Nigel Farage buduje swoją bazę tak, jak zrobił to Donald Trump. Pochłania część tradycyjnie lewicowego elektoratu, który jest zmęczony narastającą biedą i brakiem perspektyw.
Dziennik Gazeta Prawna
Theresa May po niemal trzech latach odchodzi dziś, w piątek, ze stanowisk premiera Wielkiej Brytanii i szefowej torysów. Odchodzi w niesławie, bo nie udało się jej sfinalizować brexitu. Szydzą z niej media od lewa do prawa, bo przegrała wszystkie głosowania w Izbie Gmin dotyczące wariantów rozwodu z Unią Europejską, zaś na koniec poniosła klęskę w wyborach do Parlamentu Europejskiego, zajmując wraz ze swoim ugrupowaniem piąte miejsce z niecałymi 9 pkt proc. głosów. To najgorszy wynik torysów.
Reklama
Na werdykt historii w jej sprawie będziemy musieli trochę jednak poczekać. Po pierwsze, May zdecydowała się na zadanie, którego wykonanie od początku graniczyło z niemożliwością, bo kolejne traktaty o Unii Europejskiej nie ustaliły procedury opuszczenia Wspólnoty. Po drugie, szarżujący dziś w sprawie brexitu Boris Johnson (i inni politycy mężczyźni) trzy lata temu, po referendum, woleli stanąć w drugim szeregu. Po trzecie, jeśli Zjednoczone Królestwo rozwiedzie się z Brukselą 29 października bez porozumienia, czyli nastąpi twardy brexit, a za nim gospodarcza i polityczna katastrofa, May będzie wspominana jako ostatnia, która chciała Wielką Brytanię ratować.
Tymczasem w Partii Konserwatywnej toczy się walka o przywództwo. Nadzieją frakcji życzliwie nastawionej wobec UE jest Jeremy Hunt, urzędujący minister spraw zagranicznych, w rządach Davida Camerona odpowiedzialny za resort zdrowia. Reprezentuje w partii centrowe skrzydło, odwołujące się do historycznego nurtu one-nation conservatism, konserwatyzmu opiekuńczego albo – jak mawia się współcześnie – współczującego. To nurt w partii przeciwny prywatyzacji National Health Service, publicznego systemu opieki zdrowotnej, piątego pod względem wielkości pracodawcy na świecie, zatrudniającego ok. 1,7 mln ludzi.

Reklama

Boris na czele

To dziś najważniejszy jego wyróżnik, bo prezydent USA Donald Trump podczas minionej wizyty w Wielkiej Brytanii poruszył kwestię prywatyzacji szpitali, jeśli po brexicie miałaby się zawiązać unia celna między Stanami Zjednoczonymi a Wielką Brytanią. Wcześniej Hunt powiedział „Financial Times”, że opowiada się za dalszą współpracą angielskich firm farmaceutycznych z unijnymi agencjami regulującymi sprawy związane z rynkiem zdrowia. Jeden z urzędników jego ministerstwa, zachowując anonimowość, tłumaczył potem mediom, że to niekonsultowana z kierownictwem resortu samowolka. A szefowi dyplomacji chodzi po prostu o uchronienie usług medycznych i cen leków przed deregulacją na wzór amerykański. Poza tym Hunt był i jest zwolennikiem austerity, polityki oszczędności, którą przedsięwzięła większość państw europejskich po ostatnim kryzysie. Między neoliberałami a lewicą cały czas trwa spór, czy jest to wybór konieczny, czy ideologiczny.
Polityk przejmował kierownictwo nad brytyjską dyplomacją od Borisa Johnsona, który na tym stanowisku chyba specjalnie popełniał podczas zagranicznych wojaży gafę za gafą, by się jeszcze bardziej poróżnić z resztą kontynentu. Hunt trochę naprawił wizerunek Londynu, ale degrengolada wewnątrz torysów oraz kolejne przegrane przez May głosowania w Izbie Gmin w sprawie brexitu i tak zrobiły z Wielkiej Brytanii chorego człowieka Europy.
Gdyby Hunt wygrał batalię o przywództwo torysów i został premierem, to raczej rozwodu z Unią Europejską odraczać nie będzie, ale włoży wszystkie siły w możliwie najbardziej miękką jego wersję. – Remainersom (zwolennikom pozostania w UE – red.) w partiach głównego nurtu, u laburzystów i torysów, którzy są świadomi tego, że mają u siebie silne frakcje antyeuropejskie, zależy teraz przede wszystkim na ocaleniu części projektu europejskiego – mówi DGP Ewa Sidorenko, socjolożka z University of Greewich. W praktyce chodzi o to, by przeprowadzić brexit na poziomie politycznym, ale pozostać w unii celnej i zagwarantować Brytyjczykom i obywatelom pozostałych 27 krajów Unii możliwie największy swobodny przepływ i możliwość prowadzenia działalności gospodarczej.
Na razie przeciwne sobie koterie wypuszczają przecieki do mediów, a czołowi politycy otwarcie się w sprawie brexitowej strategii krytykują. Jeżeli Hunt przegra rywalizację o przywództwo, to szanse na drugie referendum w sprawie brexitu spadają do zera. Wszyscy pozostali liczący się kandydaci, jak Dominic Raab, który u May przez kilka miesięcy był ministrem ds. negocjowania brexitu, urzędujący minister ochrony środowiska Michael Gove oraz Boris Johnson, chcą wyjść z Unii jak najszybciej, niezależnie od tego, na jakich by to się miało odbyć warunkach.
Za Johnsonem jako potencjalnym nowym szefem torysów przemawia jeden czynnik. Według sondażu YouGov tylko pod jego przywództwem Partia Konserwatywna ma szanse na wyraźne zwycięstwo, gdyby doszło do przyspieszonych wyborów parlamentarnych. A taki scenariusz jest możliwy, jeżeli nowy rząd nie dostanie wotum zaufania, bo przeciw zagłosują konserwatywni euroentuzjaści.
Jednak ten ekscentryczny były szef dyplomacji ma obecnie poważne kłopoty. Został w zeszłym tygodniu wezwany do stawienia się przed sądem w Londynie, aby zmierzyć się z zarzutami niewłaściwego sprawowania urzędu publicznego (nie poinformowano o konkretnej dacie przesłuchania). Prywatne oskarżenie dotyczy powtarzanego przez Johnsona stwierdzenia, jakoby Wielka Brytania wysyłała 350 mln funtów tygodniowo Unii Europejskiej. Rozstrzygnięcia w tej sprawie dokona Sąd Koronny. Oskarżycielem posiłkowym jest biznesmen Marcus Ball, który zebrał ponad 200 tys. funtów na sfinansowanie pozwu. Najwyższą karą za przestępstwa popełnione w trakcie pełnienia stanowisk publicznych jest dożywotnie więzienie.

