Wbrew pozorom najczęściej umierają we własnym łóżku. Wbrew nadziejom ich śmierć wcale nie oznacza nowego początku. Ich dzieło bywa znacznie trwalsze, niż mogłoby się wydawać. Dyktatorzy pozostawiają po sobie chaos, a wcześniej czy później wielu dawnych poddanych zaczyna za nimi tęsknić
Reklama
Islom Karimov umierał sześć dni. Być może nie dosłownie, ale tyle czasu potrzebowali chętni do sukcesji, żeby przetasować karty i rozegrać pierwszą partię o to, kto przejmie po Wielkim Papie niepodzielną władzę w Uzbekistanie. Spektakl, jaki odegrało otoczenie dyktatora, zaczął się jeszcze 28 sierpnia, kiedy władze w Taszkencie wydały oficjalny komunikat o hospitalizacji prezydenta. Niewykluczone, że już wówczas Karimov nie żył, a w kuluarach zaczynała się walka o władzę. Następnego dnia najmłodsza córka Papy – Lola Karimova-Tilljajeva – umieściła na Instagramie (znak czasów!) krótką informację, że jej ojciec miał w weekend krwotok mózgowy i znajduje się na oddziale intensywnej terapii.

Reklama
Karimov miewał już kłopoty ze zdrowiem, ale naród dowiadywał się o nich ostatni. Dopiero wtedy, gdy były już zażegnane. Nieformalny komunikat na portalu społecznościowym został przez wielu zinterpretowany jako sygnał, że sytuacja jest poważna: redagowany w Moskwie portal FerganaNews ujął to wprost – Karimov nie żyje, zmarł 29 sierpnia, między godziną 15 a 16. Informacja się „poniosła”, ale Taszkent – ustami anonimowych osób z kręgów władzy i prezydenckiego klanu – dementował.
Liderzy niektórych państw już zaczęli składać kondolencje – na czele z, zazwyczaj dobrze poinformowanymi w sprawach tego, co dzieje się w Azji Środkowej, Turkami. Tymczasem dopiero 2 września – prawie tydzień po rzekomym krwotoku – uzbecki rząd oficjalnie poinformował o odejściu „pacjenta Isloma Karimova”. Kąśliwie komentowano, że Karimov mógłby umierać jeszcze dłużej, ale rodacy zaczęli już spekulować o zamachu stanu – więc należało możliwie szybko uciąć niezdrowe rozważania.
Od tamtej pory doliczono się wielu błędów w oficjalnej wersji zgonu Karimova. Choćby rosyjscy lekarze, którzy mieli sprawować kontrolę nad „pacjentem numer jeden”. Do ostatnich chwil przy Karimovie miał czuwać profesor Aleksander Potapow, szef renomowanego moskiewskiego instytutu neurochirurgii. Tymczasem Potapow przyleciał z Taszkentu już 31 sierpnia. Ba, profesor Leo Bokeria – wspomniany w rządowym raporcie, wcześniej pełniący też funkcję lekarza Wielkiego Papy – 29 sierpnia był w domu, a dopytywany, zaprzeczył, by w ogóle wyjeżdżał do Uzbekistanu. Cóż, najwyraźniej nie zostawił dyspozycji co do postępowania w razie własnej śmierci. Siedemdziesięcioośmioletni prezydent zapewne zamierzał porządzić jeszcze z dekadę.
Co zostawia za sobą Karimov? Około 12 tys. więźniów uznawanych za „politycznych”, stale lub tymczasowo aresztowanych, bitych, torturowanych, szprycowanych narkotykami i gwałconych przez bezpiekę. Krążą legendy o ugotowaniu kilku zażartych adwersarzy w oleju oraz odsyłaniu innych do psychuszki. Wreszcie około siedmiuset grobów ofiar demonstracji w Andiżanie 11 lat temu. Zapewne przetrwają też akcje masowej mobilizacji, kiedy to podczas zbiorów bawełny na pola rzucani są wszyscy znajdujący się pod ręką przymusowi pracownicy: od uczniów i studentów, po nauczycieli, urzędników i robotników.
Potencjalny sukcesor – na dziś funkcję „pełniącego obowiązki” sprawuje premier Shavkat Mirziyoyev – zapewne spróbuje podtrzymać ten styl rządzenia. Teoretycznie w ciągu trzech miesięcy od śmierci Karimova powinny zostać zorganizowane wybory. I one się, rzecz jasna, odbędą. Natomiast nie przyniosą żadnej zmiany, poza – być może – nieco mniej pewnym siebie liderem, który będzie jeszcze musiał udowodnić rodakom, że potrafi rządzić twardą ręką. A jeżeli spróbuje pozować na liberała, zaryzykuje podzielenie losu Baszara al-Asada. Diabelska alternatywa.
