Brak kompetencji cyfrowych dotyczy nie tylko najniższych warstw społecznych. Nawet wśród znanych są tacy, którzy nie są z komputerem za pan brat.
Reklama
Początek lutego, budynek w Watykanie, gabinet papieski. Przy drewnianym stole Franciszek żywo gestykulujący do mikrofonu. Nagle papież wyznaje: – Nie znam się na komputerze, to wstyd, prawda? Obserwujący go niepełnosprawni uczniowie (jest ich siedmiu, pochodzą z pięciu kontynentów) niezrażeni opowiadają dalej o swoich zainteresowaniach najnowszymi technologiami. I dociekają. – A potrafisz robić zdjęcia i przenosić je na komputer? – pyta uparcie dziewczynka. Ponownie odpowiedź przecząca. – Czy masz tablet? – dopytuje chłopiec. – Nie – odpowiada po raz kolejny papież.
Rozmowa ma charakter symboliczny; pokazuje, że przekonanie: komputer to przedłużenie mózgu, a komórka – ręki – nie jest wcale tak powszechne, jak można by sądzić. Ba, do niekorzystania ze zdobyczy techniki przyznaje się teraz coraz więcej celebrytów – tylko w ostatnim czasie m.in. Eminem. – Jeśli nauczę się, jak obsługiwać komputer, będę siedział na tej cholerze przez cały dzień, czytał komentarze na swój temat, które ludzie zamieszczają w sieci, i z pewnością zwariuję od tego – wyznał raper w jednym z wywiadów. Jego profil na Twitterze prowadzi wynajęta osoba. On sam tylko czasami obejrzy klip na YouTube podesłany przez przyjaciela, ale na tym jego przygoda z komputerem się kończy. Tyle zagranica. W Polsce – jak pokazują dane Eurostatu – 42 proc. Polaków między 25. a 64. rokiem życia albo nigdy nie korzystało z komputera, albo nie potrafi wykonać na nim najprostszych operacji. Na tle reszty Europy gorzej wypadają tylko Bułgarzy i Rumuni. Przy czym przyjmuje się, że średni odsetek osób bez żadnych kompetencji cyfrowych w krajach UE to około 30 proc. Polakom daleko nie tylko do poziomu Niemców czy Francuzów – tam ponad 80 proc. populacji sprawnie posługuje się komputerem, ale też np. Czechów czy Węgrów – 75 proc. społeczeństwa.
Na tym nie koniec niespodzianek. Bo choć kompetencje cyfrowe są powiązane z poziomem wykształcenia i statusem zawodowym (w Polsce wśród osób po podstawówkach odsetek cyfrowych analfabetów sięga 87 proc., a po szkole średniej – 51 proc.), to e-wykluczeni są także wśród absolwentów wyższych uczelni (stanowią 5 proc.). Co więcej, to także osoby znane z mediów, w tym np. Jan Peszek czy Zbigniew Wodecki. O swojej niechęci mówili swego czasu także kompozytor Krzysztof Penderecki czy aktorka Edyta Jungowska. Dlaczego trzymali się do tej pory z daleka od komputerów? Jak sobie teraz radzą? Czy nie żałują? – kilku z nich zgodziło się nam odpowiedzieć na te pytania. Oto ich historie.
