Gdy marszałek Senatu Stanisław Karczewski po powrocie z Mińska zachwycał się ciepłem i gościnnością prezydenta Alaksandra Łukaszenki, wydawało się, że nic głupszego na odcinku białoruskim długo się nie wydarzy. Ale nie doceniliśmy MSZ.
W czwartek dyrektor Biełsatu Agnieszka Romaszewska-Guzy poinformowała na portalu wPolityce.pl, że resort zamierza obciąć o 2/3 przyszłoroczną dotację dla tej białoruskojęzycznej stacji. A raptem kilka godzin wcześniej (sic!) sejmowa komisja spraw zagranicznych przyjęła stanowisko, w którym „za szczególnie ważne” uznano „wzmocnienie wsparcia dla wolnych mediów” na Białorusi. Obecny na posiedzeniu wiceszef MSZ Jan Dziedziczak, podobnie jak posłowie PiS, jednoznacznie poparł tak sformułowane stwierdzenie. Paradoks pierwszy, ale nie ostatni.
Reklama
Wzmocnienie wsparcia przez obcięcie dofinansowania to dość oryginalna droga. Chyba, żeby uznać za Kazikiem Staszewskim, że „artysta głodny jest o wiele bardziej płodny”. Ale przecież Biełsat zatrudnia dziennikarzy, a nie artystów. Według Romaszewskiej obcięcie dotacji będzie oznaczało likwidację stacji. – Nasza telewizja jest robiona niezwykle oszczędnie. Mówiłam podczas posiedzenia komisji sejmowej, że nasz budżet jest równoważny budżetowi zaledwie pięciu dni Russia Today – deklarowała w rozmowie z wPolityce.pl.

Reklama
Jeśli informacje portalu wPolityce.pl się potwierdzą, możliwe wyjaśnienia uderzenia w Biełsat są dwa. Albo doszło do jakiegoś cichego porozumienia z władzami Białorusi, albo też do głosu dopuszczono księgowych, którzy dostrzegli w excelowskiej tabelce z napisem „Biełsat” możliwość oszczędności. Żadna z tych opcji nie świadczy dobrze o MSZ.
Rząd Beaty Szydło postawił na odwilż w relacjach z Białorusią. Sam kierunek jest słuszny – po Krymie sytuacja w regionie się drastycznie zmieniła – ale wykonanie fatalne. Na łamach DGP wielokrotnie punktowałem nowe władze za nieprzygotowanie wizyt i powtarzanie błędów poprzedników. A to prosty szlak do widowiskowej kompromitacji. Nieprawdą jest, że Biełsatu nikt za Bugiem nie ogląda i w gruncie rzeczy nie ma on żadnego znaczenia. Gdyby tak było, władze w Mińsku nie czyniłyby usilnych starań, by doprowadzić do zamknięcia telewizji.
Załóżmy przez chwilę, że ograniczenie swobody działania Biełsatowi to element szerszego polsko-białoruskiego porozumienia. Choćby takiego, o jakim w październiku pisał „Nasz Dziennik”. W myśl tamtego tekstu w zamian Polacy mieliby uzyskać dopuszczenie do nadawania naziemnego któregoś z kanałów TVP, np. TVP Polonia. Byłby to sukces stulecia. Od tej pory pod białoruskie strzechy trafiłby wreszcie „Ojciec Mateusz” oraz „Warto rozmawiać”. W takich warunkach Międzymorze zbudowałoby się samo. Chyba, że stałoby się tak, jak z obiecaną Ukrainie dwa lata temu retransmisją jej telewizji, która nigdy nie doszła do skutku.
Paradoksem numer dwa jest właśnie kontekst – nazwijmy to – międzymorski. TVP ma się zaangażować w projekt anglojęzycznej telewizji wyszehradzkiej, robionej do spółki z Czechami, Słowakami i Węgrami. Tymczasem jedyny udany projekt telewizji nadającej za granicę jest równolegle faktycznie likwidowany. Choć po Krymie sens Biełsatu wzrósł. Wcześniej była to telewizja po prostu pomagająca Białorusinom konstruować przekaz alternatywny wobec linii władz i uczyć nowe pokolenia dziennikarzy. Teraz jest to także oręż przeciw działaniom Rosji.
Rosja tymczasem na Białorusi się mocno zaktywizowała. Rok 2017 będzie jeszcze trudniejszy, o czym świadczy narastająca w mediach państwowych kampania czarnego PR wymierzonego w Mińsk. Biełsat jest solą w oku nie tylko Łukaszenki, ale i Kremla. W kraju uznawanym za najbliższego sojusznika Rosji w Europie oferuje alternatywną wobec Putinowskiej propagandy wizję sytuacji na Ukrainie (dziennikarze Biełsatu byli autorami wielu znakomitych reportaży na ten temat) i odkłamuje sowieckie mity historyczne (dziesiątki świetnych filmów dokumentalnych).
A przy okazji utrwala pozytywny obraz Polski wśród odbiorców, czyli przede wszystkim prozachodnio nastawionych elit. Jeśli to wszystko nie jest realizacją polskiego interesu narodowego, to trudno powiedzieć, co nim jest. Teraz jednak ten interes gdzieś się gubi, nie tylko zresztą w przypadku Biełsatu. Parę miesięcy temu radykalne zmiany kadrowe przeprowadzono w Polskim Radiu dla Zagranicy. Bez większego sensu zdekapitowano np. redakcję ukraińską, pozbawiając ją znanych także nad Dnieprem dziennikarzy.
I wszystko byłoby łatwiejsze do zrozumienia, gdyby kastracja Biełsatu wiązała się z jakimś porównywalnym ustępstwem Białorusi. Tyle że z góry wiadomo, iż tak nie będzie. Po pierwsze, w nawiązywaniu relacji ze stolicą, do której nie ma się za grosz zaufania (a taką jest Mińsk), zaczyna się od drobnych gestów, które pozwalają na jego budowę. Tymczasem Warszawa zaczyna od gestu największego z możliwych, i to zanim jakikolwiek gest wykonała druga strona. We wschodnim rozumieniu dyplomacji to dowód słabości, a nie siły partnera. I można być pewnym, że żadnych wielkich gestów Mińsk już wymyślać nie musi.
Jeśli MSZ rzeczywiście zdecyduje się obciąć dotacje Biełsatowi, zniszczy telewizję, która powstała za poprzednich rządów PiS, a na jej czele stoi zwolenniczka tej partii. To jest paradoks numer trzy, a zarazem przyczynek do tekstu o niebywałej zdolności tej partii do odpychania kolejnych bliskich sobie środowisk. Ale to już zupełnie inna historia...
Rząd postawił na odwilż w relacjach z Białorusią. Kierunek słuszny, ale wykonanie fatalne.