Projekt reformy Państwowej Inspekcji Pracy, który zakładał, że inspektor będzie mógł przekształcać umowy zlecenia lub B2B w etaty, przeszedł do lamusa (przynajmniej w tym kształcie). Stało się to w sposób co najmniej karykaturalny. Okazało się bowiem, że najgoręcej komentowana w ostatnim czasie propozycja zmiany prawa to właściwie wybryk dwóch pań minister, a premier w zasadzie nic o tym nie wiedział. Ba, może nawet został wprowadzony w błąd.

Panie premierze, to już nie te czasy, nie to pokolenie, nie tędy droga

Kto zatem zyskał, a kto stracił na największej legislacyjnej awanturze ostatnich miesięcy? Na pewno nie zyskał premier Donald Tusk. Jeśli uwierzymy, że nie zdawał sobie sprawy z tego, do czego zobowiązał się rząd w trakcie negocjowania kamieni milowych (czyli do skutecznego przekształcania umów cywilnoprawnych w etaty) i jakie rozwiązania przewiduje najgłośniej ostatnio komentowany (i krytykowany) rządowy projekt, to znaczy, że nie panuje nad pracami swojego gabinetu i ma średnie pojęcie o aktualnej debacie publicznej. Natomiast jeśli ta niewiedza była tylko wygodnym pretekstem, aby wezwać do tablicy i „pod publiczkę” zganić dwie panie ministry (Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk i Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz), to chciałoby się rzec: panie premierze, to już nie te czasy, nie to pokolenie, nie tędy droga. Pohukiwanie patriarchy na dwie młodsze od siebie członkinie centro-liberalnego rządu może być – delikatnie mówiąc – politycznym błędem.

Dwie panie ministry też nie mają jednak powodów do radości. Ich szef dość brutalnie zarzucił im, że albo nie dopilnowały powierzonych zadań i celów, albo zrealizowały je w sposób nieakceptowalny i ich praca trafi do kosza. Gorzka to dla nich lekcja tego, jak robi się politykę i że rządzenie jest sztuką szukania kompromisów oraz budowania zaplecza, a nie tylko głuchym realizowaniem własnej politycznej agendy.

Kamień milowy związany z rynkiem pracy nadal niezrealizowany

Zadowolona nie powinna być też Bruksela. Warszawa ma problem z dualizmem na rynku pracy (etaty kontra samozatrudnienie i zarobkowanie na zleceniach/dziełach). Najpierw w ramach kamieni milowych zobowiązała się do pełnego oskładkowania umów cywilnoprawnych. Po rozmyśle uznała, że jednak tego zrobić nie może, za to wzmocni inspekcję pracy. Zobowiązanie zrewidowano, a teraz okazuje się, że chyba nie tak, jak chciał premier i konieczna może być kolejna rewizja. I jak tu wytłumaczyć, że cała ta biurokratyczna brukselska machina ma w ogóle sens?

Zadowoleni mogą być chyba tylko pracodawcy. Niekorzystne dla nich zmiany na rynku pracy zostały co najmniej odłożone w czasie. Nawet jeśli walka o etaty jeszcze definitywnie się nie skończyła, to przynajmniej wygrali istotną bitwę.