Dla Polski wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej będzie bezsprzecznie olbrzymim ciosem. Narusza nasze podstawowe interesy gospodarcze, obronne i strategiczne. Polska ma żywotny interes, aby naszych rodaków na Wyspach chroniło prawo europejskie. Londyn jest też jednym z największych inwestorów zagranicznych w naszym kraju i jednym z naszych największych rynków eksportowych.
Łączy nas wspólne myślenie o bezpieczeństwie: Wielka Brytania, podobnie jak Polska, widzi konieczność utrzymania bliskich więzi z USA i spore zagrożenie dla bezpieczeństwa Europy na Wschodzie. Podobnie jak my była sceptycznie nastawiona do wspólnych struktur obronnych UE, koncentrując się na NATO. Mamy podobny pogląd na UE i jej rolę: Brytyjczycy z rezerwą podchodzą do ciągotek harmonizacyjnych Komisji Europejskiej i wolą, aby UE funkcjonowała przede wszystkim jako wspólny rynek, pozostawiając jak najwięcej państwom członkowskim. Razem jesteśmy poza strefą euro, więc razem opieraliśmy się próbom powołania struktur wyłącznie dla niej. Odejście Londynu z UE całkowicie zmienia bilans sił w Brukseli i osłabia Polskę.
Rozważania o interesie Polski w kontekście brexitu nie są przypadkowe. Wielka Brytania oficjalnie może wyjść z UE w najbliższy piątek. Wynegocjowana przez premier Theresę May umowa rozwodowa została już trzy razy odrzucona przez Izbę Gmin, a czasu na negocjowanie innej brak. Jeżeli więc do 12 kwietnia Izba Gmin nie zatwierdzi umowy o wyjściu Wielkiej Brytanii ze Wspólnoty, nastąpi twardy brexit, który wywoła kataklizm gospodarczy, prawny i społeczny tak w Wielkiej Brytanii, jak i w Unii. Jedynym ratunkiem w takiej sytuacji jest odłożenie brexitu, o czym dzisiaj ma zadecydować Rada Europejska.
Kluczowe pytanie brzmi, czy zaoferować Wielkiej Brytanii długi okres przejściowy, sięgający być może końca bieżącego lub nawet przyszłego roku. Biorąc pod uwagę bezradność May i pat między różnymi grupami w Izbie Gmin, tylko taki – wielomiesięczny lub wieloletni – okres przejściowy umożliwi wypracowanie przez brytyjski system polityczny całościowego wyjścia z obecnego impasu. Dla Polski i innych państw UE może się to wydawać idealnym rozwiązaniem. Pozorując uprzejmość i wyrozumiałość wobec targanego wewnętrznymi napięciami partnera, dążylibyśmy do cofnięcia brexitu.
Reklama
Długi okres przejściowy umożliwia dramatyczne zwroty akcji: upadek brytyjskiego rządu, nowe wybory czy też kolejne referendum brexitowe. Ich wynikiem mogłaby być zmiana decyzji o wyjściu z UE. Wszystkie trzy rozwiązania są już przecież rozważane jako całkiem realne. Odwrócenie brexitu byłoby dla Polski niebywale szczęśliwym zakończeniem. Pokusa, aby dać Brytyjczykom długi okres przejściowy, jest więc wielka. Niestety, mimo ewidentnych korzyści z takiego mało prawdopodobnego, ale możliwego rozwoju wydarzeń, ani polski rząd, ani Rada Europejska pod żadnym pozorem nie powinny się godzić na przedłużenie brexitu, które skutkowałoby udziałem Wielkiej Brytanii w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Niesie to zbyt wiele poważnych zagrożeń dla funkcjonowania UE.
Po pierwsze, jakby nie interpretować wyników referendum, badań opinii społecznej i głosowań w Izbie Gmin, społeczeństwo brytyjskie jest podzielone co do członkostwa w UE. Obecne badania wykazują, że mimo lekkiej zmiany preferencji (aktualnie niewiele przeważają przeciwnicy brexitu) społeczeństwo jest nadal przeciwne drugiemu referendum (52:38), prawie 40 proc. uważa wyjście z UE bez umowy za dobre lub akceptowalne, a ponad 40 proc. uważa samo wyjście z UE za dobre lub bez znaczenia dla gospodarki.

