Wiele lat temu, gdy mój narzeczony dostał pierwszą pracę, osoba z bliskiej rodziny – nie rzeknę, która, nazwijmy ją Wujenką – poszła do przychodni w celu zaszczepienia się na grypę. Przebywała w niej godzinę, a wyszedłszy stamtąd, natychmiast złapała taksówkę i kazała się wieźć do mnie. Załomotała do drzwi. Wpadła do środka, od progu krzycząc „Twój chłopak będzie gejem!” – i na poparcie tych słów w półobłędzie chwyciła leżący na stole kolorowy krawat i podstawiła mi go triumfalnie pod nos.
Zanim zdołałam się przyłączyć do ruchu antyszczepionkowego, sądząc, że jej umysł zaatakowały półzdechłe wirusy, wyjaśniła, że jej objawienie nie ma źródeł farmakologicznych, ale jest efektem spotkania z mężczyzną.
Był to, cytuję, miły chłopak, taki rockowy, w glanach i z kitkiem, który też oczekiwał na szczepienie. W ramach poczekalnianej pogawędki dowiedział się, jak nazywa się pies Wujenki, skąd Wujenka pochodzi, a także, że mój partner dostał robotę w korporacji. „Biedna dziewczyna. Teraz zrobią z niego geja” – westchnął chłopak. „Jak to: geja? – zdziwiła się Wujenka. – Przecież nie można z kogoś tak po prostu zrobić geja”. Przychodniany rockman spojrzał na nią z politowaniem, nachylił się i konspiracyjnie zaczął zadawać pytania. A ten chłopak, czy on teraz nie wygląda jakoś bardziej, wie pani, elegancko? No tak, zwykle prezentował się jak Oskar z Ulicy Sezamkowej, a teraz kupił garnitur. A czy nie zostaje w pracy wieczorami? Owszem, czasem wraca po ciemności. Czy był na wyjeździe z pracy? No był, był! Tak, byli tam inni mężczyźni! Tak, ciągle odpowiada na SMS-y! I tak, niczym Cycero, prowadząc Wujenkę przez meandry zjawisk, swoją żelazną logiką dowiódł jej w niecałą godzinę, co następuje: celem istnienia korporacji jest rozprzestrzenianie gejostwa. Międzynarodowa ta konspira ma na celu osłabienie męskiego kapitału w krajach rozwijających się poprzez wciąganie kwiatu młodzieży w homoseksualne orgie. Za pensję i benefity rekruci oddają się kolegom w strugach szampana i japońskich pereł, najpierw niechętnie, a potem już z entuzjazmem. I jaki mamy efekt? Dzietność spada. Nikt nie chce walczyć za kraj nasz ojczysty, bo męski ród coraz bardziej zniewieściały. A wszystko to, droga pani, spisek. Jaki spisek? Żydowski, oczywiście.
Reklama
Dopiero melisa, kojący ton oraz prezentacja kosmetycznego arsenału narzeczonego, który sprowadzał się do obeschniętego dezodorantu, zdołały uspokoić roztrzęsioną Wujenkę. Gdy wraca rozum, za nim podąża wstyd i Wujenka już na zawsze została przykładną obywatelką, która nie wierzy w seksualne konwersje, rozumie rozłączność orientacji seksualnej i stopnia piękności ubioru, a także gorliwie zaprzecza, jakoby Żydzi byli zajęci głównie zorganizowanymi próbami zyskania dominacji nad światem, na przykład za pomocą homoseksualizmu. Są to, jak teraz sądzi, po prostu ludzie. Ot, zaćmienie – rozłożyła ręce, czerwieniąc się, gdy ktoś jej kiedyś tę historię przypomniał.
Ot, zaćmienie. Zaćmienie tak silne i tak nagłe, że normalna i inteligentna kobieta weszła do przychodni w pełni władz umysłowych, a wyszła jako wyznawca wiary w przemyślny żydowski plan.

