Kończy się taryfa ulgowa: Polski rząd porusza kwestie zupełnie drugorzędne, a po wyborach w Niemczech unijny pociąg po prostu nam odjedzie

Polska Niemcy
Tutaj nie ma co się obrażać ani odwracać plecami, tylko siąść do stołu i rozmawiać ShutterStock
24 września 2017

- Niemcy stawiają na odnawialne źródła energii, my na węgiel. Różnie postrzegamy politykę migracyjną. To są wszystko problemy, które musimy rozstrzygnąć w ramach Unii. Tutaj nie ma co się obrażać ani odwracać plecami, tylko siąść do stołu i rozmawiać - mówi Anna Wolff-Powęska politolog z SWPS, była dyrektor Instytutu Zachodniego w Poznaniu

3094737-anna-wolff-poweska-politolog-z.jpg
Anna Wolff-Powęska politolog z SWPS, była dyrektor Instytutu Zachodniego w Poznaniu
3094483-magazyn-okladka-22-wrzesnia.jpg
Magazyn okładka 22 września

Na zakręcie. Oczywiście mają miejsce kontakty instytucjonalne, rutynowe wizyty i spotkania w ramach Unii Europejskiej, natomiast problemem jest coraz bardziej bojowa retoryka rządu polskiego.

Destrukcja dialogu i pogorszenie klimatu politycznego mogą mieć tylko negatywne następstwa. Politycy niemieccy, ci życzliwi Polsce, pytają: co się stało, sąsiedzie? Niemcy w ostatnim czasie nie dały żadnego powodu ani do agresywnego tonu, ani do wysuwania roszczeń, takich jak reparacje. Ale prawdziwe konsekwencje będą miały miejsce w ramach UE. Na arenie europejskiej polska i niemiecka narracja zupełnie się rozchodzą. A przecież są to kwestie, które można negocjować. Jednak postawa, która kompromis i dialog interpretuje jako zdradę narodową i podporządkowanie się silniejszemu, wyklucza szukanie porozumienia i rozwiązywanie problemów.

Tak naprawdę nie wiadomo tylko tego, kto będzie koalicjantem CDU/CSU. Natomiast kanclerz Angela Merkel, która dotąd do polskich pretensji, zarzutów czy nawet obelg ze strony polityków PiS i jego zwolenników podchodziła z dużym zrozumieniem, skończy z taryfą ulgową. Lokomotywa francusko-niemiecka ruszy szybko do przodu, a my zostaniemy w ogonie peletonu. Jak powiedział prezes Jarosław Kaczyński, możemy być nawet samotną wyspą. Tylko że nie będzie to ani wyspa wolności, ani solidarności. Bo z kim mielibyśmy być solidarni, skoro zostaniemy sami z naszymi pretensjami?

To chyba najbardziej newralgiczny problem w stosunkach polsko-niemieckich. Mimo zapewnień Brukseli o dywersyfikacji dostaw gazu i uniezależnieniu Europy od dostaw Gazpromu kontynuuje się jego budowę. Niemcy ponoszą za to winę, a właściwie biznes niemiecki, który jest zaangażowany w Nord Stream 2. Jest to z całą pewnością punkt krytyczny i to nie tylko dla Polski – wymagałby większych starań ze strony niemieckiego rządu, aby do tego nie dopuścić. Ale wydaje się, że jest to już nie do powstrzymania. Nie ma tu jednak związku przyczynowo-skutkowego z wysuwaniem roszczeń i posługiwaniem się historią jako narzędziem szantażu politycznego. Nie jest to właściwa droga do układania dobrosąsiedzkich stosunków na przyszłość.

To jest w ogóle źle sformułowane pytanie. Nie lubię używać słowa pojednanie w stosunku do narodów, bo jednać to się mogą pojedynczy ludzie. Natomiast polityka zbliżenia czy normalizacji nie była przecież domeną wyłącznie gabinetu Mazowieckiego, ale i kolejnych rządów III RP. Na tych fundamentach oparły się oba ważne traktaty polsko-niemieckie: graniczny i o dobrym sąsiedztwie. Odwoływały się one do listu biskupów polskich do biskupów niemieckich z 1965 r. (w którym padło słynne sformułowanie: „Wybaczamy i prosimy o wybaczenie” – red). Nie miało to oznaczać zapomnienia czy zamazania win z czasów wojny. Chodziło o to, żeby przeszłość nie była źródłem antagonizmu, tylko stanowiła swoiste memento, motywację dla zacieśnienia współpracy i stworzenia więzi społecznych. W dzieło jednania zaangażowały się lokalne i regionalne środowiska, reprezentujące kulturę, naukę, gospodarkę. Ruszyły inicjatywy poszerzenia wymiany młodzieży, powstawały jak grzyby po deszczu miejsca dialogu i spotkań polsko-niemieckich. Wypełniano życiem traktaty. Dzięki temu po ponad 20 latach udało się stworzyć solidny fundament normalizacji wzajemnych stosunków. W ostatnich 2 latach tych wszystkich ludzi napiętnowano jako zdrajców i służalców, którzy „skamlą u furtek niemiecko-unijnych”, jak wyraziła to posłanka PiS Krystyna Pawłowicz. To jest nie tylko niezwykle krzywdzące, ale również rodzi pytanie, co w takim razie rząd chce zaoferować w zamian? Bo jeśli dotychczasowa współpraca mu nie odpowiada, to samo hasło „wstawania z kolan” nie wystarczy.