Reklama
W Izbie Gmin ustawa uniemożliwiająca wyjście z UE bez umowy przeszła tylko jednym głosem, a wcześniejsza uchwała przeciwko „no deal” – większością czterech głosów. Połowa parlamentu nie miałaby więc żadnego problemu z katastrofalnym w skutkach wyjściem bez umowy. Duża część społeczeństwa po prostu nie chce być w UE. Trzymanie ich na siłę – bo tak zostaną zinterpretowane zabiegi Brukseli z przesunięciem brexitu – przyczyni się do jeszcze większej polaryzacji i wzrostu nastrojów antyunijnych.
Po drugie, pozwolenie Brytyjczykom na wzięcie udziału w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego poskutkuje przeniesieniem z Londynu do Brukseli bojów o duszę Wielkiej Brytanii. Jej próbkę mieliśmy już podczas emocjonalnej debaty 3 kwietnia w PE, gdzie zdecydowaną większością mówców byli posłowie brytyjscy i irlandzcy, obrażający się nawzajem i zarzucający sobie zdradę. Udział brytyjskich posłów całkowicie zdestabilizuje PE. Ponadto spora część delegacji brytyjskiej może być bardzo antyeuropejska, zasilając szeregi partii antyunijnych. Jakkolwiek zdrowy sceptycyzm wobec Brukseli i chęć reformy UE są pożyteczne, duży zastrzyk polityków aktywnie popierających wyjście z UE nie będzie dobry dla Polski.
Po trzecie, w najbliższej przyszłości w Londynie zmieni się premier. Większość ekspertów przewiduje, że następny przywódca będzie jeszcze bardziej eurosceptyczny. Obietnice, jakie premier May złoży przywódcom europejskim, mogą nie mieć żadnej wagi. Rząd brytyjski będzie mógł brutalnie wykorzystywać swoją rolę w Radzie, starając się wywrzeć wpływ na kolejne decyzje, kierując się nie przesłankami merytorycznymi, lecz taktycznymi z myślą o brexicie.
Po czwarte, dopuszczenie posłów brytyjskich do kolejnej kadencji PE rodzi wiele problemów prawnych i instytucjonalnych. W traktatach zapisana jest pięcioletnia kadencja europosłów. Jeżeli Wielka Brytania ma wyjść w trakcie następnej kadencji, rodzi się pytanie o jej dalszy ciąg. Obecny parlament zrobił, co mógł, aby zakończyć prace legislacyjne przed datą brexitu właśnie po to, by uniknąć takich problemów. Czy po wyjściu Wielkiej Brytanii za rok lub dwa PE powinien się rozwiązać? Jeśli nie, to czy akty prawne rozpatrywane w trakcie wyjścia Brytyjczyków będą ważne? Co z powołanymi przy ich udziale instytucjami, w tym Komisją Europejską?
Po piąte zaś, nie widać na horyzoncie jakiejkolwiek przesłanki, by sądzić, że sytuacja w Wielkiej Brytanii w niedalekiej przyszłości drastycznie się zmieni. Prognozy wyborcze wykazują, że kolejna Izba Gmin może być jeszcze bardziej eurosceptyczna niż obecna. Unia chciałaby drugiego referendum, ale nie ma gwarancji, że przyniosłoby ono oczekiwany w Brukseli rezultat. A wszelkie próby utrzymania Londynu w UE na siłę zostaną wykorzystane przez jej wrogów do dalszego jątrzenia i budowania napięć społecznych w Wielkiej Brytanii i poza nią. Biorąc pod uwagę zagrożenia dla samej Unii, całe przedsięwzięcie staje się bardzo ryzykowne.
Dlatego w środę Rada Europejska powinna podjąć bolesną, ale jedyną słuszną decyzję: zaoferować Brytyjczykom najdłuższe z możliwych przedłużeń, które jednak nie wymaga przeprowadzenia przez nich wyborów do europarlamentu. Jak śpiewa znakomity brytyjski piosenkarz Sting: „If you love somebody, set them free”. Czas rozstać się z Brytyjczykami, aby na czystych podstawach zbudować nową relację w przyszłości.
Długi okres przejściowy umożliwia dramatyczne zwroty akcji: upadek brytyjskiego rządu, nowe wybory czy kolejne referendum brexitowe