Jan Peszek, aktor i reżyser
Na początku graniczyło to z rodzajem prowokacji. Czy w świecie, który jest zdominowany przez uzależnienie od komputera, będę w stanie dać sobie bez niego radę – pytałem sam siebie kilka lat temu. No więc daję. I to nie najgorzej. Nie mam przy tym poczucia, że nie korzystając z technologii, jestem gorszy czy lepszy. Albo odizolowany od rzeczywistości, w której żyję. Albo że coś mnie ominęło. Wręcz przeciwnie – wiedzę o życiu i świecie czerpię od ludzi, głównie młodych, z którymi się spotykam – oni są dla mnie najbardziej rzetelnym źródłem informacji. I nigdy mnie nie korciło, żeby nauczyć się obsługi komputera – nie podpytywałem żony, jak to działa. Nawet mi to do głowy nie przyszło. Domyślam się jednak, że jeśli już, to nie miałbym do tego serca – czasami jak przychodzą zdjęcia do autoryzacji, to czekanie na połączenie lub wyskakujące co chwilę błędy powodują we mnie takie zniecierpliwienie, że natychmiast odchodzę od komputera. Nie potrafię do końca powiedzieć, skąd się ten bunt we mnie bierze, ale ja też prawie nie oglądam telewizji, nie czytam gazet, no może poza fachowymi koniecznościami. Mam starego typu telefon, który przynosi wstyd moim dzieciom i bardzo długo trwało – już lata temu – żebym nauczył się esemesować. Piszę i odpisuję więc na SMS-y, ale tak naprawdę to liczy się w nim dla mnie tylko zegarek, budzik i oczywiście rozmowy. Nie używam też GPS – nie zniósłbym tego głosu, który cały czas by mi gadał. Uwielbiam za to mapy – studiuję je dokładnie i jakoś intuicyjnie dostaję się w dane miejsce. Nigdy nigdzie się jeszcze nie spóźniłem.
Oczywiście komputer jest w domu, ale już wszelkiego rodzaju operacje na nim – przede wszystkim te dotyczące korespondencji, licznej w moim zawodzie – prowadzi za mnie żona. Gdybym nie miał takiego anioła stróża, to prawdopodobnie nie mógłbym sobie na taki komfort pozwolić. Komfortem nazywam przy tym izolację od świata cyfrowego, nieuczestniczenia w tym procederze. Jak sobie jeszcze radzę? Jeśli już szukam dobrych tekstów, to idę do biblioteki. Albo proszę syna, żeby mi coś wydrukował. Jeśli jest potrzeba autoryzacji, to żona drukuje mi tekst, zostawia na biurku, autoryzuję go w nocy, nanosząc poprawki ręcznie, piórem. Potem żona wprowadza je do komputera i gotowy już tekst przesyła dalej; taka jest za każdym razem procedura. A że dostaję też sporo propozycji różnego rodzaju, łącznie z podstawą scenariusza, to żona także mi je drukuje. Jeśli są to długie teksty, to bywa, że siadam przed ekranem, a ona mnie instruuje: „Tak przesuwasz do góry, a tak na dół”. Czytam wtedy kilkanaście stron i staram się szybko zorientować, czy to mnie interesuje. Odpisuje na e-maila – czasami w moim imieniu, a czasami robię to osobiście – ręcznie, na kartce, którą zostawiam potem na biurku.
Ale od komputera trzymam się z daleka z kilku powodów. Nie dość, że nie jest mi on do niczego potrzebny, to mam też lęk przed tym światem. Domyślam się, że gdybym tam wszedł, mógłbym się bardzo uzależnić. Nie wynika to z mojego wcześniejszego doświadczenia – to raczej coś, co mogę porównać z absolutną niechęcią do filmów animowanych czy science fiction. Nie jestem w stanie traktować tych gatunków poważnie i siłą rzeczy nie rozumiem dorosłych, którzy chodzą na nie do kina – to jest dla mnie niepojęte, irracjonalne. Podobnie świat komputerowy wydaje mi się – mając wszystkie cechy wirtualnego świata – jak kreskówka. Z całą swoją skrótowością, uogólnieniem. Być może reprezentuję odchodzące pokolenia, ale dla mnie kontakt bezpośredni, choćby przez spojrzenie na drugiego człowieka, jest bezcenny. Przebywanie w tamtych światach nie wchodzi więc w rachubę. Kiedy mówię o tym znajomym, to nie wykazują egzotycznego zachowania. „Jak sobie dajesz radę?” – takich pytań też nie słyszę. Uznają to za coś normalnego. Tolerują. Czasami mi zazdroszczą, że mam święty spokój, choć może tylko tak mówią.
