Mijający tydzień wzmocnił przeciwników Warszawy, Budapesztu i Bukaresztu. Węgrzy przyjęli ustawy przeciw migrantom i NGO. Rumunia wykonała kolejny krok na drodze do rozmontowania systemu antykorupcyjnego. Z kolei Polska w oślej ławce czeka na wtorkowe wysłuchanie na radzie ds. ogólnych w kwestii zmian w wymiarze sprawiedliwości
Przypadek Laury Codruțy Kövesi, usuwanej z urzędu szefowej rumuńskiej Krajowej Dyrekcji Antykorupcyjnej (DNA), nie ma precedensu. Historia jej kariery to opowieść o potężnej władzy, która narodziła się w wyniku braku wyobraźni Partii Socjaldemokratycznej (PSD). Ugrupowanie, które po upadku Nicolae Ceaușescu w 1989 r. uwłaszczyło się na państwie – w 2002 r. uległo presji Zachodu i dało sobie narzuć ustawę o DNA. Kariera Kövesi to również opowieść o instytucji, która miała pozostać fasadą, tymczasem skutecznie wybiła się na niepodległość i zaczęła łamać kariery kolejnym premierom, posłom, ministrom, oligarchom i celebrytom.
Dziś szefowa DNA, a wcześniej najmłodsza w historii Rumunii prokurator generalna, walczy o przetrwanie. Rządzący postkomuniści uznali, że albo oni usuną Kövesi, albo Kövesi usunie ich. Ta wojna może ocali ich kariery. W dłuższej perspektywie będzie jednak kolejnym argumentem dla Zachodu, że z Europą Środkową jednak jest coś nie tak. Po zmianach w polskim wymiarze sprawiedliwości i rewolucji Viktora Orbána na Węgrzech kolejny kraj daje amunicję tym, którzy w UE przekonują, że przyszedł czas na odczepienie wagonów z „dziczą ze Wschodu”.

Prywatna operacja przeciw państwu

Reklama
Kövesi próbowano się pozbyć na długo przed pojawieniem się popularnego dziś w rumuńskich elitach terminu „państwo równoległe”. To odpowiednik używanego w Polsce pojęcia „nadzwyczajna kasta” oznacza, że prawdziwe kierownictwo państwa jest w rękach szefowej DNA, a nie wybieranych i kontrolowanych przez naród polityków. W rzeczywistości ta dramatyczna narracja jest jedynie podstawą ideologiczną do rozprawy z Dyrekcją.
Początkowo likwidację Kövesi próbowano outsourcować. Materiały ją kompromitujące miały zostać zebrane w prywatnej operacji specjalnej wykonanej przez znaną izraelską wywiadownię. Wynajęła ją grupa osób z establishmentu, której interesom zagroziło DNA. Planowano przejęcie poczty elektronicznej szefowej DNA oraz poznanie treści jej rozmów telefonicznych ze współpracownikami i rodziną. Miano również podszyć się pod jej tożsamość w internecie, by w ten sposób stworzyć obciążające materiały. Jak podaje dziennik „Evenimentul Zilei”, prowadzonym w 2016 r. działaniom nadano kryptonim „Tornado”.