Dla kogo Kohl jest patronem polsko-niemieckiego zbliżenia? Dla mnie – nie. Był w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu. Sprawował wtedy urząd kanclerski. Patronami i inicjatorami pojednania byli dla mnie anonimowi członkowie Pax Christi i Akcji Znak Pokuty – Służby Pokoju (założone w 1958 r. niemieckie stowarzyszenie pokojowe, którego celem jest wychowanie młodzieży niemieckiej w duchu pojednania z narodami prześladowanymi przez nazistów i które podkreśla niemiecką odpowiedzialność za II wojnę światową –red.), którzy od końca lat sześćdziesiątych przyjeżdżali do Polski i nawiązywali kontakty z „Tygodnikiem Powszechnym”, środowiskiem „Więzi” i Klubami Inteligencji Katolickiej. Odwiedzali Auschwitz, uczestniczyli w seminariach Anny Morawskiej (publicystka katolicka, pionierka dialogu polsko-niemieckiego – red.). Ze strony polskiej wymieniłabym przedstawicieli świeckich elit katolickich, jak Mieczysław Pszoniak, Ludwik Stomma, Władysław Bartoszewski, Jerzy Turowicz czy Krzysztof Kozłowski. To byli ojcowie pojednania, a nie politycy. Oczywiście w podręcznikach szkolnych zobaczymy fotografię z mszy w Krzyżowej, w której uczestniczyli Kohl i Mazowiecki. Społeczeństwa potrzebują symboli. Ale treścią zbliżenia polsko-niemieckiego była praca organiczna, wykonywana przez ostatnie 50 lat.

Oczywiste jest, że doktryna o przedwojennych granicach Niemiec już nie obowiązuje. Granica polsko-niemiecka została uznana traktatowo w 1990 r. Nie twierdzę, że nie ma różnic interesów w polityce obu państw. Nie oznacza to, że jesteśmy w sytuacji granicznej. Unia wyznacza wspólny kierunek drogi. Jesteśmy państwami demokratycznymi, partnerami w UE. Ale sojusznik musi być wiarygodny, przewidywalny i mieć zaufanie do partnera. Dzisiaj go zabrakło. Obywatele oczekują jednak na racjonalną odpowiedź, z jakiego powodu.

Jak nie ma żadnego innego problemu, to zawsze wyciąga się kwestię braku szkół polskich w Niemczech i problem Polonii. Przy bliskości geograficznej i otwartych granicach Polacy w Niemczech mogą zaspokoić wszystkie swoje potrzeby. Są polskie organizacje, radio, kabarety, prasa, lokale, dostęp do polskiej telewizji. Polacy w Niemczech mogą angażować się politycznie, jak chociażby niemieccy Turcy – przywódcą partii Zielonych jest Cem Özdemir, polityk o tureckich korzeniach. Niemcy nie zmienią swego prawa. Uznają za mniejszości tylko cztery grupy: Duńczyków, Fryzyjczyków, Serbołużyczan oraz niemieckich Romów i Sinti. Natomiast trzeba podkreślić, że polsko-niemiecki traktat o dobrym sąsiedztwie z czerwca 1991 r. daje Polakom w Niemczech takie same prawa, jakimi cieszą się Niemcy w Polsce. Nie stwarzajmy problemów tam, gdzie ich nie ma.

W stosunkach wzajemnych status Polaków w Niemczech nie ma żadnego znaczenia. Jest problem nauczania języka polskiego, ale tutaj trzeba dobrej woli z dwóch stron i rozmów, a nie zaostrzania sytuacji politycznej.

Potrzebny jest wysiłek ze strony niemieckiej, ale i polskiej. Muszą znaleźć się nauczyciele, powstać podręczniki. Bo nie brakuje ludzi zaangażowanych w krzewienie polskiej kultury w Niemczech. Obserwuję także wśród młodych, niemieckich badaczy ogromne zainteresowanie naszą historią i językiem. Sama byłam wiele lat w jury przy ambasadzie w Berlinie, które nagradzało najlepsze prace Niemców o Polsce. Żałuję tylko, że polski rząd nie funduje stypendiów dla niemieckich badaczy. To najlepsza droga do pozyskania sobie adwokatów dla polskich interesów na Zachodzie.

W naszych stosunkach bilateralnych nie ma problemów nierozwiązywalnych. Natomiast Polska i Niemcy mają zupełnie odmienne widzenie swojego miejsca w Europie. Spraw jest masa: od ochrony środowiska do spraw klimatu i polityki energetycznej. Niemcy stawiają na odnawialne źródła energii, my na węgiel. Nie wspominając już o kompletnie różnym postrzeganiu polityki migracyjnej. To są wszystko problemy, które musimy rozstrzygnąć w ramach Unii. Tutaj nie ma co się obrażać ani odwracać plecami, tylko siąść do stołu i rozmawiać. Po wyborach team niemiecko-francuski ruszy do przodu. Trzeba zrobić wszystko, by nie było Europy dwóch prędkości. Tymczasem u nas stawia się na pierwszym miejscu kwestie godnościowe i tożsamościowe. W Europie liczą się sprawy bezpieczeństwa wewnętrznego, terroryzmu, stosunku do Turcji, Rosji czy USA. To są problemy wymagające inicjatywy i szukania wspólnych rozwiązań.

Polski nikt nie zmusza do bycia w Unii Europejskiej. Jeśli będziemy torpedować działania Brukseli bez przedstawiania alternatywy, to po prostu unijny pociąg odjedzie bez nas. A my zostaniemy sami. Nie mamy żadnych sojuszników. Nasi partnerzy w Grupie Wyszehradzkiej są bardziej pragmatyczni. Nie obchodzi ich nasze zadufanie.

Niemcy stawiają na odnawialne źródła energii, my na węgiel. Różnie postrzegamy politykę migracyjną. To są wszystko problemy, które musimy rozstrzygnąć w ramach Unii. Tutaj nie ma co się obrażać ani odwracać plecami, tylko siąść do stołu i rozmawiać

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: MAGAZYN Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.