Jeżeli Libia nie otrzyma od UE środków na rozwiązanie problemu imigracji, Europę zaleją uciekinierzy – dowodził na szczycie UE-Afryka w 2010 r. libijski dyktator. Zażądał 5 mld euro. Dostał kilkadziesiąt milionów, ale wystarczyło.
"Skolonizowali pół świata i jeszcze narzekają na imigrację” – taki ironiczny mem przewinął się przez internet w pierwszych dniach po Brexicie. Rzeczywiście nad imperium nigdy nie zachodziło słońce, a Londyn był metropolią dla mieszkańców krajów rozsianych po wszystkich kontynentach. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat Anglicy próbowali zachować wpływy w dawnych koloniach, a jednocześnie robią wszystko, by przyjeżdżający z nich ludzie nie zapuścili korzeni nad Tamizą.
– Brexit to wynik frustracji polityką prowadzącą do sytuacji, kiedy ludzie przenikają przez granice jak przez szwajcarski ser – zdiagnozował nastroje na Wyspach po głosowaniu nad opuszczeniem Unii Europejskiej republikański pretendent do fotela prezydenta USA Donald Trump. – Myślę, że chodzi o dużo granic. Myślę, że dużo z tego to imigracja – kwitował z właściwą sobie przenikliwością.
I w olbrzymiej mierze ma rację. Przez kilkanaście miesięcy poprzedzających referendum na temat Brexitu liderzy kampanii Leave o imigracji wspominali jedynie półgębkiem. Pojawiała się tradycyjnie w wystąpieniach Nigela Farage’a i aktywistów Partii Niepodległościowej czy wpisach w internecie. Ale politycy z, nazwijmy to, mainstreamu – czyli przede wszystkim Partii Konserwatywnej – unikali otwartego wyrażania stanowiska. Aż do końcówki kwietnia, kiedy to w prestiżowym „The Times” pojawił się tekst Michaela Gove’a – ministra sprawiedliwości i Lorda Kanclerza (a w przeszłości m.in. ministra edukacji w gabinecie Davida Camerona). „Ponieważ nie możemy kontrolować naszych granic i ponieważ, niestety, nasze porozumienie [z UE] nic w tym zakresie nie zmienia – służby publiczne takie jak NHS [służba zdrowia], staną w obliczu niezliczonego strumienia [nowych beneficjentów], gdy miliony ludzi staną się obywatelami Unii Europejskiej” – pisał Gove.
Reklama
Przesunięcie debaty z „suwerenności narodowej”, nieporadności Brukseli w radzeniu sobie z kryzysem czy unijnej biurokracji doskonale zadziałało. Gdy dwa miesiące temu kluczowym argumentem kampanii Leave stało się ograniczenie imigracji, notowania zwolenników wyjścia z UE poszły w górę, a kolejni politycy – jak Boris Johnson – postanowili popłynąć na tej fali. I nie chodzi wyłącznie o setki tysięcy imigrantów z Bliskiego Wschodu, Afryki czy Azji, którzy przez ostatnie kilka lat szturmowali unijne rubieże. – W ostatnich latach setki tysięcy ludzi z Europy Wschodniej przyjechały do Brytanii do pracy – podsumowuje dziennikarz i aktywista kampanii Leave Douglas Murray. – To ogranicza rodzimą populację pracujących.

Reklama
Prosty komunikat zdecydowanie lepiej trafił do przekonania przeciętnemu wyspiarzowi niż wysublimowane ekspertyzy i wyważone komentarze ekspertów. Zresztą i oni – ważąc racje – przyznawali, że Zjednoczone Królestwo przeżyło w ostatnich latach „inwazję barbarzyńców”: 5 mln przybyszów w ciągu półtorej dekady, od 1990 r. do 2014 r., z czego połowa to imigranci z krajów UE. Paliwo dla brytyjskiej gospodarki? Większe wpływy podatkowe? Wykwalifikowani i tani specjaliści? – Imigracja nie ma większego pozytywnego wpływu gospodarczego – twierdzi Stephen Booth z think tanku Open Europe. – Za to w niektórych częściach kraju nastąpiły zmiany, do których nie przywykli tamtejsi mieszkańcy: pojawiły się nowe sklepy, nowe języki. Jedni odebrali to pozytywnie, inni poczuli się zagrożeni. Migranci z krajów UE mają udział w dochodach fiskusa, ale opinia publiczna obawia się, że inwestycje w usługi publiczne, mieszkalnictwo, infrastrukturę nie są w ten sposób równoważone.