W każdym razie nie mam poczucia, że jestem dziwakiem. Choć, mówiąc szczerze, była jedna taka sytuacja. Jechałem wtedy ekspresem do Warszawy i czytałem najnowszą powieść Olgi Tokarczuk – woziłem ze sobą te dwa dodatkowe kilogramy przez kilka dni. Podniosłem któregoś razu głowę znad książki i zobaczyłem dookoła mnie wianuszek osób. To była wycieczka z Hiszpanii. I oni mnie pytali na zmianę: „Czy mogą dotknąć? Ile do waży?”. Nie, nie żartuję, no skąd. Dziwili się przede wszystkim temu, jak można wozić tak ciężką książkę, zamiast mieć ich kilkadziesiąt w tablecie. Nawiasem mówiąc, ta maszynka, w której się palcem przesuwa strony, w ogóle na mnie nie działa. Bo liczy się dla mnie też aspekt sensualny, zapach książki, szelest stron, dotykanie papieru. Przecież książka jest jak partner w rozmowie.
Zbigniew Wodecki, muzyk, kompozytor
Nie mam Facebooka, nie używam komputera – nie mam na to czasu, jestem człowiekiem starej daty i muszę cały czas ćwiczyć na skrzypcach, trąbce, fortepianie, bo prawie codziennie daję koncerty. Ale próbowałem – raz. Nawet miałem już program pisania nut. Poduczali mnie koledzy muzycy, którzy są z tym za pan brat: jeden ma studio, drugi jest świetnym gitarzystą, aranżują, piszą. I te 20 lat temu ja po prostu zwariowałem. Bo jak to w ogóle jest możliwe, że komputer transponuje, zmienia tonację, od razu drukuje, pozwala przestawiać takty. To coś fantastycznego – jak się opanuje tę maszynkę, to ona bardzo ułatwia pracę, a ci, którzy się tego nauczyli, piszą teraz ogromne ilości utworów. To jak z GPS-em – nie bardzo mogłem to pojąć, chociaż wiem, że są trzy-cztery satelity... I ten stan zadziwienia, co to potrafi komputer, uniemożliwił mi dalszą naukę. Byłem jak sparaliżowany. Zamiast komponować, tylko się dziwiłem. Ostatecznie uznałem, że za dużo czasu bym na tym stracił. Poza tym mam kłopoty z oczami i nie mam czasu na czytanie... [po chwili] Tak wiem, wiem, że to jest też moje lenistwo, czyste lenistwo, bo przecież patrzę teraz na moich wnuków, jak zasuwają na komputerach i mają pełną jasność w tej technologii. A ja umiem tylko w telefonie ustawić budzik. I to uważam za duży sukces.
Jeśli potrzebuję coś znaleźć, to koledzy pokazują mi to na swoich iPadach czy jakichś tam innych urządzeniach. Ja to wszystko wiem. Wiem, że w internecie jest bardzo dużo fantastycznych rzeczy, w tym także genialnych ludzi. Mówię o instrumentalistach, artystach również, tych, którzy są np. mistrzami świata na gitarze, fortepianie, piszą. I choć umieją o wiele więcej niż uznane gwiazdy światowe, o których się mówi i czyta, które się ogląda, to nadal są kompletnie nieznani – internet nie daje przełożenia ich genialności na popularność. Wszyscy mówią: „rewelacyjny”, „mistrz świata”, ale nadal ten, który mu powinien futerał nosić, jest gwiazdą światowego formatu. Ta dwoistość jest właśnie przez internet unaoczniana. Ale jeszcze raz to podkreślam, nie muszę z tego wszystkiego korzystać – wystarczy to, co mam w głowie, żeby się utrzymać przez dalsze 40 lat, za co bardzo serdecznie przepraszam. Bo już 40 lat śpiewam, ponad. Więc tak jak siadałem, tak siadam i teraz przy fortepianie, biorę sobie ołóweczek, kombinuję i wychodzi gotowe dzieło, które potem można wrzucić na tenże komputer i posłuchać, jak to brzmi. Bo komputer to jest coś genialnego, nowa epoka. Nie planuję go jednak kupić – już nie ma to sensu. Mam 65 lat, zanim się nauczę obsługi, to będę miał 70 i pójdę do ziemi z tym sprzętem. Szkoda mi dni.
