Magazyn DGP z 26 kwietnia 2019 / Dziennik Gazeta Prawna
Pańska pierwsza europejska przygoda?
Handlowałem na plaży nudystów w Rumunii, w Mamaji.
Litości, nikt w to panu nie uwierzy.
Byłem 16-letnim harcerzem z Przemyśla, był 1979 r., i wiedziałem, że do Rumunii przewoziło się dwa kartony Marlboro, wymieniało pozyskane leje na marki niemieckie i po powrocie kupowało dżinsy w Peweksie.
Tylko czemu na plaży nudystów?
Bo tam nie docierała rumuńska milicja.
Hm, to musiały być niezapomniane wakacje…
Ale nie takie, jak pan myśli. Plaża nudystów to skrajnie aseksualne i trudne do zaakceptowania miejsce. Kiedy słuchaliśmy opowieści kolegów, którzy byli tam rok wcześniej, to ogarniał nas dreszczyk emocji i wyobrażaliśmy sobie nie wiadomo co, ale rzeczywistość okazywała się wyjątkowo nieatrakcyjna.
Biedni harcerze.
Po dokonaniu handlu zmywaliśmy się stamtąd najprędzej jak się da. W ogóle w Rumunii było wiele rozczarowań. Niech pan sobie wyobrazi taką sytuację: zachód słońca, wieczorny spacer po plaży z koleżanką, ciepłe morze obmywa nam stopy, romantyczne okoliczności przyrody i pojawiający się jak spod ziemi rumuński pogranicznik, krzyczący: „Stać, strefa graniczna!”. I koniec przygody.
Przepraszam, ale mistrzami w naturyzmie byli jednak NRD-owcy, nie Rumuni.
To prawda, nie mieli zahamowań, byli też na naszych plażach. Ale nudyzm był propagowany też w Związku Radzieckim. Kiedy po 1939 r. Przemyśl był podzielny na dwie części: radziecką i niemiecką, to czynownicy sowieccy – wiem to z rodzinnych opowieści – przyjeżdżali nad Wiar, dopływ Sanu, i całymi rodzinami opalali się nago. A mieszkające w komunałkach panie urzędniczki wychodziły do łazienki półnago. Takie to były obyczaje.
Mieliśmy rozmawiać o stereotypach, nie o nudystach. Mamy w Europie opinię pozytywną czy raczej narodu kanciarzy i pijaków?
To się działo w kanadyjskim Vancouver…
Przepraszam, ale to nie Europa.
Wiem, ale w barze dosiadł się do mnie emigrant z Europy i opowiedział mi długą historię o ubezpieczeniach drogowych, a dokładnie o licznych sposobach na wyłudzenie odszkodowań. Z tego, co mówił, sposobów jest bez liku.
Właściwie dlaczego on to panu opowiedział?
Sądził, że Polakowi może to się na coś przydać. To była inicjacja ubezpieczeniowa, a on chciał mnie uświadomić.
Z pana ani handlarz, ani kanciarz. Za grzeczny pan jest.
Ale pierwsze doświadczenie Zachodu to był 1989 r. – Berlin Zachodni. Pojechaliśmy ze szwagrem po samochód, czyli wyjazd handlowy. To był inny świat, najbardziej podobało mi się centrum handlowe ze sztuczną rzeczką i mostkami. Pomyślałem wtedy, że w Polsce nigdy tak nie będzie.
To się pan doczekał.
I mam za swoje. Ale wie pan, że Europa już nie jest taka sama. Na początku lat 90., kiedy jeździłem komentować imprezy na południu, to można było w restauracji o pierwszej czy drugiej w nocy coś zjeść. Teraz jest Unia Europejska, wspólne prawa pracownicze, związki zawodowe i w nocy nie zjesz. Czar prysł.
Samochód wtedy kupiliście?
Tak, dwuletniego forda. Niezapomniany rok 1989…
Faktycznie, działo się.
No, turniej Rolanda Garrosa wygrał Michael Chang, a wśród kobiet zwyciężyła Arantxa Sánchez Vicario, która pokonała w finale Steffi Graff.
