Arabska wiosna przyniosła Tunezyjczykom demokrację, ale nie poprawiła ich sytuacji materialnej.
Reklama
Coraz mocniej chwieje się opinia o Tunezji jako jedynym kraju, który odniósł sukces po arabskiej wiośnie sprzed siedmiu lat. Mimo ogłoszonych wczoraj przez władze ustępstw nie słabną trwające od ponad tygodnia protesty przeciw polityce gospodarczej rządu.
Bezpośrednią przyczyną antyrządowych wystąpień, które zaczęły się w poprzednią niedzielę, było podniesienie w tegorocznym budżecie stawek VAT na wiele produktów, w tym paliwo, internet oraz rozmowy telefoniczne, produkty rolne, jak owoce i warzywa, czy kosmetyki. Rząd został do tego zmuszony, bo w ramach wartej 2,9 mld dol. pożyczki otrzymanej w 2015 r. od Międzynarodowego Funduszu Walutowego zobowiązał się do zmniejszenia deficytu budżetowego, a w zeszłym miesiącu MFW wezwał Tunezję do podjęcia pilnych działań w sprawie deficytu.
W efekcie podwyżki podatków oraz cięć w wydatkach budżet zakładał, że tegoroczny deficyt spadnie do 5 proc. PKB. Premier Jusuf asz-Szahid zapewniał, że 2018 będzie ostatnim trudnym rokiem, a od przyszłego gospodarcza kondycja kraju będzie się poprawiać, ale Tunezyjczyków to nie przekonało. Protesty przeciw podwyżkom zaczęły się rozszerzać, czemu sprzyjał fakt, że zbiegły się one z rocznicą arabskiej wiosny, która zaczęła się właśnie w Tunezji. Wczoraj minęła rocznica ustąpienia prezydenta Zajna al-Abidina ibn Alego, który rządził tym krajem przez 23 lata. W niektórych miejscach demonstracje przybrały dość gwałtowny przebieg. Podpalano samochody i budynki służb bezpieczeństwa. Jak do tej pory w protestach zginęła jedna osoba, rannych zostało pięciu demonstrantów i 93 policjantów, zaś ponad 800 osób aresztowano.
Wczoraj władze zdecydowały się na pewne ustępstwa. – Rozumiemy was. Wszystkie rodziny są nasze – oświadczył prezydent Al-Badżi as-Sibsi, który odwiedził wczoraj jedną z ubogich dzielnic Tunisu, zaś minister spraw społecznych Muhammad at-Tarabilsi ogłosił zwiększenie wydatków na świadczenia społeczne o 170 mln dinarów (236 mln zł). W efekcie miesięczne zapomogi dla najbiedniejszych rodzin wzrosną ze 150 do 180–210 dinarów (z 210 do 250–290 zł). Władze szacują, że skorzysta na tym ok. 250 tys. rodzin. At-Tarabilsi zapowiedział także reformy systemu opieki zdrowotnej zwiększające zakres świadczeń dla bezrobotnych oraz zapomogi mieszkaniowe dla ubogich rodzin.
Opozycja jednak uznała te propozycje za niewystarczające. – Działania rządu są tylko środkami przeciwbólowymi i nie rozwiążą problemu – oświadczył Nadżib asz-Szabi, szef Ruchu Demokratycznego, głównej partii opozycyjnej. To ostatnie stwierdzenie jest prawdą, bo problemy gospodarcze Tunezji są poważniejsze, a rozczarowanie ludzi tym, że po obaleniu dyktatora poziom życia się nie podniósł, jest zrozumiałe. Tunezja jest doceniana z tego powodu, że jako jedyne państwo spośród tych, w których przed siedmioma laty doszło do prodemokratycznych wystąpień, stała się dość dobrze funkcjonującą demokracją z nową konstytucją, wolnymi wyborami i swobodą działania opozycji.
Z drugiej strony trudno mówić, że arabska wiosna przyniosła krajowi polityczną stabilność – rząd Jusufa asz-Szahida jest już siódmym w ciągu siedmiu lat od upadku ibn Alego, co praktycznie uniemożliwia prowadzenie jakiejkolwiek konsekwentnej polityki ekonomicznej czy przeprowadzanie reform. W tunezyjską gospodarkę, mocno uzależnioną od dochodów z turystyki, mocno uderzyło kilka zamachów przeprowadzonych przez terrorystów z samozwańczego Państwa Islamskiego.
Na dodatek, choć państwa Unii Europejskiej na każdym kroku podkreślają przykład, jaki Tunezja stanowi dla świata arabskiego, i deklarują pomoc dla niej, to nie przekłada się to na żadne konkrety, bo przekazane środki są znacznie niższe niż obiecane. W efekcie jesienią zeszłego roku liczba Tunezyjczyków emigrujących z kraju osiągnęła najwyższy poziom od czasu arabskiej wiosny. Trudno się dziwić, biorąc pod uwagę, że bezrobocie przekracza 15 proc., a wśród młodzieży nawet 35 proc.