Reklama
magazyn okładka 22 czerwca / Dziennik Gazeta Prawna
Z dokumentów DIICOT, rumuńskiej służby specjalnej, powołanej niemal w tym samym czasie co DNA i zajmującej się najcięższymi przestępstwami, wynika, że w „Tornado” zaangażowani byli obywatele Izraela i zarazem byli pracownicy wywiadu tego państwa Ron Weiner i David Geclowicz (zostali aresztowani). Zleceniodawcą miał być Daniel Dragomir, były pracownik rumuńskiej Służby Bezpieczeństwa Wewnętrznego (SRI) – odpowiedniczki polskiego ABW – oskarżany również o pranie brudnych pieniędzy, powoływanie się na wpływy i ujawnienie poufnych informacji (śledztwo w toku). Jak podje „EZ” wykonawcą operacji wycenionej na 900 tys. funtów została słynna wywiadownia Black Cube. Ta w szczycie kryzysu oświadczyła, że jej pracownicy – w ramach legalnego projektu – zbierali dowody na korupcję w rządzie rumuńskim. To mniej więcej tak, jakby w Polsce negatywnie zweryfikowany oficer WSI wynajął za milion dolarów prywatną agencję wywiadowczą do przechwytywania e-maili, zbierania materiałów obciążających i wcielania się na portalach społecznościowych w rolę Mariusza Kamińskiego lub Antoniego Macierewicza.
Uczestnicy akcji Weiner i Geclowicz przyznali się do winy i w zamian za ugodową postawę zostali skazani przez rumuński sąd na dwa lata i osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu. „Tornado” okazało się kompromitacją. Zamiast DNA-leaks Kövesi została zaprzysiężona na drugą kadencję jako szefowa Dyrekcji. I ze zdwojoną siłą uderzyła w elity PSD. – Co dotyczy pani Kövesi, mogę powiedzieć otwarcie, że nie mam żadnych wątpliwości. Rezultaty prac DNA robią wrażenie. Jestem za nie bardzo wdzięczny – mówił wówczas wywodzący się z centroprawicy i skonfliktowany z PSD prezydent Klaus Iohannis.
Po decyzji głowy państwa na celownik ponownie trafiło przywództwo Partii Socjaldemokratycznej. Przede wszystkim jej szef Liviu Dragnea. Wcześniej został skazany na dwa lata w zawieszeniu za oszustwa wyborcze, tracąc tym samym prawo do zajmowania stanowisk publicznych. DNA oskarża go również o nadużycie władzy i żąda dla niego wyroku 7,5 lat więzienia. Jeśli sąd przychyli się do argumentów Dyrekcji, to rządzący z tylnego siedzenia Rumunią Dragnea trafi za kratki.

Suweren w obronie polityków

Właśnie z powodu problemów Dragnei zorganizowano drugą wojnę przeciw Kövesi. Tym razem – totalną. W ubiegłym tygodniu przez Bukareszt przetoczyła się fala protestów, przeciw „państwu równoległemu”. Jak podawał dziennik „România Liberă”, na przylegającym do budynków rządu placu Zwycięstwa mogło się pojawić nawet pół miliona Rumunów. Bardziej prawdopodobne szacunki to 150 tys., jednak – jak na 19-milionowy kraj – to i tak imponująca liczba. Kolejna odsłona wojny rumuńsko-rumuńskiej jest już dla Kövesi wizerunkowo znacznie mniej korzystna. Dodatkowo na początku czerwca Sąd Konstytucyjny wydał orzeczenie, w myśl którego prezydent Klaus Iohannis nie może odmówić podpisania wniosku o jej odwołanie. Złożył go wywodzący się z PSD minister sprawiedliwości Tudorel Toader.
Orzeczenie sądu najpewniej oznacza koniec Kövesi i równocześnie kompromitację państwa. Dyrekcja dawała przynajmniej cień nadziei, że pogrążona w korupcji Rumunia ma szansę wygrać wojnę z łapownictwem. Statystyki potwierdzają, że do tej pory to się udawało. Jak wynika ze sprawozdania Dyrekcji, w 2017 r. w wyniku działań DNA skazano 997 osób. W tym trzech ministrów, byłego przewodniczącego niższej izby parlamentu, pięciu posłów, senatora, dwóch sekretarzy stanu i jednego dyrektora generalnego w ministerstwie. Najświeższym przykładem działalności DNA jest wydany w środę w ostatniej instancji wyrok trzech lat więzienia (prokuratura żądała dziewięciu) dla byłego ministra transportu Dana Șovy za przyjęcie łapówki w wysokości 100 tys. euro i płatną protekcję.
Takie sprawy i głośne śledztwa były do tej pory uznawane przez Brukselę za minimalną gwarancję, że unijne pieniądze płynące do Rumunii są bezpieczne. Jeśli Kövesi straci stanowisko, Komisja zyska argument do promowania pomysłu powiązania funduszy UE z praworządnością.

