę i bardzo mi pomaga. Wszystko sobie poprawiam, analizuję, zmieniam podejście do niektórych spraw. Czuję się z tym świetnie, jestem poukładana.
No tak, komplecik: samochód, dom z ogrodem, dziecko, kariera i terapeuta. Brzmi wieśniacko, ale terapeuta to lekarz od duszy.
Nie, co ty, to bardzo profesjonalny terapeuta.
No, ja wiem, nie mam pojęcia o niczym, o kwiatach, o warzywach, roślinach, o sadach. Kompletnie nic nie wiem.
Te przed domem to ogrodnik posadził, zrobił automatykę, czasem przyjdzie, coś zrobi, a ja podziwiam.
A nie, podlewać to ja umiem – biorę garnek, nalewam wody i leję.
To ja tak samo, przez obserwację. Jak mi uschło geranium, to już wiem, że trzeba je codziennie zalewać wodą, ale nic ponadto. Nie znam się, proszę mnie nie pytać.
Było gorzej! Chciałam pójść do budowlanki, bo tam szła koleżanka. Nie miałam żadnych pomysłów na siebie, na życie, mama się o mnie bała, perspektywa była taka: szkoła i praca.
Wszystkie wakacje spędzałam na wsi u dziadka, gdzie wiecznie siedziałam w zbożu, w kukurydzy, uwielbiałem się separować. Spodenki zawsze brudne, koszulka najpierw tył na przód, żeby dobrudzić z obu stron, potem na lewą stronę i znów: tył, przód…
No co, potem wracałam do domu, mama otwierała walizkę, wszystkie ubrania czyste, jedno tragicznie brudne. Wrzucała mnie do wanny, dobrze, że nie do wanny z karbidem. Uwielbiałam wieś do tego stopnia, że dziadek myślał, że będę rolnikiem i obejmę gospodarstwo. Więc to technikum ogrodnicze było dość blisko, a podpowiedział mi ojciec, a właściwie ojczym, który mówił, że pieniądze to mają badylarze, czyli ogrodnicy. Ech, ci badylarze, królowie smalcu i pomarańczy…
W życiu, nie na scenie, jestem ofiarą losu. Dopiero całkiem niedawno nauczyłam się wchodzić do urzędu i załatwiać najprostsze sprawy. Wcześniej błagałam wszystkich, by to za mnie załatwiali, ja nie byłam w stanie
Gorzej, ja po drodze skończyłam dwuletnie studium nauczycielskie w Legnicy. To był mój trójkąt: mieszkałem w Lubinie, technikum w Głogowie, studium w Legnicy.
Nie wiem, co mi przyszło do głowy z tym studium, ale skończyłam je i uznałam, że nie nadaję się do pracy. Do niczego się nie nadawałem i wtedy pojawił się mój szwagier, bo siostra zdążyła wyjść za mąż.
Darek Kamys, który wtedy studiował w Zielonej Górze i był w kabarecie. On mnie namawiał, ale nie przekonał mnie. Ojciec mówi: „Idź na te egzaminy, to ci kupię teksasy w peweksie”.
I dałam się skusić, poszłam na pedagogikę kulturalno-oświatową, czyli od pierwszego roku do kabaretu, indywidualny tok studiów, ale wszystkie egzaminy zdałam i jestem magistrem.
Trzydziestu pięciu lat.
Gdyby to był mąż, to pewnie byłoby trudniej, ale – przepraszam cię. Darku – to tylko szwagier. To nie ma wpływu na pracę. Jeśli już, to on może mieć większy problem, bo jestem podobna do siostry, mamy podobne głosy i czasem mówi do mnie „Aga”. Jak się kłóci ze mną, to może mieć wrażenie, że kłóci się z żoną. Ale pracuje nam się bardzo dobrze, oboje jesteśmy liderami.
Tak, Darek, ja i Władek Sikora z Potem. A poza tym ja się zajmuję sceną, reżyserią, ogólnym ogarnianiem, a nasz „Kamol” polityką, rozmowami z telewizją, promocją.
Ja!
Wyczuwam, że to już, że już pora dać komuś podwyżkę, ekipie technicznej, to dajemy, staramy się być hojni. Uważam, że za dobrą pracę trzeba dobrze płacić.
