Konstatacja, że rok 2025 kręcił się w Europie niemal w całości wokół Donalda Trumpa, nie będzie zbyt odkrywcza. Agresywna polityka handlowa Waszyngtonu omal nie zakończyła się wybuchem wojny celnej z Unią Europejską, a podchody do resetu z Rosją i decyzja o wycofaniu części wojsk ze Starego Kontynentu zakwestionowały trwałość transatlantyckiego sojuszu. Mniej lub bardziej wysublimowane ataki werbalne amerykańskiego przywódcy, jego zastępcy J.D. Vance’a i hołubionego do niedawna w Białym Domu Elona Muska na zalaną migrantami, poprawną politycznie i odchyloną w lewo Europę, rządzoną do tego przez „słabych” liderów może nikogo specjalnie nie skrzywdziły, ale rowów z pewnością nie zasypywały. Nie zanosi się, żeby rok 2026 był pod tym względem inny – nieprzypadkowo to właśnie prezydenta Stanów Zjednoczonych uznany portal Politico umieścił na szczycie rankingu najważniejszych nazwisk europejskiej polityki w kolejnych 12 miesiącach. To wybór bez precedensu, ponieważ Trump jest pierwszym w historii nie-Europejczykiem na tej liście.

„Jeśli kiedykolwiek był moment, aby zrobić wyjątek, to nastał on teraz. Cień Trumpa rozciągający się nad europejskimi stolicami jest tak długi, że jego decyzje lub wybuchy przekształciły w niej wszystko, od budżetów obronnych przez politykę handlową po politykę wewnętrzną” – argumentują autorzy zestawienia.

Upokorzenia i ambicje Europejczyków

Część prezydentów i premierów państw UE pielgrzymowała w ostatnim roku do Waszyngtonu w celu zaskarbienia sobie przychylności Donalda Trumpa. Jeśli zupełnym przypadkiem przywieźli ze sobą coś do przehandlowania, wyznawali konserwatywne poglądy i w przeszłości nie zdarzyło im się skrytykować prezydenta USA, szanse na sukces rosły.

Pierwsze miesiące prezydentury Trumpa były dla Europejczyków jednym wielkim badaniem terenu i czasem psychicznej adaptacji do zmian, pomimo że miliarder był już przecież u władzy w latach 2017–2021. Jednak to, co ujawniło się podczas pierwszej kadencji, z dzisiejszej perspektywy jawi się jako szczyt elegancji. Może i doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że w relacjach międzynarodowych Trump – inaczej niż przywiązani do demokratycznych zasad Europejczycy – kieruje się prostymi logikami transakcyjności i charakterologicznej zgodności/kontradykcji (mówiąc inaczej: lubi rozmawiać z silnymi, takimi jak on, lub dominować słabych). Mało kto jednak przypuszczał, że kampanijna narracja z ruchu MAGA będzie miała aż tak duży wpływ nie tylko na dynamikę zdarzeń w samych USA, ale i na wydarzenia międzynarodowe, zwłaszcza w kontekście Ukrainy.

Choć Trump lubi protekcjonalnie powtarzać, że dobro „upadającej” Europy leży mu na sercu, to jednocześnie w najnowszej odsłonie narodowej strategii bezpieczeństwa Amerykanie wyraźnie orientują się nie na UE jako całość, tylko wybrane, bliskie im kraje. Taki afront wobec projektu integracji europejskiej połączony z upokorzeniami, których w ciągu ostatniego roku doznała Europa ze strony kluczowego sojusznika (z propozycją niekorzystnej umowy handlowej na czele), nie doprowadził może do przekroczenia masy krytycznej, ale na pewno do otrzeźwienia i wybudzenia się ze snu o wiecznej przyjaźni i światowym policjancie zza oceanu.

– Najważniejsze oczywiście pozostaje pytanie, co to oznacza dla naszej współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa. Potwierdza się moja ocena, że my w Europie, a zatem i w Niemczech, musimy stać się znacznie bardziej niezależni od Stanów Zjednoczonych w zakresie polityki bezpieczeństwa – stwierdził kanclerz Niemiec Friedrich Merz, dodając, że nie widzi potrzeby, by „USA ratowały demokrację w Europie”.

W kontekście wojny w Ukrainie Europa stara się nie dopuścić do sytuacji, w której to USA przejmą całą inicjatywę w konstruowaniu planu pokojowego. Pragnie też być dla Kijowa jednym z istotniejszych gwarantów bezpieczeństwa. UE nie stoi tu na przegranej pozycji, ponieważ dysponuje kartą w postaci zamrożonych aktywów rosyjskiego banku centralnego. Jeśli uda się załagodzić obawy Belgii, na której terytorium przechowywane są zablokowane fundusze, Wspólnota udzieli walczącej Ukrainie pożyczki reparacyjnej w wysokości ok. 90 mld euro. [Belgii „nie złamano” podczas szczytu unijnego, ale środki na wsparcie Ukrainy i tak się znajdą, złożą się na to prawie wszystkie kraje Wspólnoty – uwaga red.]