Europejski mur

A Nigel Farage, architekt brexitowej kampanii referendalnej, przygląda się chaosowi u torysów i zaciera ręce. Lider Brexit Party ma ambicje dużo większe niż to, co już zdobył, czyli silną frakcję w Parlamencie Europejskim, tym bardziej że spodziewa się, iż w związku z wyjściem z Unii mandaty jego ludzi wygasną. Jego celem jest stanowisko premiera Wielkiej Brytanii. Ten scenariusz, dotąd nieprawdopodobny, został jednak ostatnio przez część ekspertów uznany za możliwy. Pierwszym krokiem do podboju głównego nurtu polityki było rozstanie się z UKiP, Partią Niepodległości Zjednoczonego Królestwa. – To stronnictwo ma łatkę rasistów. Z czymś takim trudno jest wypłynąć na głębsze wody. A z nową partią udało mu się przemówić też do nastawionych antyeuropejsko grup etnicznych – stwierdza Sidorenko. Na przykład część starej imigracji z Pakistanu jest za opuszczeniem Unii, bo – o ironio – przeszkadzają jej przybysze ze wschodniej Europy. W zachodnim Londynie, gdzie zamieszkuje część pakistańskiej diaspory, przed i po referendum brexitowym miały miejsce ksenofobiczne incydenty wymierzone m.in. w Polonię. Ponadto w 2014 r. dziennik „The Guardian” pisał o napiętej atmosferze podczas spotkania z premierem Davidem Cameronem, podczas którego młodzi Brytyjczycy pochodzenia pakistańskiego głośno krytykowali go za to, że Bułgarom i Rumunom wolno korzystać z systemu ubezpieczeń społecznych.
O tym, jak Farage pobierał nauki od ludzi Trumpa, by stworzyć nową partyjną markę, pisaliśmy ostatnio na łamach DGP (29 maja). I płyną do niego wartkim strumieniem dotychczasowi wyborcy torysów. Ale nie tylko. Około jednej piątej zwolenników Partii Pracy, głównie w północnej Anglii, przeszło w wyborach europejskich na stronę Farage’a. To ludzie z okręgów takich jak Walsall North, gdzie bezrobocie sięga 8 proc., podczas gdy średnia krajowa utrzymuje się poniżej 4 proc. Są tam też problemy z bezdomnością i kryzys mieszkalnictwa komunalnego. Ludziom doskwiera bedroom tax (dosłownie podatek od sypialni), kiedy zostają obciążeni za posiadanie dodatkowego pokoju w mieszkaniu należącym do gminy.
Wszystko wskazuje na to, że Nigel Farage buduje swoją bazę tak, jak zrobił to w Ameryce Donald Trump, przejmując Partię Republikańską i przekonując do siebie zawiedzionych lewicą ludzi pragnących opieki socjalnej, ale o konserwatywnych poglądach w sprawach obyczajowych i kulturowych. Dokładnie tak jak prezydent USA pochłania sporą część tradycyjnie lewicowego elektoratu, który jest zmęczony narastającą biedą i brakiem perspektyw. I karmi go hasłami izolacjonistycznymi. Twardy brexit to ekwiwalent Trumpowskiego muru, który ma stanąć na granicy z Meksykiem.
Jedna piąta zwolenników Partii Pracy, głównie w północnej Anglii, przeszła na stronę Farage’a. To ludzie z okręgów takich jak Walsall North, gdzie bezrobocie sięga 8 proc., podczas gdy średnia krajowa utrzymuje się poniżej 4 proc.