Niemal każda jej rola z miejsca staje się wydarzeniem. Także w „Papieżycy” Esther Vilar w warszawskim Ateneum Teresa Budzisz-Krzyżanowska gra ponad średnim tekstem
To musiało być jakieś ćwierć wieku temu, druga połowa liceum. Do Warszawy zjechał właśnie Stary Teatr z Krakowa, w stolicy zawsze wyczekiwany z utęsknieniem. Przywiózł dwie głośne inscenizacje Andrzeja Wajdy – okrzyczaną „Antygonę”, odbieraną jako protest reżysera przeciw dyktaturze generała Jaruzelskiego, a zrealizowaną w reakcji na stan wojenny, oraz „Hamleta (IV)” – przedstawienie bardzo wtedy świeże. Pamiętam, zagrano je chyba na scenie Teatru Dramatycznego, widownię umieszczając także tam, więc patrzyliśmy na aktorów z najbliższej odległości. Na skromnie oświetlone pole gry będące teatralną garderobą wchodziła Teresa Budzisz-Krzyżanowska. Ubrana w prosty czarny strój, z krótko ostrzyżonymi włosami. Patrzyła w lustro, jakby chciała z bliska przyjrzeć się własnej twarzy. Następnie nakładała na nią grubą warstwę pudru. Po chwili ona – aktorka – była gotowa do zmierzenia się ze swoją rolą. Rolą Hamleta, który w tamtym wspaniałym spektaklu Wajdy nie był ani mężczyzną, ani kobietą. Można go było czytać jako byt poza płciami, jako uosobienie jednego z wariantów ludzkiego losu. No i można go było odbierać.
Teresa Budzisz-Krzyżanowska była najbardziej niezwykłym Hamletem, jakiego do tej pory widziałem. Ona sama wspomina tamtą pracę jako najważniejsze swoje doświadczenie, nie tylko w życiu zawodowym. W tamtym czasie oglądałem w warszawskich teatrach kilka ostatnich ról Tadeusza Łomnickiego. Gdyby nie one i gdyby nie Hamlet Budzisz-Krzyżanowskiej, pewnie nie robiłbym tego, co robię.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.