Chorzy na COVID-19 umierają też w szpitalach powiatowych

Lekarz kombinezon koronawirus
Lekarz kombinezon koronawirusShutterStock
1 października 2020

Rośnie liczba zakażonych pacjentów, których nie można odesłać do placówek drugiego stopnia, gdzie mogliby być leczeni. Brakuje w nich wolnych łóżek i personelu

Szpital szukał przez trzy dni miejsca w placówce lepiej przygotowanej na leczenie koronawirusa. Nie znalazł. Pacjentka zmarła – to sytuacja z Kraśnika, sprzed dwóch dni. Szpitale powiatowe, które mają tylko diagnozować pacjentów, zaczynają mieć kłopoty ze znalezieniem dla chorych łóżek w placówkach, które są wytypowane do leczenia.

Piotr Krawiec, zastępca dyrektor ds. medycznych szpitala w Kraśniku, przyznaje, że w ciągu kilku dni trafiło do ich placówki dziewięć osób z ciężkimi objawami wskazującymi na COVID-19. Zgodnie z wytycznymi placówka powinna potwierdzić, czy na pewno chodzi o koronawirusa, ocenić stan chorego i jeżeli wymaga leczenia, przesłać do szpitala drugiego stopnia. Problem polega na tym, że w tych nie ma miejsc. W przytoczonej sytuacji znaleziono jedno, ale lekarze musieli wybrać, dla którego z kilkorga chorych w najcięższym stanie je przeznaczyć. Ponad 80-letnia pacjentka została w Kraśniku. – I tak nie udałoby się jej uratować. Przebieg choroby był piorunujący, zmarła po trzech dniach – mówi Piotr Krawiec. Ale przyznaje, że zadaniem jego placówki jest diagnostyka, a nie leczenie. Tłumaczy, że łóżka, które udaje się znaleźć, są coraz bardziej oddalone. Ostatnio jednego chorego wieziono 150 km.

Podobnie mówią dyrektorzy innych placówek powiatowych. W Makowie Mazowieckim również zmarła kilka dni temu pacjentka z COVID-19, 43-latka. Dla niej nie szukano nawet miejsca w innym szpitalu, bo była od lat dializowana w placówce w Makowie. Jednak przyznają, że kłopot z przewożeniem pacjentów na leczenie jest coraz poważniejszy. – Chorych przybywa w przerażającym tempie. Wcześniej tak nie było – mówi Jerzy Kasprzyk, dyrektor ds. lecznictwa. Robią się zatory nie tylko z powodu braku wolnych łóżek w szpitalach drugiego stopnia, lecz także z powodu braku karetek. Trzeba na nie czekać, bo są w ciągłym użytku. Dodatkowo czas oczekiwania na wynik badań jest dość długi. – Często czekamy 24 godziny – przyznaje dyrektor. Dodatkową trudnością jest konieczność pisemnego potwierdzenia, bez którego nie ma możliwości szukania miejsca. Nie wystarczy informacja przez telefon, że chory ma COVID-19, bo żaden szpital nie chce rozmawiać o przyjęciu bez oficjalnego dokumentu. To wszystko opóźnia działania. Zaś lekarze coraz więcej czasu spędzają „na telefonie”. To oni mają obowiązek znaleźć dla chorego łóżko w innej placówce. Jeśli takiego nie ma na 100 proc., po chorego nie przyjedzie też karetka, bo załogi chcą mieć pewność, że nie będą odsyłane od szpitala do szpitala. Czasem w poszukiwaniach pomagają koordynatorzy pogotowia. Czasem do działań włączają się dyrektorzy szpitali.

Szpitale drugiego stopnia, które według wytycznych resortu zdrowia mają zajmować się leczeniem, potwierdzają, że sytuacja jest trudna. – Mamy pełne obsadzenie – mówi Kamil Barczyk, dyrektor szpitala bolesławieckiego. Ma 40 łóżek i wszystkie zajęte. Dwa dni temu było 16 telefonów z prośbą o przyjęcie, przyjęto sześć osób. – Za kilka dni zwiększymy liczbę łóżek do 65, ale na razie nie mamy jak przyjmować ze szpitali pierwszego stopnia – przyznaje Barczyk. Jego placówka jest przygotowana na chorych z koronawirusem od strony medycznej, bo wcześniej była szpitalem jednoimiennym. Zagrożeniem może być liczba. – Ta rośnie z dnia na dzień – potwierdza Barczyk.

Stan wielu pacjentów jest ciężki. – Nie zdążyliśmy przewieźć chorego do szpitala, nasz podopieczny zmarł, zanim dojechało pogotowie, drugi zmarł w szpitalu – mówią nam w jednym z domów pomocy społecznej.

Ministerstwo Zdrowia dostrzega problem. Dwa dni temu ogłosiło zmianę strategii. Większą liczbą pacjentów mają zajmować się lekarze rodzinni, tak aby chorzy z lżejszymi objawami nie zajmowali miejsc w szpitalach. A także obiecało zwiększyć liczbę miejsc, szczególnie w województwach, w których zaobserwowano problemy. W sumie liczba łóżek dla chorych na COVID-19 ma się zwiększyć do 8 tys. Lekarze obawiają się, że kłopotem jest nie tylko liczba łóżek, lecz także specjalistów, którzy mogą zająć się chorymi. Przybywa bowiem pacjentów, którzy muszą być pod respiratorami.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.