Boję się tylko o jedno, jak ktoś nam to teraz jednym palcem wyłączy, to nie będziemy wiedzieli, jak włączyć lodówkę lub np. wyłączyć telewizor. Bo internet nie uczy, a jedynie informuje. A tylko jak się coś przeczyta i włoży pod poduszkę, to we łbie zostaje na całe życie.
Janusz Szuber, poeta, eseista, felietonista
Nie chciałbym dorabiać do mojej sytuacji pewnej ideologii. To znaczy, że jestem człowiekiem, który jak zobaczy coś nowoczesnego, to od razu się negatywnie do tego ustosunkowuje. To wynikło raczej z mojej sytuacji – patrzenie na ekran było dla mnie trudne, bo miałem poważne problemy ze wzrokiem – oprócz bardzo głębokiego krótkowidztwa, wcześniej –22 na obu oczach, była to też narastająca zaćma. A druga rzecz – choruję na gościec i mam zdeformowane palce. Trafianie w klawisze jest dla mnie utrudnione, i to jeszcze tak, żeby nie zahaczyć o inny i nie skasować sobie tego, co się przed chwilą wyświetliło.
Z komputera korzystam więc pośrednio – pomaga mi pani Małgorzata Sienkiewicz-Woskowicz, trochę mi sekretarzuje. Staram się też pisać odręcznie – od przeszło 40 lat – i dyktuję asystentce. Na szczęście nie piszę powieści – wyobrażam sobie, jak ta sytuacja by wyglądała, gdybym na przykład tworzył „Potop” albo „Annę Kareninę”. A tak moje teksty składają się z kilkunastu wersów, a poza tym nie piszę codziennie. Pracuję też na wydrukach komputerowych – wszystkie zmiany nanoszę jednak ręcznie. I nie jestem tak całkiem jaskiniowcem i dziwadłem, bo czytam do dyktafonu i słucham, czy wiersz dobrze wybrzmiewa. Zależy mi na tym, żeby uzyskał pewną muzyczność, dźwięczność, specyfikę wypowiedzi... Bywają też sytuacje, że przyjeżdża do mnie kuzynka – ona ma takie różne urządzania – tablety, nie tablety. To wtedy proszę ją, żeby mi pokazywała różne rzeczy, szczególnie moich ulubionych malarzy. Jej też próbuję dyktować teksty, bo jak się widzi wiersz już na ekranie, w układzie graficznym, w sposób przejrzysty – to bardzo pomaga w pracy.
Nie jestem wrogiem tego urządzenia, tylko ograniczyła mnie fizjologia. Teraz, kiedy jestem już po zabiegach chirurgicznych na jednym i na drugim oku, mam nadzieję, że będę miał lepszy dostęp do takich urządzeń. Jak na razie korzystam z radia, telewizji, odtwarzaczy płyt i filmów, ale z komputerem byłem na dystans. Wyrzucam sobie, bo to powoduje, że jestem trochę na marginesie. A chciałbym się też dodatkowo uniezależnić – samo kalectwo już mnie wystarczająco mocno uzależnia od pomocy innych. Poza tym i starsi ode mnie się uczą. Sam mam ciotkę – zbliża się do 90. – która z komputerem szaleje. Jest entuzjastką tego urządzenia. Pisze wspomnienia. Kontaktuje się z innymi. Nie wyobraża sobie życia bez niego.
Zresztą mój przyjaciel Paweł Huelle sprezentował mi swego czasu komputer – więc nawet jestem posiadaczem laptopa. Nie mógł znieść, że ja coś takiego wyrabiam, że unikam technologii. I ten laptop mam do dziś, choć prawdopodobnie jest już zabytkiem, bo ma 12 lat czy więcej. Posiadam więc, ale nie korzystam.