Reklama
Historia ta nie mogła mi się nie przypomnieć w kontekście postrzeganego wzrostu postaw antysemickich w Polsce. Jakże łatwo uwierzyć w żydowski spisek! Jak łatwo dać się przekonać, że oni nami sterują, oni nas chcą dopaść – wystarczy wejść do przychodni. I teraz, kiedy internet o spiskach w niebogłosy wyje, demonstranci każą prezydentowi zdejmować jarmułkę, pan w TVP rozprawia o „chciwych parchach”, naturalny staje się lęk, że oto zaraz kolejna nienawiść na dobre zerwie się nam ze smyczy i spowoduje potworne polityczne konsekwencje.
Jednak to, co najlepiej może w tej sytuacji pomóc, to melisa i zdrowy rozsądek, nie wyrzucanie Wujenki z domu i krzyczenie za nią, że homofobka i antysemitka. Gdy narastają problematyczne postawy, zawsze zaczynam się modlić o dwie rzeczy jednocześnie: o to, by prawicowe media nie zachęcały, nie rozburzały i nie podjudzały, i o to, by lewicowe i liberalne nie wpadały w ostentacyjną panikę, rozdmuchując nawet drobniejsze wydarzenia, lamentując nad głupotą mas i blokując nieprawomyślne treści. Obie te strategie są w istocie symbiotyczne, jedna żywi się drugą, każda uzależnia się od tego, by ciemne moce rosły w siłę.
Dlatego za zadanie stawiam sobie próbę dowiedzenia, że jest, owszem, źle – ale być może jeszcze nie tak całkiem źle. A na tapetę biorę głośne i opisywane w „liberalnych” mediach badania Centrum Badań nad Uprzedzeniami UW, z których wynika, że w 2017 r. całą Polską, by użyć mojej rodzinnej metafory, wleźliśmy do gigantycznej przychodni po to, by w niej antysemicko oszaleć. To jedyne twarde dowody na nagły odwrót od nienawiści do Arabów na rzecz nienawiści do Żydów – a ja uważam, że wynika z badań trochę mniej antysemityzmu, niż podobno wynika.
Na pierwszy rzut oka są faktycznie wstrząsające. Badane są różne rodzaje antysemityzmu, w tym właśnie spiskowy, czyli ten, który Żydów widzi jako jednolitą armię bezlitośnie dążącą do realizacji politycznych i gospodarczych celów. Oto ponad 40 proc. Polaków (mniej lub bardziej silnie) wierzy w następujące tezy: Żydzi dążą do panowania nad światem; Żydzi często działają w sposób niejawny i zakulisowy; Żydzi osiągają cele grupowe dzięki tajnym porozumieniom. Mniej więcej połowa z nas sądzi, że „Żydzi dążą do rozszerzenia swojego wpływu na gospodarkę światową” i że „chcą mieć decydujący głos w międzynarodowych instytucjach finansowych”.
Ten nasz spiskowy antysemityzm jest wspierany przez swoje bardziej apolityczne wersje. 7 proc. z nas jest silnie przekonanych, że Żydzi porywali chrześcijańskie dzieci, a kolejne 16,6 proc. uważa to za wysoce prawdopodobne. 10 proc. bez wahania wini Żydów za śmierć Chrystusa, a jakieś 14 proc. trochę się waha, ale zasadniczo przytakuje. Nie pomaga też rosnący antysemityzm wtórny, czyli bagatelizujący Holokaust i inne rodzaje antyżydowskiej przemocy. Ale największy medialny odzew i oburzenie wywołał rezultat, który dotyczy postrzeganego człowieczeństwa Żydów. „Aż 34 proc. Polaków i Polek nie uważa Żydów za w pełni ludzi”—pisało OKO.press, komentując badania zespołu ze stajni Michała Bilewicza.
No dobrze – czyli żyjemy w kraju dehumanizujących Żydów zwolenników teorii spiskowych, którzy najchętniej by pomścili Zbawiciela, zanim jego zabójcy na dobre zapanują nad światem. Intuicyjnie prawdziwe, jak sądzę – ale uczciwość każe zwrócić uwagę na duże wątpliwości, jakie budzą te badania.