Nie jest to nowość. „Na przestrzeni zaledwie połowy stulecia Brytania zmieniła się z niemal wyłącznie białoskórego społeczeństwa w takie, w którym etniczność i rasa stały się czynnikami ważnymi z perspektywy społecznej i politycznej” – dowodził brytyjski historyk i analityk, Ian R.G. Spencer w pracy „British immigration policy since 1939”. Co więcej, wyspiarze nigdy się z tymi – tak gwałtownie zachodzącymi – zmianami nie pogodzili.
Jak miło mieć spokój
Niektórzy historycy z Wysp dowodzą, że już z końcem XVIII w. Zjednoczone Królestwo zrezygnowało ze statusu „kraju białych ludzi”. Wraz z rozrostem imperium kolonialnego z peryferii do metropolii zaczynali ściągać ludzie rozmaitych ras i narodowości, np. przeszło stulecie temu na Wyspach mieszkało na stałe nawet kilkadziesiąt tysięcy czarnoskórych.
Populacja przybyszów z odległych brytyjskich „terytoriów zamorskich” zmniejszyła się po wybuchu I wojny światowej, lecz falę powrotów wywołały zapewne nie tyle wojna, ile stopniowe słabnięcie mocarstw kolonialnych, narodziny idei narodowowyzwoleńczych w koloniach, powstanie nowej elity liderów. – Na początku lat 50. połowa populacji Wielkiej Brytanii nigdy nie widziała na własne oczy osoby czarnej rasy – twierdzi Spencer. Nie było etnicznych dzielnic czy miast, jak współczesne Birmingham. Na przedmieściach Londynu bywało, że osoby o innym kolorze skóry były zatrzymywane na ulicy i indagowane przez ciekawskich Brytyjczyków o ich pochodzenie. Ale sytuacja zaczęła się zmieniać wraz z końcem II wojny światowej. Co prawda populację osób pochodzących z Afryki, Azji czy Karaibów oceniało się wówczas na mniej więcej 1 proc. całego społeczeństwa, ale wraz z nią zaroiło się też od innych weteranów, walczących w czasie wojny po stronie aliantów – Polaków nie wyłączając.
Powojenna dekada wyznaczyła jednak kres imperium: jeśli wcześniej Londyn mógł administracyjnie wpływać na poziom imigracji z peryferii do metropolii, teraz musiał już użerać się z władzami nowo utworzonych państw, które wcale nie miały zamiaru ograniczać przepływu swoich obywateli na Wyspy. Na dodatek imperium zastąpiła symbolicznie koncepcja Commonwealth, która oznaczała ni mniej, ni więcej, że obywatele państw Wspólnoty są obywatelami brytyjskimi – co wiązało się ze swobodą osiedlania się na Wyspach dla m.in. Australijczyków, Banglijczyków, Malezyjczyków, Cypryjczyków czy Hindusów. Ułatwienia te władze w Londynie powiązały z utrudnieniami dla osób innych narodowości.
Niemal z dnia na dzień w Londynie i Bristolu zaroiło się od Jamajczyków, a w Liverpoolu osiadali mieszkańcy Afryki Zachodniej. W portach schodzili na ląd marynarze z Jemenu i Somalii, którzy już wkrótce – w latach 1948–1949 – mieli doświadczyć pierwszych międzyrasowych zamieszek. Rządzący wówczas laburzyści próbowali działać dwutorowo: szukając sposobu na ograniczenie najazdu nielegalnych imigrantów, a jednocześnie tworząc sponsorowane programy zatrudnienia – np. dla kobiet z Barbadosu w szpitalach czy mężczyzn z Wyspy św. Heleny w rolnictwie.