Zawód niskiego ryzyka
Rok temu politolodzy policzyli skrupulatnie: na całym świecie funkcjonowało 55 autokratycznych reżimów, od Algierii po Zimbabwe. W większości ich liderzy znajdowali się u władzy od dobrych kilku dekad. W większości byli też w wieku emerytalnym. W sąsiedztwie Uzbekistanu Kazachstanem rządzi ledwie dwa lata młodszy od Karimova Nursułtan Nazarbajew. Abd al-Aziz Buteflika z Algierii w przyszłym roku dobije osiemdziesiątki. Robert Mugabe z Zimbabwe ma za sobą 92 wiosny.
Dyktatorom można by życzyć dobrego zdrowia. Andrea Kendall-Taylor i Erica Frantz – autorki wspomnianych wyliczeń – argumentują, że 79 przeanalizowanych przez nie przypadków śmierci dyktatorów, od zakończenia II wojny światowej do 2014 r., nie przyniosło żadnej poważnej zmiany. Jedynie w kilku odosobnionych przypadkach można było mówić o przejściu do demokracji. W pozostałych doszło do mniej lub bardziej płynnego przekazania władzy w ręce współpracowników lub członka rodziny, ewentualnie do prób przechwycenia władzy lub jakiegoś rodzaju zrywu, który pogrążał kraj w chaosie. Transformacja w stylu hiszpańskim – zastąpienie dyktatury Franco demokracją – to jeden z nielicznych chwalebnych wyjątków.
Do identycznych wniosków doszedł też historyk Matthew White, autor opasłego tomiszcza „The Great Big Book of Horrible Things: The Definitive Chronicle of History's 100 Worst Atrocities”. Według niego dyktatorzy umierają zwykle ze starości lub z powodu choroby, znacznie rzadziej w wyniku gniewu ludu czy z ręki zamachowca.
Paradoksalnie, można by też dorzucić, że im mniej wiemy o okolicznościach śmierci autokraty, tym spokojniejsza i pewna będzie zmiana u sterów. Co najmniej kilku dyktatorów zmarło w ostatnich latach w równie niejasnych okolicznościach jak Karimov. Saparmyrat Nyýazow – Przywódca Wszystkich Turkmenów, w swoim czasie uznawany za najbardziej ekscentrycznego dyktatora na świecie (począwszy od skrajnego kultu jednostki po wyskoki, takie jak odczytywanie przez członków rządu poematów wodza na spotkaniach gabinetowych) – niemal dokładnie dekadę temu doznał zawału serca. Tak samo jak w przypadku Karimova spekulowano wówczas o tym, że w rzeczywistości zmarł co najmniej kilka dni przed oficjalnym komunikatem. Co więcej, opozycja podsuwała wówczas tezę, że Nyýazow został otruty, a przynajmniej – że przyczyna śmierci mogła być inna: komplikacje wynikające z cukrzycy lub niewydolność nerek. Ważne było jednak to, że otoczenie Turkmenbaszy rozegrało partię o sukcesję w dyskretny – i dla świata zaskakujący – sposób. Następcą dyktatora był jego dentysta i wieloletni współpracownik Gurbanguly Berdimuhamedow. Była to, jak na tamtejsze realia, dobra zmiana. Forma rządów niewiele się zmieniła – nowy władca odkręcił jedynie kilka dekretów poprzednika, jak choćby zakaz pracy w organach administracji (a innych możliwości w Turkmenistanie nie ma wiele) dla obywateli o innym niż turkmeńskie pochodzeniu etnicznym, przywrócił instytucje skasowane przez Turkmenbaszę (jak choćby lokalna akademia nauk), skasował wiele elementów kultu jednostki wprowadzonych przez poprzednika. Oczywiście Berdimuhamedow potrafi postawić sobie pozłacany monument, gdzie pręży się na wierzchowcu u szczytu ośnieżonej góry, opozycję trzyma twardą ręką – ale styl sprawowania tej absolutnej władzy uległ całkowitej zmianie. Obecny prezydent jak ognia unika niecodziennych inicjatyw, a na łamach światowych gazet pojawia się co najwyżej wtedy, gdy wytacza działa przeciw paleniu papierosów. Cenna dyskrecja.
Sprawny transfer władzy
– Nie chcę umierać. Proszę, nie pozwólcie mi umrzeć – miał z kolei mówić w ostatnich chwilach Hugo Chavez, przez prawie półtorej dekady prezydent Wenezueli. Tak przynajmniej wspominał generał Jose Ornella, jeden z bliskich współpracowników Presidente.