Wojna wywołana przez Rosję, a później izolacjonistyczny zwrot w USA dały asumpt do poważnej debaty nad zdolnościami europejskiego przemysłu zbrojeniowego, a właściwie nad ich brakiem. I trzeba przyznać, że jak na unijne standardy opracowanie recept i przejście ze słów do czynów nastąpiło nad wyraz szybko. Prawdopodobnie na początku 2026 r. 19 krajów członkowskich, w tym Polska, otrzyma pierwsze środki na inwestycje w obronność w ramach instrumentu pożyczkowego SAFE. Bruksela zakłada, że do 2030 r. państwa UE zainwestują we wzmacnianie swoich potencjałów militarnych łącznie 800 mld euro, co sprawi, że Unia będzie gotowa na uczestnictwo w ewentualnym „konflikcie zbrojnym o wysokiej intensywności”.

W 2026 r. brukselscy urzędnicy będą kontynuować prace m.in. nad tarczą antydronową, która ma osiągnąć gotowość operacyjną w 2027 r., oraz systemem ochrony flanki wschodniej NATO. Priorytetami są również zachęty i ułatwienia we wspólnych zamówieniach sprzętu wojskowego u europejskich producentów oraz usprawnienie mobilności wojsk.

Kult Draghiego. Problemy z umową Mercosur

Geopolityczna rekonfiguracja zintensyfikowała aktywność Komisji Europejskiej nie tylko w obszarze bezpieczeństwa, lecz także dywersyfikacji relacji handlowych. Blisko finalizacji jest budząca kontrowersje – zwłaszcza wśród polskich i francuskich rolników – umowa o wolnym handlu z południowoamerykańskim blokiem Mercosur. Niewykluczone, że w 2026 r. swój finał znajdą podobne negocjacje z Indiami, a ponadto komisarze prowadzą dialog nad zacieśnieniem więzów handlowych z Malezją, Tajlandią, Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi i Filipinami.

Choć część komentatorów snuła wizje o gospodarczym zbliżeniu na linii UE–Chiny po powrocie Trumpa do Białego Domu, takiego scenariusza nie przewiduje ani Bruksela, ani Pekin. Mimo zniuansowanych stosunków na poziomie politycznym azjatyckie mocarstwo pozostanie czołowym partnerem handlowym bloku, choć chińskim władzom z pewnością nie spodoba się decyzja o nałożeniu od lipca 2026 r. opłaty celnej na paczki o wartości do 150 euro, które każdego dnia napływają do Europy w milionach sztuk.

Zarazem fast fashion, choć zjawisko druzgocące dla środowiska, nie jest dla KE najpilniejszą kwestią do rozwiązania w kontekście Państwa Środka. Zapowiedź daleko idących restrykcji w chińskim eksporcie metali ziem rzadkich, od których Europa jest uzależniona w niemal 100 proc., złagodzona ostatecznie po spotkaniu Trumpa z Xi Jinpingiem, była swoistym memento i sygnałem, że strategia de-riskingu wymaga nie tyle utrzymania, ile przyspieszenia. Na początku 2026 r. w ramach planu RESourceEU Bruksela powoła do życia Europejskie Centrum Surowców Krytycznych, które będzie zarządzać portfelem zdywersyfikowanych i odpornych łańcuchów dostaw, a także koordynować wspólne zakupy i gromadzenie zapasów surowców o krytycznym znaczeniu m.in. dla europejskiego przemysłu.

Redukcja zależności gospodarczych od Chin znalazła się wśród rekomendacji w raporcie przygotowanym przez Maria Draghiego na zamówienie unijnych decydentów. Dokument, w którym były premier Włoch zidentyfikował pięty achillesowe europejskiej gospodarki, uniemożliwiające jej rywalizację z amerykańskim i chińskim mocarstwem, sprawił, że w 2025 r. jednym z najczęściej powtarzanych słów na brukselskich i strasburskich korytarzach była „konkurencyjność”. Jednocześnie istnym świętym Graalem uczyniono deregulację, co trudno odczytać inaczej niż miotanie się od ściany do ściany. Bo Unia, jeszcze do niedawna szczycąca się mianem globalnego prymusa regulacji, teraz na gwałt upraszcza przepisy, m.in. w obszarach raportowania przez firmy obowiązków środowiskowych oraz sztucznej inteligencji.

Według medialnych doniesień do deregulacyjnej ofensywy cegiełkę mieli dołożyć lobbyści paliwowego giganta Exxon Mobil, a z rozwodnienia obostrzeń dotyczących sztucznej inteligencji z pewnością ucieszą się big techy z Doliny Krzemowej. Komisarze, odpowiadając na te zarzuty, zapewniają, że UE w żadnym wypadku nie odchodzi od celu redukcji emisji gazów cieplarnianych do 2050 r., zamierza nadal dywersyfikować i zazieleniać źródła energii, uniezależniając się w ten sposób od dostaw z Rosji i nie zawaha się przed nałożeniem wielomilionowych kar na platformy cyfrowe naruszające wspólnotowe prawo, tak jak miało to niedawno miejsce w przypadku serwisu X.

