Donald Tusk był biernym szefem Rady Europejskiej, a kształt wspólnotowej polityki wschodniej – w tym nałożenie sankcji na Rosję – to zasługa Berlina. Gdyby na miejscu Tuska był na przykład włoski socjalista, sankcji w ogóle nie udałoby się utrzymać. Dwa powyższe stanowiska wyglądają na sprzeczne. Ku pierwszemu przychyla się Prawo i Sprawiedliwość, forsujące z uporem godnym lepszej sprawy własnego kontrkandydata. Drugie słyszymy z ust obrońców byłego premiera. Paradoksalnie, da się je pogodzić.
Zacznijmy od tego, że ocena polityki przewodniczącego Tuska – także w kontekście wschodnim – jest i musi być uznaniowa. Trudno ją zmierzyć liczbą rozporządzeń czy ustaw lub ocenić na podstawie ich treści, bo szef Rady Europejskiej to nie premier RP. Gdy były lider Platformy Obywatelskiej zaczynał urzędowanie, jego współpracownicy i przychylne mu media szermowały wręcz tytułem „prezydenta Europy”, lansując tezę, że oto Polak obejmuje najważniejszy urząd w Unii Europejskiej.
Teraz dość podobną retoryką posługują się ówcześni krytycy takiej postawy z PiS – a przynajmniej wynika to wprost z ich zarzutów o bierność i o to, że Tusk „nic dla Polski nie załatwił”. Tymczasem poza kierowaniem pracami zbierającej się co do zasady dwa razy na rok Rady Europejskiej, Traktat o UE przypisuje jej przewodniczącemu jedno kluczowe, ale ukryte za wspólnotową nowomową uprawnienie. „Przewodniczący (...) wspomaga osiąganie spójności i konsensusu w Radzie Europejskiej”.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.