Czy Donald Tuska nie wiedział?

Ten niesamowity zwrot nasuwa pytanie: czy była to wyrachowana polityczna gra projektem ustawy, czy premier rzeczywiście nie był zorientowany, co robili jego ministrowie. Można przyjąć, że Donald Tusk nie o wszystkim musi wiedzieć, bo podległe mu ministerstwa produkują miesięcznie setki projektów aktów prawnych, ale… W tym przypadku chodziło o ustawę, która wywołała szeroką debatę publiczną i oburzenie środowisk przedsiębiorców. Wielokrotnie wskazywały one na niebezpieczeństwa wynikające z arbitralnych kompetencji inspektorów. O niekonstytucyjności projektu mówili też prawnicy i eksperci, zwracając uwagę, że Polska realizując tzw. kamień milowy wykroczyła poza ramy wytyczone przez Brukselę.

Batalia trwała wiele miesięcy, a wersje projektu zmieniały się co chwilę. Teraz okazuje się, że premier o tym nie słyszał i był wprowadzany w błąd, rugając lewicową ministrę, która chciała zgotować niektórym firmom piekło lub przynajmniej poczucie niestabilności. To drugie jej się zresztą udało i wcale nie trzeba było zmieniać przepisów. Wystarczyło, że co kilka tygodni urzędnicy ministerialni przedstawiali kolejne wersje projektu, niespecjalnie licząc się z krytycznymi opiniami tych, którzy mieli zostać poddani nowemu restrykcyjnemu prawu.

Niestety, ta niespójność odbiła się na budowanym przez ostatni rok wizerunku rządu jako otwierającego się na biznes. Deregulacja zespołu Broszki okazała się medialnym sukcesem i dobrym impulsem dla rynku, ale wahadło szybko odbiło w drugą stronę, gdy pojawił się projekt ustawy o PIP.

A być może była to klasyczna metoda kija i marchewki: najpierw deregulacja, potem restrykcyjne kontrole PIP. Metoda „dziel i rządź”.

Światy, które nigdy się nie spotkają

Być może z ministerialnych biurek świat wygląda inaczej, ale cała ta historia z pewnością nie zbudowała zaufania do państwa. Wręcz przeciwnie - potwierdziła, że można dużo mówić o otwartości i uproszczeniach, ale urzędnicze DNA pozostaje niezniszczalne. Projektując ustawę o PIP umożliwiającą przekształcanie umów B2B w umowy o pracę, potraktowano przedsiębiorców jak oszustów, nie licząc się z realiami rynkowymi oraz podstawowymi zasadami wolnego rynku, a jedną z nich jest swoboda kształtowania umów.

Ktoś powie: a nieprawidłowości, zmuszanie pracowników do przyjmowania tzw. śmieciówek? Dziś istnieje już arsenał prawnych środków pozwalających walczyć z patologiami na rynku pracy, ale wszystko to odbywa się w ramach kontroli sądowej, która ogranicza samowolę tych, którzy wciąż myślą, że państwo jest dla urzędników, a nie dla obywateli. Może po prostu warto zacząć z tego korzystać.

Szukajcie innej drogi

Wypada mieć nadzieję, że cofnięcie projektu do poprawki przez minister Dziemianowicz-Bąk będzie początkiem końca tej mało przemyślanej regulacji, a rząd nie zdecyduje się zbyt szybko skierować jej pod obrady Sejmu, szukając innej drogi do wypełnienia zobowiązań wobec UE.

Dobrze się stało, aczkolwiek pozostaje pytanie, ile jeszcze podobnych projektów będzie straszyć, zaburzając poczucie bezpieczeństwa i normalny rytm obrotu gospodarczego.