Im bliżej brexitu, tym bardziej pogłębia się chaos w rządzącej Wielką Brytanią Partii Konserwatywnej
Reklama
Theresa May przetrwała próbę pozbawienia jej funkcji lidera rządzącej Wielką Brytanią Partii Konserwatywnej stosunkiem głosów 200:117. Gdyby przegrała wieczorne głosowanie nad wnioskiem o wotum nieufności, kolejnym krokiem byłaby zmiana premiera, co wprowadziłoby jeszcze większy chaos do procesu wychodzenia kraju z Unii Europejskiej.
Premier była niemal pewna sukcesu, bo przewidywania mówiły o 174 spośród 316 konserwatywnych deputowanych, którzy deklarowali poparcie premier. Ale walka o głosy między zwolennikami brexitu, którym nie podoba się wynegocjowany kształt umowy rozwodowej z UE, a tymi, którzy uważają, że to premier May powinna wyprowadzić Zjednoczone Królestwo ze Wspólnoty, trwała do końca. Jak pisał Reuters, część posłów, którzy publicznie deklarowali poparcie dla premier, prywatnie przyznawała, że w tajnym głosowaniu, które skończyło się o 21 polskiego czasu, mają zamiar powiedzieć jej „nie”.
Przeciwnicy rządzącej od 2016 r. szefowej rządu chcą renegocjacji układu, na co – zdaniem May – nie ma już czasu. 29 marca Londyn na dobre przestanie być jedną ze stolic unijnych i jeśli do tego czasu umowa nie zostanie ratyfikowana – z czym swoją drogą Brytyjczycy będą mieć poważny problem – Wielką Brytanię czeka twardy brexit, czyli chaotyczne wyjście bez umowy, ewentualnie złagodzone punktowymi umowami w niektórych sprawach w rodzaju regulacji związanych z lotnictwem cywilnym. A im większy chaos, tym większa szansa na dojście do władzy Partii Pracy Jeremy’ego Corbyna, który ze swoim lewicowym programem jawi się konserwatystom niczym ziszczenie ich koszmarów. Według ostatnich sondaży torysi i laburzyści cieszą się identycznym poparciem po 37–40 proc. Brytyjczyków.
Kilka dni temu Theresa May, która dochodziła do władzy z obietnicą doprowadzenia do jak najmniej bolesnego opuszczenia Wspólnoty – nie będąc pewną poparcia – przesunęła na później planowane głosowanie w Izbie Gmin nad umową z UE. Premier jest w potrzasku, bo unijni liderzy z kanclerz Niemiec Angelą Merkel na czele zastrzegają, że o żadnej renegocjacji z trudem zawartego porozumienia nie ma mowy. Ciężko sobie też wyobrazić odłożenie brexitu na późniejszy termin, co dałoby więcej czasu na dodatkowe rokowania.

Reklama
W poniedziałek z kolei Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej dopuścił coś, co odrzucano dotychczas w ekspertyzach, które zamawiały unijne instytucje. TSUE orzekł, że Wielka Brytania ma prawo bez zgody pozostałych 27 państw członkowskich wycofać notyfikację o zamiarze opuszczenia Wspólnoty. Aby do tego doprowadzić, trzeba by najpewniej zorganizować nowe referendum – które w dodatku musieliby wygrać stronnicy pozostania w UE – ale decyzja poszerza spektrum alternatywnych scenariuszy dalszego rozwoju sytuacji.
– Tygodnie spędzone na walce między sobą wywołają tylko większe podziały, a powinniśmy stać ramię w ramię, by służyć naszemu krajowi – mówiła Theresa May, nawiązując do kampanii wyborczej, w której Partia Konserwatywna pogrążyłaby się w razie jej odwołania. „Plan Theresy May, jeśli zostanie zrealizowany, doprowadzi do obalenia rządu. Nasza partia nie ma prawa tego tolerować. Jej odejście leży w interesie narodowym” – pisali Jacob Rees-Mogg i Steve Baker, główni brexiterzy wśród torysów.
Zakończenie negocjacji z UE w sprawie brexitu miało w zamyśle premier May doprowadzić do zjednoczenia konserwatystów wokół samej idei opuszczenia Unii. Nic takiego się nie stało, a co więcej odrzucenie umowy zapowiedział dający Partii Konserwatywnej większość w Izbie Gmin koalicjant, północnoirlandzka Demokratyczna Partia Unionistyczna (DUP). – To porozumienie jest gorsze, niż byłby jego brak – przekonywał lider DUP Nigel Dodds.
Jak przypomina Reuters, spory o relacje z Europą doprowadziły do upadku trzech konserwatywnych premierów – Margaret Thatcher, Johna Majora i Davida Camerona. Zwycięstwo Theresy May we wczorajszym głosowaniu nie daje jej jeszcze gwarancji, że nie przedłuży tej listy. Ona sama wykluczyła co prawda rozpisanie przedterminowych wyborów czy nowego referendum brexitowego, ale nieoficjalnie wiadomo, że May obiecała swojej partii, iż do kolejnych wyborów, które teoretycznie powinny się odbyć w 2022 r., poprowadzi ją już inny polityk. Być może premier odeszłaby już w II kw. 2019 r., od razu po wyjściu z Unii. Byłoby to lustrzane odbicie zagrania premiera Leszka Millera, który w 2004 r. – nękany partyjnymi skandalami – podał się do dymisji nazajutrz po wejściu Polski do Wspólnoty.
Torysi i laburzyści cieszą się takim samym poparciem: po 37–40 proc.