W ogóle uważam, że internet wprowadził wielką rewolucję w dziedzinie literatury. Kiedyś gromadzono rękopisy, pierwodruki, prowadzono badania tekstologiczne. Dziś, po pierwsze, bardzo łatwo to w komputerze wymazać i, po drugie – nie zajmuje to tyle miejsca. Ja też papiery, na których bazgrzę, zapamiętale niszczę. Zostaje tylko ostatnia wersja, która wchodzi potem do tomiku. Żal byłoby mi tych osób, które potem z tym papierem musiałyby coś zrobić – choćby po najdłuższym życiu na kogoś z rodziny lub przyjaciół spada obowiązek uporządkowania tego, co zostało. Grzebanie w tym jest okropne – malutką cząsteczkę kazali mi tylko dać do Biblioteki Narodowej.
Tomasz Łubieński, prozaik, dramaturg, eseista i tłumacz literatury pięknej, redaktor naczelny miesięcznika „Nowe Książki”
Nie chce mi się tego już uczyć, po prostu. Nie mam internetu, telewizora, czytam gazety, co jakiś czas książki. Słucham radia – przecież nie muszę natychmiast wiedzieć, że wydarzyła się katastrofa. Redakcja też mi pomaga – jeśli już muszę coś napisać, to biorę ołówek lub długopis albo dyktuję. Do sczytania dostają z kolei gotowe wydruki – prościej jest, jak mi wydrukują tekst, niż gdybym pukał jednym palcem w klawiaturę, bo to w ten sposób by się odbywało. A tak poprawki zaznaczam ołówkiem. Dyskutujemy potem o nich z kierownikami działów i zazwyczaj osiągamy kompromis. Nie weryfikuję już po nich, bo uznaję, że się porozumieliśmy. Sprawdzanie pisowni czy np. nazw redaktorzy robią już na moją prośbę. Gdybym sam się tym zajmował, to strasznie długo by to trwało. Błędów jest stosunkowo mało, choć i one się zdarzają – kiedyś np. napisaliśmy Aleksander Czechow; choć przeszło to najpierw przeze mnie, a potem jeszcze przez dwie inne osoby, to jakoś nikt tego nie zauważył. Mimo to nadal większe mam zaufanie do nas niż do internetu – jak dla mnie to niepewne źródło informacji. Jeżeli już, to bazowe. Zawsze się też krzywię, jak ktoś mi mówi: jak nie będą wiedzieli, to sobie poszukają w sieci. Może trochę przesadnie uważam, że jeżeli ja nie wiem, to inni też nie będą wiedzieć.
Redakcja jest więc całkowicie skomputeryzowana, tylko ja nie – biurko mam zawalone papierami, książkami. Szuflady, do których nie zaglądam, też. Ogólnie mówiąc: bałagan – na wierzchu tylko ołówek i długopisy. Ale w domu komputer już jest – nie chciałbym wyjść na oryginała. Kupiłem, bo myślałem, że się nauczę. Tyle że za bardzo się bałem, że wszystko skasuję – taka moja ideologia do tego wykluczenia. Poza tym, że nie mam do tego zaufania; nie umiem pisać na maszynie, więc i klawiatura jest dla mnie trudna do opanowania. I choć różni ludzie próbowali mnie uczyć, to jakoś się poddawali. I tak sprzęt ostatecznie trafił do szafy. Żałuję, a to tym bardziej że mogłem to zrobić bezboleśnie. Pracowałem w piśmie poza drugim obiegiem „Res Publica” – to było dawno temu – kiedy dostaliśmy komputery w ramach walki o wolność. Wszyscy błyskawicznie się nauczyli, bawiąc się nimi. Ja nie – z lenistwa może? Nie wiem sam do końca. A potem już mi się wydawało, że jest za późno. Coraz bardziej mi się to komplikowało. Nie bez znaczenia pewnie jest też fakt, że chętnie słuchałem wszelkich makabrycznych historii, że ktoś sobie skasował całą książkę – sam w tamtym czasie zgubiłem sztukę teatralną. Tyle że w pociągu. I niekoniecznie technika była tu winna.