Ale kłopoty wyspiarzy z garstką imigrantów – jeżeli można tak powiedzieć o populacji zapewne kilkudziesięciu tysięcy osób z uniezależniających się kolonii – były niczym przy skali powojennych migracji w całej Europie. W drogę ruszyli wówczas przede wszystkim mieszkańcy Europy Środkowej i Wschodniej, uciekający przed kolejnymi rodzącymi się dyktaturami komunistycznymi. Emigrowali Niemcy – dziś jedna z największych światowych diaspor – z jednej strony ci, którzy mieli niechlubną wojenną przeszłość, z drugiej tacy, którzy w zrujnowanym kraju nie znaleźli dla siebie miejsca. We Francji zaczęły się porównywalne do brytyjskich migracje z kolonii w Afryce. Po latach wojennej zawieruchy łączyły się rodziny, z reguły wybierając na nowe miejsce do życia te kraje, których wojna nie spustoszyła.
Zresztą dawne metropolie nie chciały rezygnować z kontaktów ze swoimi zamorskimi koloniami. Przykładowo na Wyspach wykształcenie zdobywali Jomo Kenyatta – przyszły prezydent Kenii; na London University próbował dostać się Kwame Nkrumah, przyszły lider niepodległej Ghany; brytyjskim sznytem i edukacją – choć zdobytą na Czarnym Lądzie – do dziś popisuje się sędziwy dyktator Zimbabwe Robert Mugabe. Na początku lat 60. wojskową edukację zdobył na Wyspach młody podoficer, Muammar Kaddafi. Z politycznej perspektywy kształcenie młodych imigrantów było dla Londynu inwestycją w przyszłe wpływy polityczne.
Obywatelstwo fluktuujące
W latach 60. zaszła niewidzialna rewolucja, zarówno na Wyspach, jak i w kontynentalnej Europie. – To, co się zmieniło, to proporcje. Jeśli do lat 60. przeważali imigranci z Old Commonwealth, czyli Kanady, Australii czy Nowej Zelandii, tak teraz proporcjonalnie wzrosła liczba migrantów z New Commonwealth, przede wszystkim Indii i Pakistanu – podkreśla Martin A. Schain, autor studium porównawczego „The Politics of Immigration in France, Britain and the United States”.
Londyn zaczął stopniowo zamykać drzwi przed imigrantami. W 1962 r. uchwalono The Commonwealth Immigrants Act, który wiązał pozwolenia na osiedlanie się na Wyspach z pracą: czynnikami kluczowymi z punktu widzenia polityki imigracyjnej stawały się kwalifikacje, potrzeby brytyjskiej gospodarki, zawarcie umowy o pracę. Lawina jednak wzbierała: na Wyspy zjeżdżali zwłaszcza mieszkańcy subkontynentu, nie tylko uciekający przed kolejnymi konfliktami, które wybuchały w trójkącie Pakistan-Indie-Bangladesz, ale też namawiani przez miejscowych agentów do podejmowania pracy w Królestwie. Jak notuje Spencer, bywało, że w ten sposób rekrutowano ludzi, którzy wcześniej nie mieli intencji wyjazdu do Europy – a napływ migrantów do Królestwa sięgnął średnio 20 tys. osób rocznie, w niektórych latach nawet 30 tys.
Wśród tych imigrantów, którzy nie uciekają przed wojną, lecz szukają lepszego życia, znajdują się tysiące takich, którzy w Europie mają już krewnych – i to do nich zmierzają. A na Wyspach takich krewniaków są już tysiące, więc tak czy inaczej będą oni szturmować granice Królestwa do skutku. Dla nich Brexit nie ma żadnego znaczenia
Już trzy lata później wydano rozporządzenia, które jeszcze bardziej ograniczały napływ przybyszów do Królestwa, a kwestię imigracji miał całkowicie zamknąć The Immigration Act uchwalony w 1971 r. Ten drugi miał wyjątkowe znaczenie, gdyż zrywał w olbrzymiej mierze z dotychczasowym kryterium obywatelstwa czy jego pochodnych, które Brytyjczycy wcześniej rozciągali na kraje Commonwealthu. Uchwalenie tej ustawy, według Spencera, wiązało się też z integracją europejską – zdaniem badacza nie przypadkiem The Immigration Act wszedł w życie tego samego dnia, kiedy Wielka Brytania stała się członkiem Wspólnot Europejskich, 1 stycznia 1973 r. Skądinąd i to wywołało na Wyspach niemało zamieszania i burzliwych sporów: wraz z przystąpieniem do Wspólnot do Królestwa mogli bez żadnych restrykcji wjeżdżać obywatele państw, z którymi imperium jeszcze nie tak dawno toczyło zaciekłą wojnę, Niemiec i Włoch.