Wenezuelczycy mieli wyjątkowo klarowną sytuację: rak okrężnicy, z jakim zmagał się Chavez przez dwa lata przed śmiercią, był w Caracas tajemnicą poliszynela. Lekarzom udało się postawić prezydenta na nogi na kilka miesięcy kampanii przed kolejnymi wyborami, organizatorom udało się uniknąć większych wpadek, choć było widać, że niezmordowany przez lata gaduła kiepsko znosi wiece. Ale i rodakom Chaveza nie oszczędzono kontrowersji. Gdy trzy lata temu Presidente zmarł w szpitalu wojskowym, oficjalna wersja brzmiała: nie udało mu się przemóc raka. Ale szef jego osobistej ochrony przedstawiał już inną wersję – że jego pryncypał miał potężny zawał, a późniejszy minister obrony błysnął teorią, że prezydent został otruty lub „zakażony wirusem wywołującym raka przez rząd USA”.
W kuluarach plotkowano o batalii, jaką mieli stoczyć o następstwo po Chavezie jego bliżsi i dalsi towarzysze. O jej przebiegu wiadomo jednak niewiele – pewne jest, że zwycięsko wyszedł z niej niegdysiejszy kierowca autobusu, jeden z najbliższych (i najmniej utalentowanych) przybocznych Presidente, Nicolas Maduro.
Dla kontrastu za mistrzów ściemy mogliby uchodzić Koreańczycy z Północy. Sekretarz Generalny na Wieczność – znany wcześniej jako Kim Dzong Il – oficjalnie zmarł w 2011 r., bez podania przyczyn. Nieoficjalnie jednak biografię drugiego z północnokoreańskiej dynastii Kimów spowija mrok tajemnicy: według jednego z najbardziej poważanych specjalistów japońskich, profesora Toshimitsu Shigemury, w rzeczywistości Kim Dzong Il mógł opuścić ten padół już w... 2003 r.
Shigemura powołuje się przy tym na liczne – bez wyjątku jednak anonimowe – źródła, od dalekich krewnych dyktatora, po agentów wywiadów państw azjatyckich. Ma też kilka mocniejszych argumentów: ponoć analiza nagrania wystąpienia Kima Drugiego z 2004 r. nie wykazuje podobieństw z wcześniejszymi nagraniami wodza. Na korzyść tej tezy mają też świadczyć znaczące nieobecności na publicznych imprezach i tajemnica spowijająca ostatnie zagraniczne wizyty wodza w Chinach i Rosji.
Wnioski? Shigemura twierdzi, że cukrzyca powaliła Kim Dzong Ila już w 2000 r., na kolejne trzy lata przykuwając go do wózka. W tym czasie Phenian miał też znaleźć sobowtóra, który przy kilku okazjach w kolejnych latach gdzieś tam mignął w telewizji czy na paradzie. Trudno jednak wytłumaczyć, dlaczego przez osiem lat nikt nie podważył prawa do „tronu” obecnego przywódcy Kim Dzong Una. A że byłoby komu starać się o sukcesję, nie ma wątpliwości: w końcu odkąd Kim Trzeci znalazł się u steru, postawił przed plutonem egzekucyjnym wielu potencjalnych rywali, nie oszczędzając krewniaków i partyjnej wierchuszki.
Już dziś można z całkowitą niemal pewnością powiedzieć, że czeka nas seria bardzo podobnych przypadków. Irańczycy od lat regularnie plotkują o śmierci ajatollaha Chameneiego, który od lat 80. – kiedy to cudem uszedł z życiem z zamachu bombowego – ma się borykać z problemami zdrowotnymi. Podeszły wiek i słaba kondycja Roberta Mugabe podsycają trwające od kilku lat spekulacje, czy rządy w Zimbabwe przejmie jego, młodsza o kilka dekad, małżonka Grace. Uważnie obserwowane jest też zdrowie Jose Eduardo dos Santosa – prezydenta Angoli od... 1979 r.
Sprawiedliwość rewolucjonisty
Najpierw u wylotu kanału na deszczówkę miała pojawić się dłoń, potem druga. Wreszcie głowa, skręcone rzednące loki. Grupka rebeliantów, którzy stali przy kanale, wykrzykiwała nerwowo polecenia, ktoś strzelał w powietrze. Wreszcie z kanału wypełznął krwawiący mężczyzna. Bojownicy byli w stanie dostrzec, kogo dopadli.
