Unijny nadzór nad rynkiem kapitałowym chce ucywilizować rynek doradców finansowych. Mają pojawić się jasne i takie same dla wszystkich standardy informowania klientów o tym, ile faktycznie kosztują dobre rady specjalisty.
A także – kto naprawdę za nie płaci. Czy klient, w dobrej wierze szukający najlepszego sposobu na ulokowanie swoich oszczędności. Czy instytucja finansowa, której produkty zaleca doradca. Sens publikowania takich informacji jest bezsporny: jeśli nie płacę ja, tylko fundusz inwestycyjny albo firma ubezpieczeniowa, to jaką mam gwarancję, że faktycznie mowa o najkorzystniejszej dla mnie ofercie?
Oczywiste, prawda? Dlaczego w takim razie w Polsce jest inaczej? Ogromna część kredytów mieszkaniowych (największego finansowego zobowiązania, jakie bierzemy na siebie w życiu) jest brana właśnie z udziałem doradców. A standardem jest to, że doradca całą swoją pracę – znalezienie najbardziej odpowiedniego banku, przeprowadzenie klienta przez skomplikowaną procedurę, często zadbanie o to, by przyszły kredytobiorca dobrze wypadł w badaniu zdolności kredytowej czy nawet wynegocjowanie „promocyjnej” stawki – odwala zupełnie za friko. Przy mniej pracochłonnych (co nie znaczy, że mniej opłacalnych) dla doradcy produktach inwestycyjnych – lokatach, polisach, funduszach, złocie, ziemi, winie (listę można by ciągnąć jeszcze długo) – co do zasady jest zupełnie tak samo.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.