Rewolucja węgierska i Polska procedura

Wysiłki w dostarczaniu argumentów o „inności” Europy Środkowej zintensyfikował również Viktor Orbán. W środę, w Światowym Dniu Uchodźcy, zdominowany przez Fidesz węgierski parlament po raz kolejny zmienił konstytucję i przyjął ustawy antymigranckie i regulacje określane mianem Stop Soros. Zaproponowane rozwiązania delegalizują pomoc nielegalnym migrantom, a policję zobowiązują do walki z nimi. Jak pisaliśmy w czwartkowym wydaniu DGP, o azyl nie będzie mógł ubiegać się ten, kto już raz przekroczył granicę innego państwa UE. W praktyce oznacza to podstawę do odmowy przyjęcia kwot migranckich, które forsuje Komisja Europejska. Wcześniej przyjęto – wzorowane na prawie rosyjskim – lexNGO, nakazujące ujawnienie się organizacjom finansowanym z zagranicznych źródeł. Łamiącym regulacje o zakazie pomocy nielegalnym migrantom grozi kara finansowa lub nawet do roku więzienia. Od środy na Węgrzech nielegalna jest też bezdomność. A konkretnie pojawianie się bezdomnego w przestrzeni publicznej.
– Europa ma swojego mini-Trumpa. Kiedy Europejska Partia Ludowa (należy do niej Fidesz) przestanie legitymować Orbána? – napisał po przegłosowaniu pakietu ustaw na Twitterze lider liberałów w unijnym parlamencie Guy Verhofstadt. Na takie argumenty węgierski premier odpowiada planami budowania – przed przyszłorocznymi wyborami do unijnego parlamentu – paneuropejskiej partii antymigranckiej. W jego kalkulacjach wizja przeniesienia populistycznej fali z poziomu narodowego na unijny ma blokować zapędy zwolenników karania Węgier za jej autorską wizję redefiniowania pojęcia demokracji.

Odłączenie Wschodu od Unii przez fakty dokonane

Wydarzeniem najdobitniej podkreślającym rozjazd nowej i starej Europy będzie wtorkowe wysłuchanie Polski na Radzie ds. Ogólnych. Przedstawiciel rządu wystąpi w roli oskarżonego i odpowie na pytania o jakość reguł demokratycznych. Niezależnie od rezultatów tej dyskusji już samo pojawienie się w niej Polski jest kompromitujące. Tym bardziej że równolegle do procedury opisanej w art. 7 prowadzone są rozmowy o unijnym budżecie i reformie instytucjonalnej UE. Państwa, które są zwolennikami zmiany zasad dzielenia budżetu (więcej pieniędzy na problemy Południa, mniej – Wschodu), znalazły się w doskonałym położeniu negocjacyjnym. Polska dostarczyła amunicji przeciwko sobie.
Słabość Polski można było również obserwować podczas wtorkowej wizyty premiera Mateusza Morawieckiego w Berlinie. Szef rządu zrelacjonował Angeli Merkel swoje poniedziałkowe spotkanie z wiceszefem Komisji Europejskiej Fransem Timmermansem. Kilka godzin później w niemieckiej stolicy wylądował prezydent Francji Emmanuel Macron, który ustalił z kanclerz, że strefa euro będzie miała osobny budżet. Ten pomysł jest potencjalnie niekorzystny dla Polski i tych państw Europy Środkowej, które pozostały przy walucie narodowej (Węgier i Rumunii). Nie ma jeszcze szczegółów, ale najpewniej zmniejszy budżet całej UE.
Z jednej strony mieliśmy opowiadającego o problemach z Komisją polskiego premiera. Z drugiej dwójkę polityków, którzy bez konsultacji z kimkolwiek podjęli decyzję. Warszawa, Budapeszt i Bukareszt oczywiście mogą protestować. Mogą grozić wetem. Niewielu będzie jednak słuchało ich argumentów. Budżet strefy euro może powstać w ramach zacieśnionej współpracy. Bez konieczności pytania kogokolwiek o zgodę. Z kolei weto projektu budżet dla całej UE, którym grozi rząd Mateusza Morawieckiego, oznacza, że Unia Europejska będzie działała na jego prowizorycznej wersji. To również wariant niekorzystny dla Europy Środkowej, bo wyklucza planowanie jakichkolwiek projektów w dłuższej perspektywie. Unijne trendy dla Międzymorza są niekorzystne. Paradoksalnie dzięki działaniom samego Międzymorza.