Spróbujmy na przykład w pytaniach dotyczących spisków podmienić słowo „Żydzi” na „Amerykanie”. Co by było, gdyby nawet zdecydowana większość Polaków wierzyła, że Amerykanie dążą do panowania nad światem? No cóż, można byłoby tych ludzi oskarżyć o zdrowy rozsądek, bo tego właśnie chcą Amerykanie, a my im w tym kibicujemy. Bij Chińczyka! A jeśli nawet 100 proc. Polaków wierzyłoby, że Amerykanie często działają w sposób niejawny? Byłby to dowód na to, że Polacy rozumieją, czym są dyplomacja, wywiad i kontrwywiad. Czy można uważać, że Amerykanie dążą do rozszerzenia swojego wpływu na gospodarkę światową i chcą mieć decydujący głos w międzynarodowych instytucjach finansowych? Nie tylko można, ale i trzeba; natomiast nie należy się na to zżymać. Kto, na litość boską, sądzi, że naród dobry to taki, który stroni od zwiększania swojej gospodarczej potęgi?
Można się więc zastanowić, czy diagnozowany tu antysemityzm nie tyle tkwi w respondentach, ile jest implicite założony przez zadających pytania – bo przecież taki sam rozkład odpowiedzi, gdyby przedmiotem byli Amerykanie, Rosjanie lub Chińczycy, świadczyłby odpowiednio o naszym podziwie, o rozeznaniu w politycznych niebezpieczeństwach regionu, o geopolitycznym realizmie. Aby można było wyciągnąć uzasadniony wniosek, że podane przez respondentów odpowiedzi są rezultatem nieuzasadnionej nienawiści, a nie konkretnej wizji politycznych starć, trzeba by sformułować je tak, by nie opisywały każdej niemal grupy politycznego interesu. Na przykład badając, czy Polacy nie sądzą, że działania Żydów są jakościowo inne – na przykład są oni kierowani nie zwyczajnym interesem własnym, ale moralnym złem w rodzaju zemsty, pogardy lub poczucia wyższości. Założyć, że twierdzenie „Żydzi chcą mieć wpływ na instytucje finansowe” jest tożsame z antysemityzmem, to po cichu zakładać, że wszystko, co Żydzi robią, jest samo przez się pełne negatywnych konotacji – dlatego właśnie, że robią to Żydzi. To trochę tak, jakby robić badania stosunku do ludzi otyłych, zadając pytanie „Czy Kokosz chce zjeść dużo ciastek?” i odpowiedź „tak” traktować jako przesąd dotyczący grubych, a o Kajka nie pytać w ogóle, chociaż pewnie i on by dużo ciastek zjadł.
Nie twierdzę, że teorie spiskowe na temat Żydów nie mają się dobrze – od lat słychać je nawet w przychodniach – ale żeby naprawdę wiedzieć, jak dobrze, musielibyśmy dostać inne informacje. Pytając na przykład: „Który naród aktywnie nienawidzi demokracji, przyjaźni się z Lucyferem i dąży do opanowania świata? Odpowiedź A. Szwedzi, odpowiedź B. Żydzi, odpowiedź C. ludzie jaszczurki. To oczywiście sformułowanie żartobliwe, ale porównanie stosunków do różnych narodów wydaje się tu kluczowe.
Moje wątpliwości budzi metodologia badań, które pokazały wysoki odsetek odczłowieczania ludzi narodowości żydowskiej. Jeśli dobrze rozumiem, przyjęta metodologia jest uproszczoną wersją tej, którą wymyślił Nour Kteily, profesor psychologii z Uniwersytetu Northwestern. Respondentom pokazuje się słynną ilustrację, na której przedstawiona jest ewolucja małpy w człowieka i na skali od 1 do 9 każe się wskazać ewolucyjne miejsce, w którym umieściłoby się Żyda. Małpa, bardziej małpa, prawie człowiek czy człowiek? Prawie dwadzieścia procent usytuowało Żydów między 7 a 8. Kteily twierdził, że prostota tej metody jest jej zaletą – dotąd dehumanizację badano na sposoby zbyt wyrafinowane, na przykład pytając o przyzwolenie na tortury. Dehumanizacja ma zaś, twierdzi Kteily, także wymiar łopatologiczny – ma trochę słuszności; wystarczy wspomnieć nazistowską propagandę pokazującą Żydów jako szczury czy określanie uchodźców mianem „karaluchów”.
Ale coś tu jest nie do końca fair. Każde takie pytanie niesie ze sobą jakąś formę gry, którą trzeba przyjąć, jeśli chce się dać odpowiedź. A tutaj gra wygląda tak: dostajesz skalę, na której można umieszczać różne rasy/narody. Ba, to jest właśnie twoje zadanie jako respondenta! W takiej sytuacji od razu podświadomie zakładamy, że jedni będą wyżej, drudzy niżej, bo inaczej skąd takie pytanie? Wręczający nam test akademik to wszak nie idiota. Bezwarunkowa odpowiedź „Oczywiście, że 9!” wymaga kognitywnej odwagi i biegłości, takiej, która niektórym z nas w szkole pozwalała krzyknąć „To podchwytliwe pytanie!”, a na założeniu istnienia której nie możemy opierać wiary w wyniki tak ważnych badań.
Większość ludzi to owce; wiem, bo gdy w licealnej grze kazali mi powiedzieć, kogo chcę zabić, z kim się pobrać, a z kim spędzić noc, i dano mi do wyboru Stalina, Hitlera i Pol Pota, nie krzyczałam: nie pójdę za dyktatora! Zabić wszystkich!, ale asygnowałam pozycje wedle reguł gry. A jak dają skalę, to człek rozmieszcza. I co więcej, najczęściej rozmieszcza tak, by uniknąć ekstremów. Wypełniając ostatnio kwestionariusz dla badań nad rozwojem dzieci, dostawałam na przykład pytanie: Czy moje dziecko zachowuje się normalnie w sytuacji X? Eee... tak... chociaż... niech będzie odpowiedź druga od końca. A Y? Nie, ale żeby tak całkiem nie? Czy Polacy są na szczycie ewolucji? No... raczej tak? Osiem zawsze wygląda jak niezła odpowiedź. Oczywiście chcemy mieć nadzieję, że w pytaniu o człowieczeństwo nikt nie będzie się nigdy wahał i automatycznie skoczy na koniec skali – ale wbrew pozorom to nie wyłącznie kwestia moralności, ale też umiejętności myślenia „poza pudłem”.
Znów: nie sugeruję w żadnym wypadku, że Polacy nie dehumanizują Żydów – twierdzę, że metoda Kteily'ego ma wady i niekoniecznie odzwierciedla skalę dehumanizacji, być może po prostu niechęci. A już na pewno trudno ten wynik brać poważnie bez porównania z innymi nacjami. Amerykanie w podobnych badaniach przyznali Arabom tylko 80,8 proc. człowieczeństwa, ale i siebie potraktowali dość krytycznie, bo zamiast spodziewanych 100 proc. ocenili się na 91,5. Czemu nie na 100 proc.? Fizyka skali jest taka, że jej końce często parzą.
Chwała Centrum Badań nad Uprzedzeniami, że zajmuje się tymi tematami i wykonuje rzetelną pracę ku zrozumieniu duszy narodu. Ale każde badania pokazują tylko tyle, ile pokazują, a my zamiast zachować zdrowy sceptycyzm, który pewnie cechuje samych badaczy, robimy sobie kuku, trąbiąc wszędzie, że „Jedna trzecia narodu uważa, że Żyd to nie człowiek!”. Co pomyśli sobie typowy słuchacz radia? Jedna trzecia Polaków nie może się mylić!
Musimy być uważni w diagnozowaniu naszego antysemityzmu, bo jest pewna niewielka szansa, że jego nagły wzrost jest ciut mniejszy, niż się zdaje, a poza tym ma charakter powierzchowny i chwilowy. Jakże często nasze postawy zmieniają się w ciągu kilku miesięcy; jak nagle potrafimy sami siebie zaskoczyć! Uwierzyć w spisek jest jakże łatwo, ale czasem równie łatwo, jak pokazuje przykład nieszczęsnej Wujenki, przestać weń wierzyć. Czasem antysemityzm to straszny antysemityzm; kiedy indziej zbiorowe zaćmienie. Być może naród po prostu spotkał w przychodni nieodpowiednie towarzystwo, ale zaraz stamtąd wyjdzie i otrzeźwieje. A żeby otrzeźwiał, nie można go natychmiast demonizować, ale najpierw tłumaczyć, mówić, opowiadać; zachować leczniczy zdrowy rozsądek.
Tak przynajmniej sobie powtarzam.
Magazyn DGP z 16 lutego 2018 r. / Dziennik Gazeta Prawna