Co by było, gdyby któryś z amerykańskich komandosów, agentów, snajperów bądź ochroniarzy chroniących Baracka Obamę pociągnął za spust podczas jego wizyty w Polsce?
To pytanie wprawiło w konsternację polskie służby i prawników. „Taka sytuacja rodziłaby sporo komplikacji” – przyznawali. Dlatego, jak dowiedział się „DGP”, w razie konieczności strzelać mieli funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu. Z tego powodu BOR-owcy towarzyszyli swoim amerykańskim kolegom na każdym kroku. Nawet gdy nie było ich widać na pierwszym planie.
Przez dwa dni wizyty prezydenta USA nad głowami warszawiaków latały helikoptery Black Hawk. Na dachach przy trasie przejazdu prezydenta USA czuwali snajperzy gotowi w każdej chwili oddać strzał. Sama osobista ochrona Obamy liczyła kilkudziesięciu funkcjonariuszy i uzbrojonych po zęby żołnierzy.