I nie będzie, choć ja się prywatnie bardzo polityką interesuję. Jestem cała, z głową i nogami, zanurzona w politykę. W telewizji oglądam wyłącznie politykę, czyli programy informacyjne i publicystyczne.
No ja tak mam, ale nie za dużo. Poza tym jak rozmowa staje się zbyt gorąca, to mi się żal robi rozmówcy. Jak ktoś kogoś katuje – ty albo ktoś inny – i widzę, że polityk nie daje sobie rady, to nie mogę na to patrzeć, odwracam wzrok. Jak staje się za ciężko, to wyciszam i zostawiam sobie sam obraz.
Nie wyobrażam sobie podejmowania takich tematów na scenie, ciężko zachować artyzm, rozprawiając o polityce. Gramy dla wszystkich, a ponieważ nie robimy skeczy politycznych, to nikt mnie nie odpytuje, na kogo głosowałam.
Rozbieżne, ale się nie mordujemy.
Wiem, wiem… U nas też były oczywiście kłótnie, obrażania się, trzaskanie drzwiami, ale to bardzo dawno temu, wyjaśniliśmy to sobie i jest spokój. Czasem ktoś sobie poujada na jednych, inni milczą, udają, że nie słyszą, potem ktoś inny poujada na tych drugich i też w spokoju, bez awantury.
Skąd wiesz?
Że niby jeszcze jedno do kompleciku? Mam cały pakiet, tak? Nadmienię…
Nadmienię, że Natalia jest w zasadzie naszą rodziną i już niedługo zabronię jej sprzątać, bo idzie do pracy jako fizjoterapeutka.
Czytam i piszę skecze, felietony…
Ja się tak relaksuję, uwielbiam to. Pracuję nad swoim recitalem i piszę piosenki, sprawia mi to prawdziwą radość. A jak nie piszę, to czytam książki albo oglądam seriale, uwielbiam brytyjskie, ostatnio oglądałam „After life”, o człowieku, któremu żona – nim zmarła na raka – zostawiła filmik z instrukcjami jak żyć. To jest tak smutne i śmieszne zarazem, bo facet staje się szczery do bólu i mówi ludziom rzeczy, których mówić nie powinien.
Nie, zupełnie nie. Jestem nienormalna i jeżdżę tylko po Polsce, także dlatego że nie latam samolotami, boję się, i to jak! Panicznie boję się latać. Mieliśmy niedawno propozycję trasy koncertowej po Stanach i odrzuciłam, bo się nie przemogę.
Rozmawiamy o tym, ale nie.
Gdyby dało się mnie uśpić i przetransportować, to tak, ale inaczej nie da rady. A próbowałam, byłam w Egipcie, ale już do Londynu córka poleciała samolotem, a ja tłukłam się 17 godzin pociągiem.
Słuchaj, jak ja już coś widziałam w internecie albo na zdjęciu, to mam poczucie, jakbym tam już była i nie muszę sprawdzać osobiście, jak to wygląda. Widziałam wieżę Eiffla na żywo i ona naprawdę jest taka sama jak na zdjęciach. Poza tym we Włoszech byłam, w Berlinie, teraz jadę do Ostrawy.
No co, za granicą jest.
I ty mnie o takie rzeczy pytasz?! Wiadomo, że wszyscy się mnie boją i że kocham jeść.
Tam, gdzie mogę pojechać samochodem, żeby coś zjeść, to pojadę.
Hm, lubię azjatyckie. A ile tam się leci?
Kurczę, nigdy tam nie polecę. Teraz, jak powiedziałam chłopakom, że nie polecę do Stanów, to już do końca życia nie będę mogła wsiąść do samolotu. A szkoda, bo uwielbiam jeść, zwłaszcza słodkie. Zjadam wszystko: warzywa, mięsa, sery – co mi dadzą, ale jednak najbardziej słodkie.
Ciasta. Nie, że nie lubię czekolady, nie pogardzę, oj, jak nie pogardzę, ale serniczek? Hm… Teraz nie jem, bo jestem na diecie.
Bo ciągle jestem na diecie, chcę być zdrowa. Boję się cukrzycy, no i nie mieszczę się w sukienki, które sobie kupiłam na scenę.