Ja to zachowam, żeby ludzie widzieli, z czym się panu kojarzy 1989 r.
Inne rzeczy też pamiętam.
Porozmawiajmy wreszcie o stereotypach. Co myślimy o Czechach?
Że mają dobre piwo, nieco gorszą golonkę, potrafimy się porozumieć w prostych sprawach, ale jesteśmy wobec siebie trochę złośliwi.
No raczej. Wszak nawet podczas wojny w Zatoce Perskiej był „oddział Czechów, co poddali się od razu”, jak pisał Andrzej Waligórski.
No tak, to są te nasze złośliwe żarciki o tym, czemu w Pradze w czasie II wojny nie wybuchło powstanie. Bo było surowo zakazane. To samo opowiadano o poznaniakach. Ale to przecież historycznie zrozumiałe. Im wybito całą szlachtę w bitwie na Białej Górze w 1620 r., a nam wymordowano ją dopiero po 1939 r.
A jak wyglądają teraz nasze relacje?
Jeśli swobodnie rozmawiam z jakimiś zagranicznymi dziennikarzami, to właśnie z Czechami. Wiem, co robi Michal, że ma dwoje dzieci, wiem, że babka jego starszego kolegi Wlodka pochodziła z Polski, choć nie z Chrzanowa, że trzeci z gości, radiowiec, na tyle dobrze zna polski, że w rozmowie z nim nie ma co silić się na angielski. Jako student szkoły teatralnej miałem kontakt z Czechami…
Przerwał pan, co się stało?
Zaraz, to byli Słowacy. Pomyłka stąd, że to była jeszcze Czechosłowacja, 1988 r. Słowacy zapewniali nas, że oni mają lepszy teatr, a Czesi lepszy film. A poza tym podstawowa różnica między nimi była taka, że oni byli katolikami, a Czesi nie. Dziś dostrzegam też inną różnicę.
Jaką?
Czesi to naród piwa, a na Słowacji bardzo silne były wpływy węgierskie i wszędzie było wino. W 1988 r. pojechaliśmy do Bratysławy na wymianę studencką i okazało się, że ojciec jednego ze Słowaków ma winnicę. Odwiedziliśmy go tam, on na nasz widok zanurzył się w piwnicy, po czym wyszedł z dwoma gąsiorami białego wina, które przyjęliśmy z wielką wdzięcznością.
A same Węgry?
Trafiłem tam rok później z przyjaciółmi z Przemyśla – Budapeszt wyglądał imponująco: baseny, knajpki, budki, w których można było za małe pieniądze zjeść pysznego langosza. Później wracałem na Węgry przy okazji pływania, bo mają je na świetnym poziomie – w końcu pierwszy mistrz olimpijski w pływaniu z Aten to był Węgier Alfred Hajos. Zdumiony następca tronu Grecji dopytywał się: „Gdzie pan się tak nauczył pływać, przecież Węgry nie leżą nad morzem?”. „W wodzie, wasza wysokość” – odpowiedział. W pływaniu Węgrzy zawsze byli znakomici, teraz mają wielokrotną złotą medalistkę igrzysk, mistrzostw świata i Europy, Katinkę Hosszu.
Do Węgrów żywimy autentyczną sympatię, prawda?
Mamy królową Jadwigę, nigdy z nimi nie wojowaliśmy, a gen. Józef Bem walczył o ich wolność. Tu obok, na Ursynowie, ulicę ma Pal Teleki, węgierski premier, który w 1920 r., kiedy zawiedli wszyscy, dostarczał Piłsudskiemu broń i amunicję w wojnie z bolszewikami. To on w 1939 r. odmówił Hitlerowi udziału w ataku na Polskę. Takich przypadków jest przecież więcej.
Idźmy na zachód. Maciej Maleńczuk śpiewał: „Nie dla mnie przyjaźń polsko-niemiecka, Niemców nienawidzę od dziecka”.
Powiedzmy sobie otwarcie, że ma do tego podstawy, bo jednak Niemcy nas troszkę poszczerbili. Pochodzę z Przemyśla, z zaboru austriackiego, gdzie mówiło się po niemiecku, i to był przed wojną język rzemieślników, kupców, mieszczan – słowem ludzi o nieco wyższym statusie. I w Przemyślu niemiecki kojarzył się z władzą, dworem cesarskim.
