U nas bogaty jest ten, kto ma posadę w państwowej instytucji. Inni dorabiają na czarno – mówi wójt najbiedniejszej gminy w kraju.
Mieć czy być. Być i mieć. Mieć, być, ale nie być lemingiem. Apartament w Wilanowie? Toyota Auris? Na lunch sushi popijane espresso? Zwolennicy iPhone’ów ścierają się z właścicielami Samsungów. A życie płynie. Chyżym strumieniem omija centra dużych miast, wartką strugą prześlizguje się nad granicami stołecznej Warszawy. Rozlewa się po uliczkach niewielkich gmin polskiej prowincji, ryje w nich głębokie koleiny. Tam statystyczne dane o wysokości średniej pensji w przedsiębiorstwach tak się mają do zwyczajnego życia, jak okładki „Vogue’a” do zawartości szafy przeciętnej 35-latki. Wskaźnik PMI spada równolegle do tego, jak kurczy się wiara w lepsze jutro. I zmienia się postrzeganie tego, co jest bogatym, wygodnym życiem, a co zaledwie egzystencją zawieszoną na kołku spowolnienia.
Jeszcze tego nikt nie policzył, nie zmierzył algorytmami, ale eksperci mówią wprost: mamy regres, także w mentalnym postrzeganiu świata. Zatoczyliśmy krąg, wróciliśmy do punktu wyjścia przyjmowanego jako pierwsze lata po transformacji, kiedy – po twardym, spowodowanym hiperinflacją gospodarczym lądowaniu – bardziej pożądane stało się posiadanie babci ze stabilną emeryturą niż własnej firmy. Bardziej jest ceniony święty spokój, państwowa posada z nieoszałamiającą wprawdzie, ale za to pewną pensją, niż ryzykanctwo, skok na główkę we wzburzone wody biznesu. Wprawdzie tu i tam niestrudzenie wyrastają firmy i inicjatywy, które za kilka lat mogą zmienić nasz gospodarczy krajobraz, bo każdy z ich właścicieli ma nieustraszoną, wojowniczą naturę Czyngis-chana. Ale na razie główny nurt ma jeden kierunek: przetrwanie.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.