Z keynesizmem jest trochę jak z marksizmem. Spytajcie kilku osób, co to takiego, a dostaniecie całą paletę rozbieżnych odpowiedzi. Najczęściej usłyszycie, że keynesizm to synonim mocnej państwowej interwencji w gospodarkę. Coś jakby ideowa podbudowa do etatyzmu. To w najlepszym razie. A w najgorszym jakiś rodzaj miękkiego socjalizmu, możliwy do przełknięcia dla alergicznie reagujących na Marksa zachodnich decydentów politycznych.
Zgodnie z taką interpretacją szeroko rozumiana prawica w ostatnich dwóch, trzech dekadach Keynesa nie lubiła. Ich bohaterami byli raczej klasyczni liberałowie. Stary dobry Adam Smith albo nawiązujący do niego przedstawiciele szkoły austriackiej: Mises lub Hayek. W latach reaganomiki guru był Milton Friedman, ale po kryzysie 2008 r. jego gwiazda przygasła. Kryzys w ogóle przeorał wiele spraw. Nawet wolnorynkowcom pokazał, że tak dalej być nie może. Z drugiej jednak strony nawyki myślowe zostają w głowie na długo. I nie zawsze potrafią nadążyć za dużo bardziej płynną rzeczywistością polityczną, która ostatnio zmienia się bardzo szybko.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.