Mrzonki o podtrzymaniu imperium w formule rozmaicie rozumianego obywatelstwa czy pewnych wspólnych tradycji skończyły się wraz z przyjęciem w 1981 r. The British Nationality Act. W olbrzymim uproszczeniu – na mocy tej ustawy Brytyjczykiem był tylko ten, kto urodził się na Wyspach – i jego potomkowie. Tyle że zmiana ta była przede wszystkim symboliczna. Po pierwsze, na Wyspach żyły już spore społeczności imigranckie. Po drugie, mimo obowiązywania wielu przepisów spod ich obowiązywania wyłączone były duże grupy ludzi, m.in. mieszkańcy terytoriów zależnych czy państw należących do Wspólnot Europejskich. Po trzecie, suche statystyki świadczą o tym, że aż do lat 90. więcej osób... emigrowało z Wielkiej Brytanii niż się w niej osiedlało.
Pełzająca rewolucja miała miejsce nie tylko za kanałem. Przypieczętowanie niepodległości Algierii po niemal ośmioletniej wojnie sprawiło, że nad Sekwanę przybyło prawdopodobnie niemal milion pieds-noirs (Żydów i chrześcijan o rozmaitych korzeniach etnicznych osiadłych we francuskich koloniach w Afryce Północnej) oraz harkisów (arabskich żołnierzy, którzy w czasie konfliktu w Algierii walczyli po stronie Francji).
Z kolei Niemcy wpuszczali świeżą krew do swojej gospodarki. Od połowy lat 50. rząd RFN podpisał porozumienia o kontraktach dla cudzoziemskich robotników z Włochami (1955), Turcją (1961), Jugosławią (1968). – Niemcy wprowadzili najliberalniejszą w Europie politykę azylową – podsumowywał amerykański dziennikarz o niemieckich korzeniach Frederick Kempe. W efekcie od 1961 r. populacja Turków nad Renem, licząca wówczas około 2500 osób, miała wzrosnąć tysiąckrotnie.
Niski stopień wytrzymałości
Niemcy nie są krajem imigracji – uciął swego czasu kanclerz Helmut Kohl pytania o imigranckie społeczności w kraju. – Jeśli Niemcy nie są krajem imigracji, to ja jestem fatamorgana – replikował Çem Ozdemir, polityk pochodzenia tureckiego, dziś współprzewodniczący niemieckich Zielonych.
Cóż, to w Niemczech ukuto termin „multikulti”, ale to nad Tamizą przyjął się on w praktyce. – Do 2000 r. na Wyspach pracowało ponad 1,1 mln cudzoziemców, a cała populacja imigrantów znacznie wzrosła – wylicza Martin A. Schain. – Laburzystowski rząd Blaira od 1997 r. nie tylko nie odpowiedział negatywnie na ten trend, lecz wręcz zaczął go wzmacniać, odpowiadając na postulaty brytyjskich przedsiębiorców narzekających na deficyt wykwalifikowanych pracowników – dodaje.
Na ich potrzeby powstała szybka ścieżka m.in. dla informatyków, pielęgniarek czy nauczycieli. W 2002 r. powstał specjalny, wzorowany na kanadyjskim, program punktowania kwalifikacji – osoby, które zapunktowały pod względem edukacji, doświadczenia czy przygotowania zawodowego, mogły z powodzeniem szukać na Wyspach pracy, czyli de facto wjeżdżać do Królestwa bez zagwarantowanego wcześniej kontraktu na pracę.
Ale to nie wykwalifikowani pracownicy przeszkadzali wyspiarzom najbardziej: olbrzymia większość osób deklarujących, że „w Wielkiej Brytanii jest za dużo imigrantów”, wskazywała na uchodźców i nielegalnych imigrantów, których najwięcej przybyło w latach 1996–2002 – wskutek konfliktów, które wybuchły w Trzecim Świecie po końcu zimnej wojny. Tak było zresztą w całej Europie. – Liczba próśb o azyl wzrosła ze 104 tys. w 1984 r. do 692 tys. w 1992 r. – wyliczał ekspert Centre for European Reform Ben Hall.
