Austria, która sprawuje prezydencję w UE, nie chce narażać nas na kolejne odsłony ostracyzmu. 18 lat temu też stała pod unijnym pręgierzem.
Nie udało się odwieść krajów członkowskich od kontynuowania procedury art. 7 i kolejne wysłuchanie odbędzie się po wakacjach. Pozostaje tylko kwestia tego, kiedy ono nastąpi. Polska próbuje sprawę opóźnić, powołując się na procedury. Według polskiego źródła dyplomatycznego Warszawa chce, by decyzja zapadła na posiedzeniu ministrów spraw europejskich krajów członkowskich, a nie na zbierającym się co tydzień spotkaniu ambasadorów.
Ci rozmawiali już o tym tydzień temu. 15 państw opowiedziało się za kolejnym wysłuchaniem, ale źródło zbliżone do prezydencji austriackiej twierdzi, że decyzja nie została jeszcze oficjalnie podjęta. Dyplomaci powrócą do tej kwestii dzisiaj. Jeżeli rzeczywiście kwestia kolejnego wysłuchania – jak chce polska strona – będzie miała zapaść na poziomie ministrów, to trzeba będzie z nią poczekać do 18 września, gdy zaplanowane jest kolejne posiedzenie. To opóźni moment, w którym po raz drugi Polska będzie musiała tłumaczyć się ze zmian w sądownictwie.
Reklama
Rozmówca z Wiednia wskazuje, że za drugim wysłuchaniem przemawiają nowe okoliczności. Po pierwsze, Komisja Europejska uruchomiła procedurę o naruszenie unijnego prawa w związku z ustawą o Sądzie Najwyższym. Po drugie, wiele zamieszania wywołało przewidziane ustawą przejście sędziów w stan spoczynku wraz z pierwszym prezesem sądu. Dlatego tematem kolejnego wysłuchania będzie Sąd Najwyższy. – Decyzja jeszcze nie zapadła, ale będziemy chcieli wyjaśnić sytuację związaną z SN – informuje źródło.
Drugie wysłuchanie to krok w innym kierunku, niż polska strona się spodziewała. Za pierwszym razem na posiedzeniu Rady ds. Ogólnych 26 czerwca wszystko poszło na tyle bezkonfliktowo, że nasi dyplomaci optymistycznie zakładali, że do kolejnego wysłuchania może w ogóle nie dojść. Według relacji kraje członkowskie szybko wyczerpały pulę pytań i wysłuchanie zakończono, choć był jeszcze czas na rozmowę.

Reklama
Od tamtej pory paliwa dostarczył wiceszef KE Frans Timmermans, uruchamiając 2 lipca – dzień przed przejściem sędziów SN w stan spoczynku – procedurę naruszenia unijnego prawa przez Polskę. Jak uzasadniała KE, nowa ustawa o Sądzie Najwyższym, która obniża wiek emerytalny sędziów Sądu Najwyższego z 70 do 65 lat, narusza zasadę niezależności sądownictwa, w tym zasadę nieusuwalności sędziów. Polskie władze mają miesiąc, aby odpowiedzieć na wezwanie Komisji do usunięcia uchybienia. Jeżeli odpowiedź będzie niesatysfakcjonująca, KE skieruje skargę do Trybunału w Luksemburgu. Teoretycznie może to nastąpić jeszcze przed drugim wysłuchaniem. W ten sposób Timmermans zaopatrzyłby kraje członkowskie w kolejne argumenty do procedowania art. 7.
Nie jest tajemnicą, że polskie władze najchętniej wykluczyłyby z procedury w ramach art. 7 Komisję Europejską lub zminimalizowały jej wpływ na cały proces. Zgodnie z unijnym traktatem rolę pierwszorzędną w tych działaniach odgrywają kraje członkowskie w ramach Rady UE. Wiedeń chce jednak działać w sprawie Polski w pełnym porozumieniu z Komisją – deklaruje rozmówca. – To oczywiste. KE prowadziła do tej pory dialog z Polską i ma wypracowane mechanizmy – podkreśla. Austria w tej kwestii pozostanie więc – podobnie jak w poprzednim półroczu prezydencja bułgarska – neutralna. Wiedeń ma inne sprawy na głowie – przede wszystkim chce się uporać z kwestią migracji, dlatego sprawę Polski będzie prowadził zgodnie ze wskazówkami Brukseli, podzielając zdanie innych krajów zachodnich.
Ale Austria raczej nie pójdzie na całość. Procedura przewiduje na koniec głosowanie, w którym kraje członkowskie mogą stwierdzić poważne ryzyko naruszenia praworządności w Polsce. – Wiele państw jest sceptycznych co do głosowania, ponieważ woli uniknąć tak silnego antagonizowania krajów. My tym bardziej, bo sami mamy jak najgorsze doświadczenia. W 2000 r. czuliśmy się ofiarami 14 krajów członkowskich – powiedział austriacki dyplomata.
Austria była pierwszym w historii państwem członkowskim, wobec którego UE zastosowała sankcje. Po tym, jak do rządu w Wiedniu weszła Partia Wolnościowa (FPÖ) Jörga Haidera, pozostałe 14 krajów zadecydowało w lutym 2000 r. o zamrożeniu stosunków dyplomatycznych z Austrią. Haider, syn austriackiego nazisty, nie ukrywał przywiązania do wyniesionej z domu tradycji III Rzeszy. W wyborach parlamentarnych w 1999 r. FPÖ uzyskała ex aequo drugie miejsce wraz z Partią Ludową (ÖVP), uzyskując 26,9 proc. głosów. Wyprzedzili ich socjaldemokraci, ale nie byli w stanie powołać do życia rządu. ÖVP i FPÖ utworzyły gabinet z liderem ludowców Wolfgangiem Schüsselem jako kanclerzem (ta sama koalicja rządzi w Austrii dzisiaj). Taki rezultat zszokował Europę, która wprowadziła dyplomatyczny ostracyzm. – Dochodziło do śmiesznych sytuacji. Wycieczki odmawiały przyjazdu na narty w austriackie góry, a muzea nie chciały wypożyczać obrazów z wiedeńskich muzeów, nie wiem, prawdopodobnie w obawie przed szerzeniem się austriackiego wirusa – zauważa rozmówca. Po kilku miesiącach UE zniosła sankcje i od tamtej pory nie zdecydowała się ich zastosować ponownie. – Mamy więc swoje powody, by być sceptycznymi wobec głosowania w sprawie Polski. Naszym zdaniem UE powinna łączyć, nie dzielić – podkreśla rozmówca.