Jedno jest pewne: Wielka Brytania nie pożegna się jutro z Unią Europejską na twardo. Ale kiedy nastąpi brexit, wciąż nie wiadomo.
Reklama
Wczorajsze porozumienie podczas unijnego szczytu w Brukseli daje Brytyjczykom czas, ale nie zbliża ich do przerwania brexitowego impasu. Politycy nad Tamizą wciąż są podzieleni, a perspektywy na kompromis – nikłe.
Przypomnijmy: sednem sporu jest porozumienie wyjściowe – umowa między Londynem a Brukselą określająca warunki rozwodu. Brytyjski parlament trzykrotnie już ją odrzucił, chociaż za każdym razem mniejszą liczbą głosów. Bez ratyfikacji porozumienia brexit musiałby się odbyć na twardo, ale tego Izba Gmin też nie chce. Od paru miesięcy nad Tamizą trwa więc impas, bo nikt nie zna odpowiedzi na pytanie: co dalej?
Sytuacja w którymś momencie była tak beznadziejna, że parlament zdecydował się nawet na niesłychany krok i postanowił samodzielnie, wbrew rządowi, podjąć decyzję o dalszym losie brexitu. Niestety, poświęcona temu seria głosowań nie przerwała klinczu.
Porażka parlamentu stworzyła premier May okazję do przejęcia politycznej inicjatywy. Szefowa rządu wyciągnęła w ubiegłym tygodniu rękę do opozycji w nadziei, że uda jej się zmontować większość w Izbie Gmin.
Rozmowy jeszcze się nie zakończyły i prawdopodobnie będą trwały także po zakończeniu brukselskiego szczytu. Wiele wskazuje jednak na to, że nie przyniosą efektu: stanowiska torysów i laburzystów za bardzo się bowiem różnią.
Większość polityków Partii Konserwatywnej chce uniezależnienia się od Unii Europejskiej (prawdopodobnie to miała na myśli premier May, uciekając się wielokrotnie do swojej formuły „brexit znaczy brexit”), zaś większość posłów Partii Pracy popiera unię celną między Londynem a Brukselą. Biorąc pod uwagę, że odebrałaby ona Wielkiej Brytanii możliwość zawierania własnych umów handlowych, tych dwóch stanowisk nie da się ze sobą pogodzić.
Co więcej, żadna ze stron nie może ustąpić, ponieważ niesie to ze sobą zbyt duże ryzyko polityczne. May obawia się, że wsparcie unii celnej – która na skali brexitowej twardości pożegnania jest rozwiązaniem miękkim – może przypłacić rozłamem w partii pełnej polityków chcących brexitu za wszelką cenę, i to jak najszybciej. Z kolei Jeremy Corbyn stanie wobec rebelii we własnej partii, jeśli zgodzi się na poparcie porozumienia wyjściowego, ale nie ugra nic więcej.
Rząd mógłby także zorganizować kolejną rundę głosowań w Izbie Gmin, podobną do dwóch wywalczonych przez posłów i zakończonych fiaskiem. W przeciwieństwie do tamtych głosowań, do których szefowa rządu starała się nie dopuścić, tym razem jednak premier mogłaby wysłać do Westminsteru sygnał: rząd poprze taki wariant, na który zgodzi się Izba.
Istnienie takiego planu B potwierdził wczoraj odpowiedzialny za brexit minister Steve Barclay w wywiadzie dla stacji BBC4. – Jeśli rozmowy z Partią Pracy się nie powiodą, premier chce zwrócić się do parlamentu i razem przyjrzeć się różnym wariantom – stwierdził członek rządu.
To także jednak jest ryzykowne zagranie, parlament mógłby bowiem opowiedzieć się za unią celną z Brukselą (ostatnim razem taki wariant przepadł zaledwie trzema głosami). Ponieważ większość torysów nie chce żadnej przyszłej unii z Unią, oznaczałoby to, że rząd poparłby politykę, której nie popiera tworząca ten rząd partia. A to oczywiście grozi rozłamem w partii.
Pozycja premier May jest słaba, ale paradoksalnie to właśnie najprawdopodobniej utrzymuje ją przy władzy: politycy, którzy chcieliby ją zastąpić, woleliby, żeby zużyła resztę swojego kapitału politycznego na dokończenie brexitu. Tylko wówczas jej następca mógłby liczyć na świeży start, bez konieczności angażowania się w kosztowny wizerunkowo rozwód. Z tego samego powodu wcześniejsze wybory w Wielkiej Brytanii także wydają się mało realne.