Dzieła dopełniło otwarcie rynku pracy dla osób z nowych krajów członkowskich UE: laburzyści zrobili to bez żadnych okresów przejściowych, praktycznie w dniu rozszerzenia UE o Polskę i dziewięć innych państw, w 2004 r. (wraz z Irlandią i Szwecją). Nie minęła dekada, jak żałowali. – Swobodny przepływ siły roboczej w ramach Unii Europejskiej niewątpliwie ma pewne zalety, ale kontrola powinna być utrzymana w okresie przejściowym. Nasz rząd wydłużył ją wobec Bułgarów i Rumunów z pięciu do siedmiu lat, ale nadal nie mogę wyjść ze zdumienia, dlaczego w 2004 r. rząd Partii Pracy zdecydował o jej zupełnym zniesieniu – skwitował David Cameron podczas debaty w Izbie Gmin w 2013 r.
Nie przypadkiem Cameron wyrażał się dosyć radykalnie. Szedł za trendem coraz powszechniejszym wśród wyspiarzy. Doskonale wyraża go choćby brytyjski publicysta Gavin Cooke w wydanej kilka lat temu książce o wymownym tytule „Britain’s Great Immigration Disaster” (Wielka Imigracyjna Katastrofa Brytanii). „Nigdy nie było żadnego głosowania w tej sprawie. W gruncie rzeczy, jak sięgnąć pamięcią, nie było nawet debaty parlamentarnej na ten temat – i to pomimo że na brytyjską ziemię przybyło ponad 5 mln imigrantów między 1997 r. a 2010 r.” – pisał Cooke, wytykając gabinetowi Camerona, iż zamiast zastopować migrację, dopuszcza do wzrostu liczby uchodźców w kraju. „Cameron wie, że negatywne efekty masowej imigracji nie zostaną odwrócone bez zastosowania drakońskich metod – peroruje publicysta. – Ale wie też, że 3,2 mln osiadłych na stałe nowych migrantów i ich rodzin, ugoszczonych w Brytanii od 1997 r., będzie trwale bezrobotnych i uzależnionych od zasiłków wydzielanych z szybko kurczącego się tortu, jakim jest opieka socjalna”.
Jak widać, szeroko otwarte ramiona Brytanii szybko się splotły. Niewątpliwie wpłynęły na to zamachy z 11 września, które zarazem wskazały nowe globalne zagrożenie – międzynarodowy terroryzm – a jednocześnie dostarczyły argumentów ludziom niechętnie spoglądającym zarówno na imigrantów z Azji i Afryki, jak i tych z Europy Wschodniej. O ironio, ledwie dwa miesiące wcześniej przez północną Anglię przetoczyła się fala zamieszek w imigranckich dzielnicach Bradford, Harehills i Oldham.
Ataki w Londynie w lipcu 2005 r. tylko pogłębiły niechęć do imigrantów, a zamieszki w Londynie i innych dużych brytyjskich metropoliach w 2011 r. jeszcze bardziej ją utrwaliły. – Wielka Brytania to harmonijne społeczeństwo o niskim stopniu wytrzymałości – komentował to drugie wydarzenie brytyjski historyk Paul Johnson. – To społeczeństwo wielokulturowe, bo mamy wielu muzułmanów, Hindusów czy Afrykańczyków. Pierwsi jednak niezbyt się asymilują, pozostali próbują, ale nie zawsze z sukcesem. Cóż, napięcia związane z nierównościami czy asymilacją stają się szczególnie widoczne w okresie recesji gospodarczej. Właściwie to jestem nawet zaskoczony, że w epoce tak głębokiego załamania nie było dotąd większych kłopotów – podsumowywał. Czy istnieje sposób na zasypanie podziałów między rodzimymi Brytyjczykami a imigrantami? – Tak – odpowiadał Johnson. – Czas.
Brexit bez znaczenia
Niestety – ten, który był, został zmarnowany, a na więcej prób czasu zaczyna brakować. Wielka Brytania może się uważać za ofiarę unijnej polityki przyjmowania uchodźców i imigrantów, ale do kryzysu imigracyjnego sama przyłożyła rękę.
W okresie zimnowojennym Londyn wiernie trwał przy dyktatorach, którzy trzymali właściwą stronę, jak choćby Mobutu Sese Seko z Zairu (dziś Demokratycznej Republiki Konga). Był to jeden z nielicznych światowych polityków, który dostąpił zaszczytu przejażdżki karocą królowej Elżbiety II, nie wspominając już o wpadaniu w ramiona takich europejskich polityków jak Jacques Chirac. Nie mniej istotną rolę Królestwo odegrało w Afganistanie, najpierw włączając się we wsparcie USA dla walczących z Armią Czerwoną mudżahedinów, a następnie przyjmując na Wyspach znaczną część afgańskich „ochotników”, którzy nie mogli – lub nie chcieli – wracać do swoich ojczystych krajów.
