Ślubowanie w Sejmie. Sędziowie TK weszli w pułapkę

Uroczystość wręczenia uchwał Sejmu o wyborze przez Sejm na sędziów Trybunału Konstytucyjnego
Uroczystość wręczenia uchwał Sejmu o wyborze przez Sejm na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, 9 kwietnia 2026 r.Materiały prasowe
dzisiaj, 13:09

Wybrani przez Sejm sędziowie Trybunału Konstytucyjnego, którzy zdecydowali się na „korespondencyjne” ślubowanie, bez udziału prezydenta Karola Nawrockiego, wpadają w polityczno-prawną pułapkę, z której nie będą mieli wyjścia.

Gdyby prezydent Karol Nawrocki chciał przyjąć ślubowanie od całej szóstki świeżo wybranych sędziów do TK, to po prostu by to zrobił. Żadne analizy, przemyślenia ani odwlekanie decyzji nie byłyby do tego potrzebne. Problem w tym, że prezydent tego nie chce i to przekonanie wydaje się politycznie ugruntowane. To banalny wniosek, ale zarazem pozbawiający złudzeń.

Odkąd Trybunał przekształcił się z sądu konstytucyjnego w organ, za pomocą którego można realizować polityczne cele, nie chodzi już o to, aby do jednej z najważniejszych instytucji w państwie trafiali najlepsi prawnicy, tylko osoby, na które można politycznie liczyć. Zresztą obóz premiera Donalda Tuska również kierował się podobną logiką, wybierając na stanowisko sędziego TK Krystiana Markiewicza, byłego szefa Iustitii, który jest zwolennikiem najsurowszych rozliczeń reform PiS. To konfrontacyjny wybór, który zadziałał na opozycję jak czerwona płachta na byka. Obecność Markiewicza wcale nie ma służyć odbudowie Trybunału, tylko utrzymywaniu rozliczeniowego kursu, którego Jarosław Kaczyński i jego partia bardzo się obawiają. Mając przychylny Trybunał, PiS może skutecznie blokować z tylnego siedzenia inicjatywy polityczne i prawne dla siebie niekorzystne lub zyskiwać uzasadnienia dla prowadzonych sporów prawnych, chociażby z Brukselą.

Alternatywne ślubowanie nie rozwiązuje problemu

Karol Nawrocki strategicznie nie powiedział, że ślubowań od czwórki sędziów nie odbierze, choć z punktu widzenia klarowności życia publicznego tak powinien był zrobić. Opinia publiczna oraz sami sędziowie wybrani przez parlament powinni dostać jasną informację, jaka zapadła decyzja i czym jest uzasadniona. Nawrocki wybrał polityczną rozgrywkę: odbierając ślubowanie od dwójki sędziów popieranych przez mniejszościowych koalicjantów, zabezpieczył formalną większość w Trybunale, uwalniając się od zarzutów, że swoją blokadą paraliżuje działalność sądu konstytucyjnego (a to już bardzo poważny zarzut). W przypadku pozostałej czwórki jego nieokreślona decyzja może sprawiać wrażenie, że, analizując wybranków Sejmu, potrzebuje więcej czasu. W ten sposób pozostawił sobie z pozoru różne opcje, które może wprowadzić w zależności od rozwoju sytuacji. Na dodatek nikt nie zmusi go do pośpiechu, bo nie stoi za tym żadna sankcja.

Zatem niespełna miesiąc po wyborze kandydatów swoją pozornie nieostrą postawą prezydent zmusił drugą stronę do poszukiwania alternatywnych rozwiązań, które pozwolą wejść wybranym nominatom do TK. Tym bardziej że presja polityczna związana z „odbiciem” tej instytucji jest ogromna i rozbudzono spore nadzieje. Nowo wybrani sędziowie stanęli przed wyborem. Albo będą czekać, aż prezydent, ulegając presji, w końcu zaprosi ich na ślubowanie. Albo wejdą na wieloletnią drogę sądową w Polsce czy w europejskich trybunałach, co mogłoby oznaczać powtórkę z historii, kiedy to wybrani przez koalicję sędziowie – właśnie przez brak ślubowania – do TK nie trafili. Trzecią drogą, którą ostatecznie wybrano, było podporządkowanie się politycznym oczekiwaniom koalicji, ale też własnym przekonaniom, i próba wyważenia zamkniętych drzwi do Trybunału.

Kto naprawdę kontroluje Trybunał Konstytucyjny

Kopniak we wrota może jednak nie wystarczyć. Wyłonieni przez parlament sędziowie złożyli w czwartek alternatywne ślubowanie, w ten sposób, próbując ominąć prezydencką blokadę. Nikt im jednak nie da stuprocentowej gwarancji, że takie działania będą prawnie skuteczne. Środowiska prawnicze i opiniotwórcze są w tej sprawie podzielone, a spór – jak wiele innych podobnych – pozostanie nierozstrzygnięty przez lata. Eksperci, prawnicy i politycy, w zależności od opcji czy sympatii politycznych, okopią się na swoich stanowiskach, zarzucając drugim łamanie konstytucji czy wręcz przestępstwa. A rządził i tak będzie ten, kto trzyma klucze do Trybunału, czyli Bogdan Święczkowski, prezes TK, od którego w pełni zależy, czy nowi sędziowie będą mogli na al. Szucha faktycznie się zainstalować. Decyzja Święczkowskiego w tej sprawie jest więcej niż oczywista.

W efekcie sędziowie „zaślubieni” w Sejmie będą usiłowali wejść do TK, tylko że drzwi do niego będą zamknięte. Dla opozycji zyskają łatkę uzurpatorów, którzy chcą być sędziami mimo niespełnienia formalnego obowiązku ślubowania przed prezydentem. Zarzut „uzurpacji” wepchnie ich nie tylko w spór prawny, ale też postawi przed oskarżeniem, że sami łamią prawo. To bagaż, który przyjmują już na starcie i który tylko będzie pogłębiał nieostrość ich statusu w oczach opinii publicznej.

Siłowe wejście do TK ma niewielki sens. Można sobie nawet wyobrazić, że do takiej sytuacji dojdzie, tylko pytanie, co dalej. Czy policja będzie przydzielać sędziom pokoje pracy w Trybunale, podpisywać dokumenty, wyznaczać wokandy z ich udziałem, zatwierdzać paski wynagrodzeń? To się po prostu nie uda. Nawet gdyby zainstalować w gmachu TK stały posterunek policji, nic to nie zmieni.

Trybunał jest dziś polem brutalnej politycznej rozgrywki, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone. Część klasy politycznej nawet nie udaje, że chodzi o zasady i ochronę konstytucyjnych norm; chodzi tylko o obronę politycznych racji i interesów. Trzeba pogodzić się z tym, że nie mamy w Polsce Trybunału w rozumieniu takim, jaki zdefiniowała konstytucja. Mamy za to instytucję, w której trwa wojna o polityczne wpływy, i nie wygra jej ten, za którym stoją racje konstytucyjne i prawne, lecz ten, kto jest silniejszy i sprytniejszy. Tej instytucji nic już nie uratuje. Jedynym lekiem jest opcja zero: polityczny reset, który zresztą w obecnej sytuacji na pewno się nie wydarzy, bo do tego potrzebna jest zgoda oraz patrzenie na państwo nie tylko w kategoriach wojny plemiennej, ale w kategoriach dobra wspólnego. W ustach politycznych elit to ostatnie sformułowanie pada dość często, tyle tylko że jest pustym frazesem, nie mającym faktycznie żadnej wartości.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381425mega.png
Źródło: GazetaPrawna.pl / Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.