Ale my jesteśmy wychowani na „Czterech pancernych”…
Właśnie do tego zmierzam. Teraz niemiecki kojarzy się z głośno wydawanymi komendami.
I stereotyp mówi, że zamienili Hitlera na Teresę Orlowsky i wurst z kapustą.
Niemiec to dla nas przede wszystkim gestapowiec o twarzy Emila Karewicza czy to w „Klossie”, czy w „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”, i od tego trudno się uwolnić.
A są jacyś fajni Niemcy? Miałem kiedyś dziewczynę Niemkę – Christine była ślicznym zaprzeczeniem stereotypów.
Hm, śliczna Niemka? Podobała mi się Romy Schneider, ale ona była Austriaczką. Heike Drechsler była bardzo sympatyczną kobietą, poznałem ją jako komentatorkę.
Heidi Krieger, inna NRD-owska sportsmenka, po tym, jak przestała być kulomiotką, została Andreasem Kriegerem.
Oj, została, NRD-owski przemysł dopingowy miał wiele ofiar, ale Heike Drechsler, która specjalizowała się w biegach sprinterskich i w skoku w dal, była bardzo kobieca.
Mamy też sąsiadów na wschodzie. Ukrainki robią w Polsce to, co Polki przez lata w Niemczech – sprzątają.
Jak widać to się przesuwa, ale mówi się też, że im dalej na wschód, tym lepsi ludzie, lecz obawiam się, że to dotyczyło wyłącznie byłych ziem Rzeczpospolitej. A co do Ukrainy, to proszę pamiętać, że pochodzę z Przemyśla…
No tak, te wasze animozje.
Z Ukrainą wschodnią, zadnieprzańską, jest całkiem przyzwoicie, kolega ożenił się z dziewczyną z Doniecka i jest super. Ale faktycznie, myśmy w Przemyślu długo przeżywali konflikt o kościół karmelitów, grekokatolikom przekazano pojezuicki kościół Serca Jezusowego, w którym byłem bierzmowany.
Ukraińcy to ciężko pracujący ludzie, są w Polsce dobrze postrzegani.
Im dalej od Ukrainy, tym lepiej. W Warszawie czy Krakowie są postrzegani bardzo dobrze, ale im bliżej granicy, tym gorzej.
Pamiętacie im Wołyń?
Nie tylko Wołyń, ale wszystko, co się działo po 1945 r.
Wschód to nie tylko Ukraińcy.
Z Białorusinami nie mamy kosy, z nimi relacje są najlepsze, bo ani oni nam, ani my im nic złego nie zrobiliśmy. W dodatku stanowili większość w Wielkim Księstwie Litewskim, prawdopodobnie król Jagiełło mówił po litewsku, bo niby jak można by się było z nim dogadać.
Litwinom to się pewnie nie podoba.
Z nimi mamy trudne relacje. Litwini świetnie grają w koszykówkę, więc przeważnie nas lali, mimo że jako kraj są jacyś 15 razy mniejsi…
Tak à propos, jak to możliwe?
System szkolenia. U nich koszykówka jest popularniejsza niż u nas piłka nożna, oni jeszcze przed wojną dobrze grali.
A my w ogóle wiemy o istnieniu Łotwy czy Estonii?
Tamtejsze drużyny też potrafiły nam spuścić łomot w kosza, to wiem. Poza tym Łotwa się błyskawicznie wyludnia. Miała 2,3 mln mieszkańców, teraz 1,9 mln.
Estonia to kraj drogiej wódki, ale i tak kilka razy tańszej niż w Finlandii, dlatego promy z Tallina do Helsinek wracają załadowane gorzałką.
W życiu nie byłem w Estonii, pewnie jak większość rodaków kojarzę ich ze Skandynawią.
Gdzie jest zimno, ciemno, pędzi się bimber i popełnia samobójstwa.
