Ankara chce utemperować platformy internetowe, nakładając na nie nowe obowiązki i zwiększając kontrolę państwa, a wszystko w imię walki z mową nienawiści.
Kontrolować lub zamknąć – to podejście prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdoğana do Twittera i pozostałych serwisów społecznościowych, a także innych platform gromadzących internautów, w tym Netflixa. Szczegóły regulacji szykowanych przez Partię Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) podał prorządowy dziennik „Hürriyet”.
Facebook i inni giganci technologiczni zostaną zobowiązani do otwarcia w Turcji przedstawicielstw odpowiedzialnych za usuwanie z sieci nielegalnych treści. Krytyczny wobec rządu portal „Ahval” podkreśla, że nowe przepisy ograniczą też anonimowość internautów, bo krajowi reprezentanci serwisów społecznościowych mieliby też na żądanie sądu ujawniać informacje o użytkownikach.
Reklama
Te dane trzeba będzie przechowywać w Turcji. Platformom niespełniającym nowych wymagań może grozić zamknięcie. Będą też kary – równowartości nawet 50 mln euro – za nie dość sprawne usuwanie mowy nienawiści lub treści łamiących prawo.
Prorządowy dziennik „Daily Sabah” podkreśla, że reforma mediów społecznościowych od dawna była w planach AKP i zmierza do zapewnienia użytkownikom platform większego bezpieczeństwa. Gazeta cytuje Erdoğana, który – zapowiadając nowe przepisy – stwierdził, że „każdy obywatel ma prawo do ochrony swojej reputacji w sieci” i planowane regulacje to zapewnią, pomagając „naszemu narodowi uzyskać dostęp do bogatych i godnych zaufania treści”. Ostro skrytykował też „kłamstwa, oszczerstwa, ataki na prawa osobiste i dobre imię”, krążące obecnie w internecie.
Temat regulacji serwisów społecznościowych odżył wkrótce po tym, jak zięć prezydenta, a zarazem minister skarbu i finansów Berat Albayrak pochwalił się na Twitterze nowo narodzonym synem, na co niektórzy internauci zareagowali obraźliwymi uwagami pod adresem jego żony Esry Erdoğan. Niezależny serwis „Duvar” podkreśla, że tweety z obelgami zostały zablokowane, a przedstawiciele wszystkich partii potępili mowę nienawiści. Z udostępniających te treści osób jedna została aresztowana, a 11 zatrzymanych.
„Ahval” podaje jednak, że motywem wprowadzenia kontroli nad mediami społecznościowymi może być to, że wcześniej tysiące młodych Turków obrzuciło Erdoğana na Twitterze krytycznymi komentarzami, inicjując hashtagową kampanię #OyMoyYok („Nie dostanie mojego głosu”). Portal przypomina też, że obecne plany to nie pierwsze kroki tureckiego rządu w sferze cenzury. Według danych tamtejszego Stowarzyszenia Wolności Słowa władze w Ankarze do końca 2019 r. zablokowały ponad 400 tys. stron internetowych. Zamknięto też 7 tys. kont na Twitterze i zablokowano tam 40 tys. wpisów.
Oprócz zarzutów wprowadzania cenzury „Ahval” wytacza też przeciwko planowanym regulacjom argumenty ekonomiczne. Cytowani przezeń eksperci podkreślają, że cyfrowi giganci zapewniają pracę tureckim specjalistom, którym w razie kłopotów tych platform lub ich zamknięcia grozi bezrobocie. Oprócz tego rządowe ograniczenia mogą zaszkodzić wielu tureckim firmom, od dużych korporacji po małe przedsiębiorstwa, które używają mediów społecznościowych do marketingu.
O tym, że zapowiedź odcięcia dostępu do platform internetowych nie jest czczą pogróżką, przekonali się pracownicy tureckiego parlamentu, na którego terenie, jak informuje „Duvar”, zablokowano w ubiegłym tygodniu dostęp do Netflixa. Elementem trudnych relacji Ankary z mediami społecznościowymi jest też niedawno wprowadzony w Turcji podatek cyfrowy. „Daily Sabah” informuje, że sam Twitter zbiera w tym kraju z reklam równowartość 35 mln dol. i dotychczas nie odprowadzał tam z tego podatku. ©℗