Seria alarmów bombowych w szkołach. Były oficer wywiadu nie ma dobrych wieści

Seria alarmów bombowych w szkołach. Były oficer wywiadu nie ma dobrych wieści
Seria alarmów bombowych w szkołach. Były oficer wywiadu nie ma dobrych wieścigov.pl / Fot. Slawomir Kaminski Agencja Wyborcza.pl
dzisiaj, 16:08

Seria fałszywych alarmów bombowych postawiła na nogi służby w kilku miastach Polski. Groźnie zrobiło się w Warszawie, Poznaniu i Lublinie. Choć policja na razie ogranicza się do lakonicznych komunikatów, eksperci nie mają złudzeń – badane muszą być wątki udziału obcych służb. - To jest zbyt masowe zjawisko, by było przypadkowe – mówi DGP major Robert Cheda, były analityk Agencji Wywiadu.

Wiadomości o alarmach bombowych w szkołach i przedszkolach zaczęły spływać do służb w środę z samego rana. Zaczęło się od Warszawy, gdzie pracownicy przedszkoli znaleźli w swych skrzynkach mailowych informacje o podłożonych bombach.

Seria alarmów bombowych w szkołach i przedszkolach

Już do godziny 8.30 do warszawskich służb dotarły informacje o 30 identycznych incydentach. We wszystkich zaalarmowanych przedszkolach i szkołach przeprowadzono sprawne ewakuacje, a na miejsce wezwano zespoły pirotechniczne. Jak poinformowała w rozmowie z Super Expressem warszawska policja, nigdzie nie stwierdzono obecności ładunków wybuchowych. W ocenie warszawskiego ratusza, do godzin południowych podobne alarmy pojawiły się w 200 placówkach oświatowych.

Skalę alarmu poznać można było dopiero wówczas, gdy do warszawskich zgłoszeń dołączyły podobne, napływające z innych polskich miast. Kilka alarmów bombowych zanotowano także w szkołach w Poznaniu oraz w Lublinie. Jak informują służby, ogólnopolska akcja miała „kaskadowy charakter” i wymusiła na policji przeprowadzenie kontroli we wszystkich zaalarmowanych placówkach oświatowych. To zaś, w ocenie Roberta Chedy, byłego oficera Agencji Wywiadu, jest już zastanawiające. - To jest zbyt masowe zjawisko, by było przypadkowe – mówi major Cheda.

Alarmy w szkołach przykrywką do innej operacji?

Do podobnych masowych akcji w ostatnich latach dochodziło w Polsce kilkakrotnie. W 2019 r., w trakcie egzaminów maturalnych do blisko 800 szkół w całym kraju dotarły maile o treści: „za chwilę detonacja, eksplozja, zasobnik z gazem bojowym fosgen, bomba, ratujcie się zginą ludzie”. Szkoły ewakuowano, a badaniem sprawy zajęła się Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Po roku dochodzenia ustalono, iż ze serią alarmów stało rosyjskie GRU.

Cztery lata później, w 2023 r, w podobny sposób sparaliżowano ruch na polskich lotniskach, informując o podłożeniu bomb na pokładach samolotów oraz w terminalach. Wszystkie alarmy okazały się fałszywe, jednak jak przekazywali wówczas przedstawiciele rządu, schemat ten był „typowy dla działań Rosji”. W ocenie Roberta Chedy, także dziś musi być badany wątek obcych służb.

- W takich przypadkach dziś powinny być badane trzy wątki. Ataku ze strony rosyjskich służb, irańskich służb, bo oni mają bardzo dobrze je rozwinięte, i ze strony jakiegoś szaleńca. Trwa wojna z Iranem i są groźby ajatollahów, że aktywują europejskie sieci, a my jesteśmy przecież sojusznikiem Stanów Zjednoczonych – mówi ekspert.

Zastanawia go też skala ataku. Najczęściej bowiem tego typu akcje prowadzone są przez obce służby po to, by wprowadzić zamieszanie, wywołać wśród ludzi poczucie zagrożenia. Obecna skala pozwala, w ocenie majora Chedy, podejrzewać drugie dno całej operacji.

- To jest pokazanie, że mogą namącić, a być może to otwiera pewien cykl, na który trzeba się przygotować. Jest to też doskonały sposób na sprawdzenie systemu bezpieczeństwa wewnętrznego, ale kojarzyć może się to też z przykrywką dla jakiejś operacji, aby w kilku miastach w jednej chwili odciągnąć policję – mówi Robert Cheda.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: GazetaPrawna.pl / Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.