Z tej grupy w przyszłości miała narodzić się Al-Kaida. Ale w swoim czasie, z perspektywy Londynu, nie było to wielkie zagrożenie: radykałów ze świata muzułmańskiego Wielka Brytania przyjmowała od lat 50. XX w. i byli oni postrzegani raczej jako surrealistyczny skansen kulturowy niż zagrożenie. Amerykański publicysta Robert S. Leiken w książce „Europe’s Angry Muslims” przekonuje wręcz, że brytyjski kontrwywiad wypłacał kilku radykalnym liderom honoraria, trwając w przekonaniu, że kupuje sobie wpływ na środowiska dżihadystowskie.
Po upadku komunizmu czasy aliansów z reżimami dobiegły końca, a utrwaliło się przekonanie, że pozbycie się dyktatora może sprawić, iż strumień migrantów – czy właściwie uchodźców i azylantów – stopnieje. Londyn chętnie więc wciągał na rozmaite czarne listy kolejnych dyktatorów, a od 2001 r. chętnie brał udział w kolejnych operacjach, mających doprowadzić do upadku kolejnych reżimów – w Afganistanie, Iraku czy Libii.
W tym ostatnim przypadku był to właściwie strzał we własną stopę. Muammar Kaddafi już w 2010 r. błysnął pogróżką pod adresem Europy. – Jeżeli Libia nie otrzyma od Unii środków na rozwiązanie problemu imigracji, Europę zaleją uciekinierzy z Afryki – dowodził na szczycie UE–Afryka libijski dyktator. – Powinniśmy powstrzymać nielegalną imigrację. Jeśli tego nie zrobimy, Europa wkrótce będzie czarna, zostanie przejęta przez ludzi innych religii, zmieni się – zapowiadał, żądając 5 mld euro. Dostał kilkadziesiąt milionów, ale wystarczyło na zatrzymanie fali imigrantów. Tyle że przez kilka miesięcy, do chwili, kiedy reżim upadł pod ciosami libijskiej opozycji i wspierających ją sił NATO. O ironio, dziś politykę kupowania rozwiązania problemu Bruksela ćwiczy z Turcją, a brytyjscy eurosceptycy niemalże żywcem powtarzają argumenty Kaddafiego, przekonując, że w 2050 r. populacja czarnoskórych na Wyspach przewyższy odsetek białych.
Brexit nie poprawi zapewne sytuacji. „Nigel Farage przekonuje was, że wyjście z UE będzie bezkosztowym rozwiązaniem problemu imigracji. To błąd” – pisał przed referendum na Wyspach Will Straw, polityk Partii Pracy i publicysta. I wyliczał: w tej chwili Królestwo korzysta choćby z możliwości, jaką daje konwencja dublińska – czyli możliwości odesłania aplikującego o azyl do kraju UE, w którym pojawił się on w pierwszej kolejności.
Po drugie, wskazywanie statusu Norwegii czy Szwajcarii w stosunkach z UE pomija istotną kwestię. Oba te kraje muszą się liczyć z napływem imigrantów – i nie mogą w tej kwestii liczyć na jakąś pomoc ze strony Brukseli. Po trzecie wreszcie, francuskie władze lokalne w Calais zagroziły już wiosną, że Brexit sprawi, iż granica Wielkiej Brytanii wróci do Dover (dziś w ramach porozumień dwustronnych procedury realizowane są na połączonych punktach kontrolnych na terytorium Francji).
Dodajmy jeszcze, że wśród tych imigrantów, którzy nie uciekają przed wojną, lecz szukają lepszego życia, znajdują się tysiące takich, którzy w Europie mają już krewnych – i to do nich zmierzają. A na Wyspach takich krewniaków są już tysiące, więc tak czy inaczej będą oni szturmować granice Królestwa do skutku. Dla nich Brexit nie ma żadnego znaczenia, a powrót do splendid isolation we współczesnym świecie może się okazać marzeniem ściętej głowy.