Niestety tak. A najweselszym z tych krajów skandynawskich wydaje mi się Szwecja. Goeteborg jest całkiem żywy, ma jakieś knajpki. Moim zdaniem rywalizacja Justyny Kowalczyk z Marit Bjoergen całkowicie zdominowała nasze myślenie o Norwegach.
W ogóle o tym nie pomyślałem.
Naprawdę? Wydaje mi się to oczywiste, tym bardziej cieszyłem się, kiedy Bjoergen brała udział w biegu na Polanie Jakuszyckiej i polscy kibice dopingowali ją i prosili o autograf. Ale wracając do stereotypów, to wikingowie rzeczywiście piją.
To w pańskim Sztokholmie Szwedzi nie mogą się doczekać all inclusive i piją już na lotnisku, choć drogo.
Mój pierwszy kontakt ze Skandynawami polegał na tym, że jako małe dziecko jeździłem na przełomie lat 60. i 70. do cioci do Sopotu – wielka wyprawa z Przemyśla nad morze. A ciocia wynajmowała pokój przyjeżdżającym na turnieje brydżystom ze Szwecji. Raz ich tam zastaliśmy i to był wielki świat. Skandynawowie wryli mi się więc w świadomość jako ci bardzo zamożni ludzie, których stać na wszystko.
Anglia – kraj, w którym samochód prowadzi pasażer, a nie kierowca.
Coś strasznego.
Ale kraj ma swoje zalety.
Kojarzy mi się z domkami z drewna.
Anglia z drewna?
Na przełomie wieków pracowałem w Wizji Sport, zarządzali tym Anglicy, i dwa-trzy razy w miesiącu leciałem na Heathrow, skąd wieziono mnie samochodem do miasteczka Maidstone, gdzie były nasze studia telewizyjne. Zdążyłem się tam naoglądać drewnianych willi, choć ja wybierałem droższą opcję, czyli hotel. Anglia kojarzy mi się jeszcze z alarmami przeciwpożarowymi, bo nigdzie na świecie nie doświadczyłem ani jednego, a tam ze trzy.
Trzeba było Przemysława Babiarza, żeby skojarzyć Anglię z domkami z drewna i alarmami przeciwpożarowymi.
Bo to, że słaba kuchnia, to wszyscy wiedzą. Naprawdę jest fatalna, można zwariować. Ale mam też dobre skojarzenia z Anglią.
Mianowicie?
Ciocia miała brata w Anglii i przywiozła mi kiedyś stamtąd mojego pierwszego resoraka. To był żółty citroen – auto francuskie – z białą łódeczką. No i kojarzy mi się z czytankami, bo od przedszkola uczyłem się angielskiego, i do dzisiaj nie umiem.
Jak to pan nie umie?
Potrafię przeczytać tekst, który jest mi potrzebny, ale żebym miał brać udział w swobodnej dyskusji, to nie. Popełniam ten błąd, że muszę sobie całe zdanie przełożyć na angielski i wtedy mówię.
W ten sposób nigdy się pan nie nauczy.
Wiem, ale nie jestem w stanie tego opanować. Naprawdę nie mam zdolności językowych, rosyjskiego uczyłem się od piątej klasy podstawówki, czytałem Bułhakowa, i co z tego? Nauczyłem się czytać i to mi pomaga we francuskim.
Jakim cudem?
W Rosji wszystkie listy startowe mają dwie wersje: pisana alfabetem łacińskim i cyrylicą, fonetycznie. I zawsze są kłopoty z lekkoatletami z krajów frankofońskich, mnóstwo samogłosek, nie wiadomo jak przeczytać, a Rosjanie sprawę załatwiają od ręki. Wielka ulga, jestem im za to głęboko wdzięczny. Inne miłe wspomnienie – znam mistrza szachowego i komentatora sportowego od pływania oraz skoków do wody, mężczyznę starej daty. Nikołaj Siergiejewicz z kamienną miną opowiadał dowcipy.
Rosjanie mają ogromne poczucie humoru. Dzięki nim znam jedyną anegdotę na temat Bułgarów.

Bułgarów?
Tak, Rosjanie nabijali się z rusofili Bułgarów i puenta dowcipu jest taka, że na międzynarodowy konkurs na książkę na temat słoni Bułgaria przysłała pracę „Słoń bułgarski najlepszym przyjacielem słonia radzieckiego”.