„Mu’ammar! Mu’ammar!” – zaczął krzyczeć jeden z nich. W rzeczy samej: Braterski Przywódca, Wódz Rewolucji, Król Królów Afryki, ewentualnie Picasso Bliskiego Wschodu, do ostatnich chwil nie rozumiał chyba dokładnie, co się dzieje. – Co to ma być? – pytał półprzytomnie Kaddafi. – Co to ma być, synowie? Co robicie?” – rzucał. Cokolwiek jeszcze powiedział, zginęło w gwarze.
Kaddafiego spotkał najbrutalniejszy koniec ze wszystkich dyktatorów ostatniego ćwierćwiecza. Rebelianci, którzy ze wszystkich stron ściągali na wylotówkę z miasta Syrta, gdzie zbombardowany został konwój, którym uciekał libijski autokrata, porwali go za ramiona i pociągnęli w stronę swoich samochodów. Jeszcze zanim go tam dowlekli, któryś wbił mu bagnet w odbyt. Potem posypały się kolejne ciosy. Gdy 69-latek wylądował na masce, mamrotał już tylko coś o grzechu, jaki popełniają jego oprawcy. Był cały zlany krwią, którą jeszcze próbował wytrzeć. Raz jeszcze zwleczony na ziemię prawdopodobnie zaczął tracić przytomność. Kula, którą wpakował mu w brzuch jeden z rebeliantów, mogłaby uchodzić za akt miłosierdzia.
Kaddafi to rzeczywiście wyjątek od reguły. Choć arabska wiosna zdmuchnęła reżim w Tunezji, przejściowo też w Egipcie i – w pewnym stopniu – w Syrii, to nigdzie nie skończyła się linczem obalonego przywódcy. Właściwie jedyny taki przypadek z ostatnich kilku dekad to przygotowane naprędce – i do dziś niezbadane w zadowalającym stopniu – proces i egzekucja dyktatora komunistycznej Rumunii, Nicolae Ceauşescu.
Pierwsi autorzy książek o rządach Geniusza Karpat starali się unikać opisywania jego końca w detalach. – Stănculescu postanowił przejąć inicjatywę i w pierwszych godzinach wieczoru 24 grudnia przekazał Kemeniciowi hasło „odwołania się do metody”, co oznaczało rozkaz zgładzenia pary Ceauşescu – pisze o głównych bohaterach ówczesnych wydarzeń politolog Adam Burakowski w swojej monografii na temat najnowszych dziejów Rumunii, streszczając sam proces i egzekucję w kilku akapitach.
Dosadniejszy jest Thomas Kunze, autor wydanej niedawno biografii „Ceauşescu. Piekło na ziemi”. „Improwizowany, żałosny proces, który nie trwał nawet godziny (sędzia odmawia oskarżonemu nawet zwrotu grzecznościowego »pan«), był farsą – opisuje Kunze. – Niezasłużenie nadał dyktatorskiej parze aureole męczenników. Nicolae Ceauşescu, który do końca wierzył w zamach stanu, a także jego żona, trzymali fason przed sędziami. Zrobiło to wrażenie na naocznych świadkach” – dorzuca. Pospiesznie skazano obalonego dyktatora za ludobójstwo 60 tys. (!) ludzi, nadużycie władzy państwowej, dywersję, zniszczenie gospodarki. Po ogłoszeniu wyroku związano małżeństwu ręce, wyprowadzono na podwórko i w środku dnia wpakowano w nich kilka serii z broni automatycznej. „Moment egzekucji nie został sfilmowany, gdyż kamerzysta właśnie wtedy zmagał się z jakimś problemem technicznym” – kwituje Kunze.
Tego swoistego luksusu „prywatności śmierci” nie miał Kaddafi, nie miał go również Saddam Husajn. Schwytany przez Amerykanów prezydent Iraku doczekał się zarówno upokarzającej sesji fotograficznej podczas strzyżenia i przeglądu uzębienia, jak i dokumentacji swojej egzekucji za pomocą telefonu komórkowego. Paradoksalnie, o niebo brutalniejszy od Kaddafiego i Ceauşescu autokrata umierał w atmosferze ostatniej dyskusji: jego kaci recytowali modlitewne formuły szyickie, Saddam – sunnickie. Oni krzyczeli, że przez lata zabijał ich i prześladował, on odgryzał się, że bez niego Irak nic nie znaczy. Dysputę przerywa dopiero zwolnienie mechanizmu szubienicy.
Emerytura na imigracji
Wcześniej czy później upada każdy reżim. Nawet jeśli wkrótce zastępuje go inny. Większość autokratycznych przywódców starannie dba o to, by ewakuować się w odpowiedniej chwili, stąd też grono tych, którzy swoich dni dożyli na emigracji, jest całkiem spore.