Ideologiczne przeciąganie liny wewnątrz unijnych instytucji

Ten wewnętrznie sprzeczny plan Komisja Europejska najpewniej będzie kontynuować w 2026 r. i w kolejnych latach. Chodzi o to, by sprawnie lawirować między agendą klimatyczną a głosami niezadowolenia płynącymi m.in. od przedstawicieli przemysłu, zdaniem których to właśnie rozrośnięta biurokracja i takie „wymysły” jak system opłat ETS windujący ceny energii w Europie stawiają naszą gospodarkę na z góry przegranej pozycji względem USA, Chin czy Indii.

KE zdaje sobie sprawę, że przepychanie niepopularnych koncepcji kolanem w obecnych politycznych uwarunkowaniach byłoby dla niej samobójstwem. Krajobraz partyjny, tak na poziomie krajowym, jak i Parlamentu Europejskiego, w coraz większym stopniu kształtuje skrajna prawica kreująca się na jedynego obrońcę wspólnot narodowych przed „ideologicznym brukselskim walcem” i „zielonym szaleństwem”.

Zasiadające w europarlamencie nacjonalistyczne formacje przestały być tylko partyjnym folklorem i coraz częściej są języczkiem u wagi. Ostatnio kordon sanitarny wokół „suwerenistów” poluzowano podczas głosowania nad pakietem Omnibus, gdy skłóconej z lewicą Europejskiej Partii Ludowej potrzebny był doraźny sojusznik.

Populiści i radykalna prawica nawet jeśli nie są u władzy, rozdają i będą rozdawać karty, ponieważ w wielu państwach centrowe, liberalne rządy – nierzadko powstałe na bazie mniejszościowych koalicji – muszą się mierzyć z problemem nadmiernego deficytu finansów publicznych. W efekcie powstało błędne koło: w trosce o dobro państwowej kasy rządzący nie licytują się z radykałami na hojne obietnice, a jednocześnie obawiają się, że jakikolwiek ruch w kierunku cięć w wydatkach skończy się wnioskiem o wotum nieufności. Za przykład niech posłuży Francja, gdzie w ciągu roku spór wokół budżetu doprowadził do dymisji trzech premierów.

Rosnąca popularność skrajnie prawicowych, eurosceptycznych i antyimigranckich ugrupowań to fakt – wystarczy spojrzeć na sondażowe poparcie francuskiego Zjednoczenia Narodowego, Alternatywy dla Niemiec, Konfederacji Korony Polskiej czy – już poza UE – brytyjskiej Reform UK. Aczkolwiek sondaże nie zawsze muszą się przełożyć na udział w rządzeniu, co pokazały tegoroczne wybory w Czechach (zwycięstwo populistyczno-nacjonalistycznych sił) i Holandii (najwięcej głosów zdobyła progresywna partia Demokraci 66). W przyszłym roku Europejczycy ze szczególną uwagą będą się przyglądać elekcji na Węgrzech, gdzie 15-letnią dominację prorosyjskiego Fideszu Viktora Orbána być może przełamie TISZA Pétera Magyara. Swoje parlamenty wybiorą również Cypryjczycy, Duńczycy, Łotysze, Słoweńcy i Szwedzi.

Pierwszy test? Euro w Bułgarii

Pierwszy w 2026 r. poważny egzamin dla UE nadejdzie już 1 stycznia – tego dnia Bułgaria zmieni narodową walutę na euro. Nieprzychylne Unii środowiska z pewnością nie przepuszczą okazji, by zdyskontować każde mniejsze lub większe niepowodzenie w procesie rozszerzania strefy euro – od awarii pojedynczego bankomatu po wzrost cen podstawowych produktów. Sytuację komplikuje kryzys polityczny trawiący Sofię – 11 grudnia w konsekwencji masowych ulicznych protestów ze stanowiska ustąpił premier Rosen Żelazkow.

W rozpoczynającym się roku innym wielkim polem napięć będą negocjacje nad wieloletnimi ramami finansowymi UE na okres 2028–2034. Propozycja przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, przewidująca rekordowe wydatki w wysokości prawie 2 bln euro, od samego początku budzi kontrowersje na wielu poziomach. Negatywnie odniosły się do niej m.in. środowiska rolnicze sprzeciwiające się cięciom we wspólnej polityce rolnej i samorządowe widzące w projekcie próbę centralizacji unijnych funduszy w rękach komisarzy i rządów krajowych. Swoje trzy grosze dołożyli apelujący o fiskalny rozsądek Niemcy, czyli największy płatnik netto we Wspólnocie.