Nam się Bułgaria kojarzy pewnie z Morzem Czarnym, z Mangalią…
Ale Mangalia to Rumunia.
Wiem, że to Rumunia, ale niedaleko przekraczało się granicę z Bułgarią.
O, jakie ma pan komiczne okulary, rozpinają się na nosie i łatwiej zdejmować.
To włoskie okulary i o Włoszech możemy podyskutować, w końcu Włosi to wielcy styliści: ciasne marynarki i obowiązkowe szaliczki.
Nad panem się nie napracowali. Ma pan w zasadzie dwa monokle na sznurku i wygląda jak niemiecki turysta.
Ale Włosi są cudowni.
Można coś złego o nich powiedzieć?
Nic, prócz tego, że wszystkie oferty turystyczne na obrazku wyglądają trzy razy lepiej niż w rzeczywistości, ale i tak ich kocham.
Ci południowcy jakoś się różnią? Hiszpanie, Włosi – wszystko jedno, nie?
Hiszpanów zna dobrze moja żona, która z nimi pracuje, mówi po hiszpańsku i podkreśla, że przy całej wielkiej sympatii do nich pozbyła się jakichkolwiek kompleksów. Jeśli sądzimy, że jesteśmy zaściankowi, zawistni, zazdrośni, to wszystkie te cechy posiadają również Hiszpanie. A jeśli chodzi o traktowanie kobiet – na co moja żona jest bardzo wyczulona – to Hiszpanie mieli bardzo wiele zapędów dominacyjnych.
Portugalczycy to jedyni południowcy, którzy popadają w depresję i dlatego mają smutną muzykę fado.

Atlantyk im tak faluje. Mają też cudowną kuchnię, ale to jeden z niewielu krajów europejskich, w którym nie byłem, no masz ci los!
Z czego wynika nasza sympatia do południowców?
Mają słońce i potrafią cieszyć się życiem, czyli mają wszystko to, czego nam brakuje. Poza tym zbliża nas skłonność do rodzinnego spędzania świąt i czasu wolnego, która przetrwała w Polsce dziś nazywanej prowincjonalną w przeciwieństwie do Polski korporacyjnej.
No tak, Włosi są rodzinni.
Ale nie tylko to, Włosi wydają nam się znajomi, bo mamy w polszczyźnie wiele słów pochodzących z łaciny, bo od czasów Kopernika bogate mieszczaństwo i szlachta jeździli tam na studia. A poza tym nie zrobili nam nic złego, bo cóż mogli? No, może jak ktoś kupił fiata, to parę razy przeklinał producentów.
À propos – to akurat włoski dowcip – wie pan czemu właściciele alfa romeo nie mówią sobie dzień dobry w pracy?
Nie.
Bo rano widzieli się w warsztacie.
Moim pierwszym samochodem była alfa romeo Giulietta. Wielkie wyzwanie cywilizacyjne, bo to był początek lat 90., a samochód miał instalację gazową, z czego nie mogłem skorzystać, bo były podobno dwie stacje w Warszawie, które miały gaz, a ja mieszkałem na Wybrzeżu.
Gdyby miał pani zmienić plany wakacyjne i nie wypoczywać w Polsce, to dokąd by pan pojechał?
Mimo wszystko wybrałbym Włochy, bo to i słońce, i jedzenie, i wino, a poza tym odczuwam tam jakieś reminiscencje papieskie – to wszystko powoduje, że Włochy. Poza tym Rzym jest moim ulubionym miastem europejskim – lubię Paryż, najbardziej Dzielnicę Łacińską, tę najmniej paryską. Są dwa filmy Woody’ego Allena, które bardzo lubimy oglądać z żoną po raz setny i to z jednej strony „Zakochani w Rzymie” i „O północy w Paryżu”. Oba uwielbiamy, ale jak miałbym wybrać jeden, to włączyłbym „Zakochanych w Rzymie”.
Ale na wakacje pan tam nie jeździ.
Już nie, mam dwa miejsca w Polsce i dobrze mi tu.