Bywa, że mają też coś z emerytury. Weźmy choćby Idi Amina – brutalnego lidera Ugandy, przypomnianego swego czasu w filmie „Ostatni król Szkocji”. W 1978 r. Amin najechał sąsiednią Tanzanię, czym sprowokował kontruderzenie. W jego efekcie musiał salwować się ucieczką. Udało mu się dotrzeć do Libii, gdzie przez rok gościł go Kaddafi. Stamtąd wyjechał do Arabii Saudyjskiej, gdzie przeżył niemal ćwierć wieku w stosunkowo komfortowej willi. Paradoksalnie Ugandyjczyk nie zadbał wcześniej o szwajcarskie konta, a z kraju uciekał helikopterem, co nie pozwoliło mu wywieźć zbyt wielu kosztowności. Spokojną emeryturę sfinansował mu Dom Saudów, w zamian żądając jedynie, by Amin żył dyskretnie i nie mieszał się w afrykańskie awantury.
Gorszy los spotkał szacha Iranu. Teoretycznie przez dekady zabiegał on o sojuszników, zwłaszcza w Białym Domu. Jednak administracja Jimmy’ego Cartera nie chciała mieć z szachem do czynienia, nawet jeśli reżim Chomeiniego nie był jeszcze tak antyamerykański, jak miał się stać w przyszłości. Ciężko chory szach – który wcześniej rzekomo przygotowywał już sukcesję władzy na rzecz swojej żony – ostatnie kilkanaście miesięcy życia spędził, przejeżdżając z kraju do kraju. Po ucieczce z Teheranu spędził po kilka miesięcy w Egipcie, Maroku, na Bahamach, w USA, Meksyku i Panamie. Na ostatnie tygodnie przyjechał do Egiptu, gdzie ostatecznie zmarł. Wydane po latach wspomnienia Farah Diby, ostatniej z jego żon, nie pozostawiają większych wątpliwości, że gdziekolwiek szach próbował znaleźć azyl, stamtąd go wyganiano.
O dziwo, inny sojusznik Ameryki, filipiński prezydent Ferdinand Marcos, znalazł bezpieczną przystań na Hawajach. Marcos był w analogicznej sytuacji: obalony w 1986 r. dyktator był już ciężko chory. Jedyna różnica polegała na tym, że legendarna była kleptomania Marcosa i jego żony Imeldy: przez 20 lat rządów małżeństwo zdążyło wyprowadzić z państwowej kasy od 5 do 10 mld dolarów, a uciekając z ojczyzny, wywiozło dodatkowo 24 walizki wypakowane sztabkami złota i garść diamentów. Komfort zapewniony.
Na tym tle przypadki Pol Pota – który zmarł w sercu dżungli, próbując uciekać przed sądem – czy Slobodana Miloševicia, który najprawdopodobniej celowo przestał brać przepisane mu leki, co doprowadziło do śmierci, to wyjątki.
Problem jednak w tym, że wieść o śmierci dyktatora to najczęściej nie koniec, ale początek kłopotów. Autokraci rzadko pozostawiają po sobie społeczeństwa gotowe na reguły demokratycznej gry. To raczej zbiorowości nierzadko skonfliktowanych ze sobą grup interesów – od politycznych i religijnych po etniczne. Liberalizacja życia publicznego prowadzi z kolei do rozkwitu nieznanych w dyktaturze patologii, np. przestępczości pospolitej i gospodarczej. Wybucha korupcja, pada gospodarka, w ciągu kilku lat chaosu i wszechobecnych sporów obywatele zaczynają tęsknić za pozorami stabilizacji, jakie dają rządy silnej ręki.
I tego właśnie szukają. Od kilku miesięcy Filipinami rządzi kolejny dyktator – prezydent Rodrigo Duterte, który doszedł do władzy, obiecując bezlitosną rozprawę z filipińskim półświatkiem. I swoją obietnicę wprowadza w życie: w ciągu ostatnich dwóch miesięcy w jego kraju 2400 osób zginęło w pozasądowych egzekucjach. Co na to Duterte? Unijne oświadczenie z początku tego tygodnia, z apelem o powstrzymanie fali samosądów, prezydent skwitował krótko. – Przeczytałem ten akt potępienia. Powiem im tak: pieprzcie się – uciął.
Siedemdziesiąt dziewięć przeanalizowanych przypadków śmierci dyktatorów, od zakończenia II wojny światowej, nie przyniosło poważnej zmiany. Jedynie w kilku można było mówić o przejściu do demokracji