Współczesne państwo musi chronić nie tylko granice, sieci energetyczne czy systemy teleinformatyczne, ale również zdolność społeczeństwa do właściwego rozumienia tego, co się wokół niego dzieje. Szczególnie w rzeczywistości, w której granica między pokojem, presją i otwartym konfliktem staje się coraz mniej wyraźna. Informacja stała się elementem bezpieczeństwa, a język jednym z jego narzędzi.
Przez lata komunikacja instytucji publicznych dotycząca bezpieczeństwa była projektowana przede wszystkim na czas pokoju. Tymczasem zmienił się charakter zagrożeń. Cyberataki, sabotaż, naruszanie przestrzeni powietrznej czy operacje informacyjne pozwalają wywierać presję na państwo bez formalnego przekroczenia progu wojny.
Jeszcze kilkanaście lat temu łatwiej było odpowiedzieć na pytanie, kiedy państwo znajduje się w stanie pokoju, a kiedy staje się przedmiotem ataku. Dziś pomiędzy jednym a drugim istnieje rozległa szara strefa. Problem w tym, że nowe zagrożenia często próbujemy opisywać starym językiem.
Dostrzegają to NATO i Unia Europejska. NATO traktuje zagrożenia informacyjne jako element szerszego systemu bezpieczeństwa i odporności państw. UE rozwija z kolei narzędzia przeciwdziałania zagranicznej manipulacji informacyjnej i ingerencji (FIMI). To pojęcie szersze niż sama dezinformacja. Celem takich działań nie musi być jedynie rozpowszechnianie fałszywych informacji. Może nim być również wpływanie na opinię publiczną, podważanie zaufania do instytucji czy ingerowanie w procesy polityczne i wyborcze. Jeszcze dalej poszła Szwecja, powołując państwową Agencję Obrony Psychologicznej. To ważna zmiana sposobu myślenia: bezpieczeństwo nie kończy się na armii, służbach i infrastrukturze krytycznej. Obejmuje również odporność społeczeństwa.
Polska powinna pójść w podobnym kierunku. Potrzebujemy przede wszystkim spójności w sposobie, w jaki administracja, służby i przedstawiciele państwa komunikują zagrożenia. Jeżeli podobne zdarzenia są za każdym razem opisywane innymi słowami, społeczeństwo widzi serię niezwiązanych ze sobą incydentów zamiast szerszego obrazu sytuacji.
Mówimy o „zdarzeniach”, „dezinformacji” czy „wojnie hybrydowej”. Każde z tych określeń może być formalnie poprawne, ale obywatel powinien rozumieć, co za nim stoi: pojedyncze zdarzenie, przestępstwo, działanie obcego państwa czy element większej operacji. To ma znaczenie praktyczne – od właściwej reakcji w sytuacji kryzysowej po zaufanie do informacji przekazywanych przez państwo.
Znaczenie ma również czas reakcji. Próżnia informacyjna szybko wypełnia się spekulacjami, niesprawdzonymi przekazami i interpretacjami, które później trudno skorygować. Pierwsze godziny po zdarzeniu często przesądzają o tym, jaki jego obraz utrwali się w debacie publicznej. Państwo nie zawsze może od razu przedstawić pełny obraz sytuacji, ale powinno możliwie szybko powiedzieć, co już wiadomo, czego jeszcze nie udało się potwierdzić i kiedy można spodziewać się kolejnych informacji. Ma to szczególne znaczenie dziś, gdy informacje, obrazy i komentarze rozchodzą się w mediach społecznościowych znacznie szybciej niż oficjalne komunikaty instytucji. W takich warunkach szybkość reakcji musi iść w parze z jej wiarygodnością.
Precyzja nie oznacza przy tym eskalowania przekazu. Sabotaż powinien być nazywany sabotażem, a działanie inspirowane przez obce państwo – tak określane wtedy, gdy pozwalają na to ustalenia odpowiednich instytucji. Równie ważne jest jasne oddzielanie informacji potwierdzonych od hipotez. W dłuższej perspektywie to właśnie wiarygodność komunikacji decyduje o tym, czy społeczeństwo zaufa państwu w momencie rzeczywistego kryzysu i jak zareaguje.
W przypadku Rosji nie możemy już mówić wyłącznie o zagrożeniu informacyjnym. Cyberataki, sabotaż czy naruszanie przestrzeni powietrznej pokazują, że presja może przyjmować różne formy. Państwo powinno więc umieć pokazać nie tylko poszczególne zdarzenia, ale także związki między nimi – oczywiście tam, gdzie pozwalają na to potwierdzone ustalenia. Ma to znaczenie dla społecznej odporności, zaufania do instytucji i zrozumienia decyzji podejmowanych przez państwo w odpowiedzi na rosnące zagrożenia. Jednocześnie potrzebujemy też rozwiązań pozwalających odpowiadać również na działania innych aktorów i nowe metody destabilizacji, w tym wykorzystujące sztuczną inteligencję.
Dlatego potrzebujemy krajowego standardu komunikowania zagrożeń, wspólnego słownika pojęć, zasad określania stopnia pewności informacji, koordynacji przekazu między instytucjami oraz procedur szybkiego reagowania. W sytuacji kryzysowej państwo powinno mówić jednym, zrozumiałym językiem.
Odporność państwa zaczyna się znacznie wcześniej niż w momencie użycia siły - od właściwego rozpoznania zagrożenia i zdolności wyjaśnienia obywatelom, z czym rzeczywiście mamy do czynienia. Język, którym państwo opisuje zagrożenia, jest dziś częścią jego systemu bezpieczeństwa.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu