W obozie rządowym zapanowała atmosfera miodowego miesiąca. Wbrew przestrogom obrońców Beaty Szydło sondaże się nie pogorszyły. Na internetowych forach coraz więcej zaniepokojonych początkowo zwolenników PiS deklaruje zachwyt awansem Mateusza Morawieckiego. Pojawia się argument: taki sprawnie poruszający się na europejskich salonach polityk to może być dobra broń albo lekarstwo na ewentualny powrót Donalda Tuska.
Reklama
Gdy śledziło się debatę nad exposé nowego premiera w Sejmie, można było odnieść wrażenie na podstawie mowy ciała, gestów, mimiki, że Jarosław Kaczyński zachowywał się inaczej, niż kiedy śledził wystąpienie swojej poprzedniej nominatki. Gdy oklaskiwał nowego szefa rządu, czuło się entuzjazm.

Reklama
Ale była też inna osoba, która tak się zachowywała – Andrzej Duda, dla którego specjalnie przesunięto czas exposé, aby mógł je śledzić z loży. Prezydent omal się nie zrywał z miejsca w pewnych momentach. Można powiedzieć, że nowy premier pogodził go z jego dawnym obozem. Są już symptomy tej zmiany, choćby zgoda na końcowy kształt sądowych ustaw.
Reakcje prezydenta wskazują na to, że choć konfiguracji z Morawieckim nie wymyślił, to zainwestował w nią psychicznie, podobnie jak i Kaczyński. U prezesa może to być nadzieja na wykreowanie następcy. A u Dudy? Oczekiwanie na to, że władzę objął ktoś, kto będzie go przynajmniej szanował. Może czasem słuchał.
Tym to ciekawsze, że jedną rozgrywkę Duda przegrał. Odgrażał się, że zablokuje nominację Antoniego Macierewicza w momencie rozdawania tek do nowego rządu. Nie zdecydował się na to. W styczniu całego rządu powoływać się już nie będzie, choć możliwe są zmiany poszczególnych ministrów. Jeśli Morawiecki z Kaczyńskim uzgodnili, że Macierewicz zostaje, prezydent nie ma formalnego pola do wtrącania się w to. A takie sygnały płyną z otoczenia prezesa PiS. – Nie chcemy nowych burz – słyszę lapidarne odpowiedzi.
Skąd więc prezydenckie odprężenie? Jego współpracownicy tłumaczą, że 45-latek Duda poczuł podczas rozmów więź pokoleniową z 49-latkiem Morawieckim. Z Szydło takiej więzi nie było i to nie tylko z powodów metrykalnych (pani premier: rocznik 1963). Na początku Duda, dobrze znający Szydło z kampanii, liczył na współdziałanie. Ona zaś bała się nawet spotkań z nim. Czuła się za słaba, bała się podejrzeń o samodzielne gry.
Zdaje się, że Morawiecki obiecał prezydentowi „dyscyplinowanie” Macierewicza w razie kolejnych starć na linii pałac – MON. Premier Szydło nie wiedziała, czy jej wolno to robić. On być może jako upragniony sukcesor prezesa się tym nie przejmuje. Możliwe jednak, że cały obóz (czyli prezes) poszedł po rozum do głowy, uznając, że lepiej prezydenta nie drażnić. I Morawiecki wykonuje wolę obozu.
Wprawdzie prezydent Duda nie będzie jeździć na szczyty unijne, ale nie było to żądanie jego samego, raczej pomysł Kaczyńskiego związany z wizją jego premierostwa. Mówi się jednak nadal, że Krzysztof Szczerski, człowiek prezydentowi osobiście bliski, miałby zostać szefem MSZ. Co więcej, wiele wskazuje na to, że PiS podjął wysiłek konsultowania strategicznych ustaw z prezydentem już podczas prac nad nimi. To Dudzie przypisuje się wymuszenie kilku ustępstw partii rządzącej w kodeksie wyborczym.
Sama logika sporu politycznego pchnęła prezydenta ku dawnym kolegom. Przez moment jego sądowe weta postawiły go obok opozycji. Stał się przedmiotem kampanii środowisk okołopisowskich. Ale teraz znów jest wrogiem numer jeden dawnego mainstreamu, bo zauważono, że ustawy, uchwalone w ogólnych zarysach zgodnie z jego projektami, zmieniają fundamentalnie logikę wymiaru sprawiedliwości. Źródłem mandatu sędziów przestaje być korporacja, a stają się politycy.
Miodowy miesiąc Morawieckiego to w jakiejś mierze miodowy miesiąc nowej kohabitacji pisowskiego prezydenta z jego obozem. Choć otwartą pozostaje kwestia, czy „więź pokoleniowa” wystarczy, aby okazało się to trwałe. Każdy, kto zna Macierewicza, wie, że cofnął się chwilowo. Starcia MON z prezydenckimi poglądami i wpływem na armię znów się zaczną. Gdyby to zależało od Morawieckiego, sam wymieniłby tego ministra. Zarzucał mu – słusznie – chaos i kunktatorstwo, przede wszystkim niewydawanie pieniędzy na obronność. Ale jeśli odrzucimy fantastyczny scenariusz zaskoczenia, że w styczniu nowy premier pozbywa się jednak krnąbrnego ministra, to prezydent i tak zostanie poddany nowym próbom cierpliwości.
W ostateczności ten rząd pozostanie rządem niespecjalnie dzielącym się z kimś innym władzą. Ustrój państwa nie będzie zmieniony na bardziej prezydencki. Ani w praktyce, ani tym bardziej formalnie. Morawiecki słowem nie wspomniał o debacie konstytucyjnej, na której tak prezydentowi zależało. Zna pogląd Kaczyńskiego: obecny ustrój jest najmniejszym złem.
Jeśli premier coś obiecał prezydentowi, dotrzyma, albo i nie. Był przecież tym, który jako pierwszy krytykował w lipcu prezydenckie weta. Zdawał wtedy swój egzamin z pisowskiej prawowierności. Pewnie będzie traktował głowę państwa bardziej kurtuazyjnie, to zabrzmiało już w exposé. Zdaje się, że i to robi za przyzwoleniem Kaczyńskiego. Nie oznacza to dla Andrzeja Dudy trwałych gwarancji, choć zmiana atmosfery na korzystniejszą dla prezydenta stała się faktem.