Jacek Santorski, psycholog, psychoterapeuta, wydawca i przedsiębiorca
Do dziś nie poruszam się biegle w mediach elektronicznych – korzystam z nich selektywnie. Zarówno jeśli chodzi o kanał, kontent, jak i czas. I tak na przykład w ogóle nie używam Facebooka – w tym świecie, w którym działam, tylko by mnie rozpraszał. Śledzę za to Twitter, chociaż mam okresy takie jak teraz, kiedy ogłaszam sen zimowy – dużo awantury się tam robi, w której nie chcę uczestniczyć. A że mam firmę – to korespondencję i research, które nie są związane z kluczowymi klientami czy partnerami, prowadzi w moim imieniu zespół. Dlatego mogę powiedzieć tak: 20 minut na Twitterze i 1,5 godziny w sieci. Tyle dziennie poświęcam na siedzenie przy komputerze – głównie na poszukiwanie inspiracji.
Na pewno też, gdy biegam, to nie ze słuchawkami na uszach, gdzie mam np. instrukcje biegowe czy muzykę. Wolę słuchać swoich kroków i tego, jak się budzą wiewiórki.
Przed komputerem opierałem się długo. Byłem głupi, po prostu. Głupota polega przecież na tym, że człowiek się przywiązuje do tego, co zna, i zamyka na to, czego nie zna. Od zawsze dużo rysowałem, szkicowałem. Był czas, że pisałem odręcznie, po czym wszystko to było dalej przepisywane. Dużo też dyktowałem. Aż tu nagle się zorientowałem, że przy pomocy BlackBerry tworzę całe dokumenty – aż okulista zaczął się dziwić, że mój wzrok się poprawił o dioptrię. Przełomem okazała się jednak dla mnie interwencja sprzed 10 lat, kiedy odkryłem korzyści z korzystania z komputera. Trzeba było pomóc klientowi, który był w bardzo trudnej sytuacji. W innym mieście. Prowadził złożone negocjacje z akcjonariuszami spółki, którzy byli w konflikcie z jej właścicielami, czyli funduszami inwestycyjnymi. Musiałem działać i offline, i online. Jeździć, mediować, wracać i znów rozmawiać w cztery oczy, a z drugiej strony mieć natychmiastowy dostęp do dokumentów, komunikować się przez Skype’a, czytać na bieżąco analizy prawników z Anglii – było kilka ośrodków, które recenzowały poszczególne zapisy umowy. Wyświetlałem je sobie na monitorze – raz jedne, raz drugie... Przy użyciu faksu, w sposób awirtualny, nigdy nie udałoby mi się tego problemu rozwiązać. A to tym bardziej że wymagał on natychmiastowej reakcji. Wtedy zobaczyłem, że życie się tak zagęściło, tak przyspieszyło, że to, co wcześniej było rozwiązywane za pomocą obcęgów, dziś – przy użyciu najnowocześniejszych narzędzi do ekstrakcji, porównując moje zajęcie do pracy stomatologa. Poczułem wdzięczność.
Po latach korzystania z komputera – wszedłem drzwiami kuchennymi, bo zafascynowały mnie też m.in. design i funkcjonalność – uważam, że ze sprzętem jest jak z ego. Człowiek może mieć mocne ego, tylko pytanie, czy on ma ego, czy to ego ma jego. Czy on ma świat, czy to świat ma jego. Mam poczucie, może to iluzja, że to ja mam ten świat. On mi przyspiesza, rozszerza możliwości poszukiwania, przetwarzania i przekazywania informacji... Ale twórcą, zarządzającym, jestem ja. I to ja nadal wykorzystuję go jako narzędzie.
Tak jak siadałem, tak siadam i teraz przy fortepianie, biorę sobie ołóweczek, kombinuję i wychodzi gotowe dzieło, które potem można wrzucić na tenże komputer i posłuchać, jak to brzmi. Bo komputer to jest coś genialnego, nowa epoka. Nie planuję go jednak kupić – już nie ma to sensu. Mam 65 lat, zanim się nauczę obsługi, to będę miał 70 i pójdę do ziemi z tym sprzętem. Szkoda mi dni – opowiada Zbigniew Wodecki.