Przewodniczący Rady Europejskiej ma wiele twarzy. Która jest prawdziwa?
Oportunista z głównego nurtu czy sprawny gracz, który zrozumiał logikę unijnej poprawności politycznej? Nicnierobiący biurokrata czy doskonale wyczuwający wiatr historii analityk kryzysu europejskiego? Bezkrytyczny zwolennik polityki otwartych drzwi wobec migrantów czy pierwszy poważny recenzent błędów Angeli Merkel? W kampanii o drugą kadencję Donalda Tuska pojawiły się skrajne charakterystyki przewodniczącego Rady Europejskiej. Żadna nie była prawdziwa. Tusk przez nieco ponad dwa lata zbudował własną markę w Brukseli, której nie sposób przedstawić w układzie zero-jedynkowym.
Były premier Polski obejmował unijny urząd, kiedy Europa wciąż była w szoku po rosyjskiej agresji na Ukrainę. Uczestniczył w negocjacjach dotyczących trzeciego pakietu ratunkowego dla Grecji, których wynik stanowił o być albo nie być strefy euro. Walczył też o to, aby Wielka Brytania pozostała w Unii, a potem zmagał się z następstwami brytyjskiego referendum. Doświadczył też tego, w jakim stopniu kryzys migracyjny nadwyrężył europejską solidarność, sprzeciwił się więc polityce drzwi otwartych. Wreszcie jako jeden z pierwszych zaczął głośno mówić, że „więcej integracji” nie jest uniwersalnym panaceum na unijne bolączki.
Klientelizm i emancypacja
Reklama
Te wszystkie doświadczenia nie pozostały bez wpływu na samego Tuska, który w trakcie piastowania swej funkcji przeszedł znaczącą ewolucję. Kąśliwie podsumował ją tygodnik „Der Spiegel” w marcu ub.r.: „Zdarzało się, że kiedy Angela Merkel wchodziła do sali konferencyjnej w gmachu Rady Europejskiej w Brukseli, Tusk kłaniał się nisko i chwytał jej dłoń. Potem całował ją tak zmysłowo, że nawet Merkel – przywykła do wielu przejawów czołobitności – spoglądała z kpiącym zmieszaniem na pochyloną głowę byłego premiera Polski”. Tygodnik skontrastował to z późniejszą, mniej czołobitną postawą Tuska, kiedy przewodniczący RE dziękował na Twitterze za zamknięcie szlaku bałkańskiego – pomimo trwających miesiące starań szefowej niemieckiego rządu, aby temu zapobiec. O migrację starł się też z przewodniczącym Komisji Europejskiej Jean-Claudem Junckerem, autorem planu rozdzielania między kraje UE kwot uchodźców.
Tusk pojawił się na giełdzie kandydatów o schedę po Hermanie Van Rompuyu dość późno – po fiasku szczytu w czerwcu 2014 r., na którym liderzy państw Unii mieli wybrać nowego szefa RE. Jego kandydaturę zaproponowała Angela Merkel (już w 2012 r. „Der Spiegel” pisał, że rozważa jego kandydaturę). Polak pasował do brukselskiej układanki, zgodnie z którą stanowiska obdziela się według klucza prawica – lewica, mały – duży kraj, zachód – wschód. W myśl tej zasady chrześcijański demokrata ze Wschodu pasował do Federici Mogherini – centrolewicowej Włoszki z Zachodu forsowanej przez Rzym na stanowisko szefa unijnej dyplomacji.

Reklama
Jego kandydaturę zatwierdzili europejscy przywódcy pod koniec sierpnia 2014 r. „Nic nie jest wystarczająco dobre dla Europy – włącznie z moją angielszczyzną. Będę ją więc szlifował” – powiedział wtedy Tusk. Szlifowanie przyniosło efekty. W wywiadzie udzielonym portalowi Politico nie chciał zdradzić, jak mu się udało w tak niedługim czasie (obejmował funkcję 1 grudnia, trzy miesiące po zatwierdzeniu) biegle władać angielskim. „Muszę to opatentować” – żartował.
Grecja. Skok na głęboką wodę
Na początku 2015 r. do władzy w Atenach doszedł Aleksis Tsipras, który zdobył poparcie, kwestionując politykę oszczędności. Już wtedy było wiadomo, że Grecji – mimo dwóch udzielonych pakietów ratunkowych – trzeba będzie pomóc jeszcze raz. Nowy minister finansów Janis Warufakis przyjął względem greckich wierzycieli – którzy mieliby zrzucić się na trzeci bailout – kurs kolizyjny. Powstał klincz trwający pół roku. Upadek strefy euro stał się realnym scenariuszem.
Kiedy Tusk wziął się za organizację szczytu ostatniej szansy na początku lipca 2015 r., nastroje były podłe. Grecja formalnie była bankrutem, chociaż słowa tego unikano jak ognia, by nie wzbudzać paniki. Europejski Bank Centralny wstrzymał kroplówkę podtrzymującą tamtejsze banki, Ateny wprowadziły więc limity na wypłaty gotówki, aby nie dopuścić do masowego wyciągania pieniędzy z kont (greckie banki utraciłyby płynność). A na dzień przed szczytem niemiecki minister finansów opublikował opracowanie, z którego płynął jeden wniosek – aby ratować euro, Grecję trzeba zmusić do opuszczenia strefy.
Negocjacje nad trzecim pakietem ratunkowym trwały na lipcowym szczycie 17 godzin non stop, co pewien grecki dyplomata porównał do „umysłowego waterboardingu”. Opisując tamtejszy szczyt, brytyjski dziennik „The Guardian” wskazywał na rolę Tuska, który niezmordowanie szukał kompromisu, zmuszając niechętne sobie strony do dalszych rozmów. Ostatecznie udało się wtedy osiągnąć porozumienie; Grecja otrzymała trzeci pakiet ratunkowy, a jedność strefy euro została uratowana.
Wkrótce Tusk stanął przed dwoma kolejnymi zadaniami, z którymi musiał mierzyć się jednocześnie: powstrzymanie przed opuszczeniem Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię oraz zapobieżenie kryzysowi migracyjnemu.
Brexit i migranci
Pierwsze zadanie oznaczało negocjacje nad pakietem ustępstw dla warunków członkostwa Londynu we Wspólnocie i uzgodnienie ich ze wszystkimi szefami rządów. Kluczową rolę grał czas, bo w Wielkiej Brytanii miało się odbyć referendum w sprawie członkostwa w Unii. Premier David Cameron obiecał wyborcom, że wynegocjuje w Unii satysfakcjonujące warunki. Tusk podróżował wtedy po europejskich stolicach, uzgadniając wspólne stanowisko w rozmowach z Brytyjczykami. Ostateczne decyzje w tej kwestii zapadły w lutym ub.r. Brytyjczycy otrzymali m.in. możliwość zaciągnięcia hamulca bezpieczeństwa, w razie gdyby liczba wypłacanych zasiłków dla imigrantów przekroczyła pewien poziom; obiecano im również, że nie będą musieli się nigdy dokładać do żadnego bailoutu.
Kiedy klamka nad pytaniem o przyszłość Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej zapadła, Tusk znalazł się w samym centrum debaty nad przyszłością Unii. Wyczuwając zmieniające się nastroje w Unii, jako jeden z pierwszych zaczął głośno mówić, że więcej integracji nie zawsze jest odpowiedzią na problemy Wspólnoty. W przeciwieństwie do Rompuya, który – jak okręt podwodny – zawsze operował pod powierzchnią, Tusk zdecydował się na ostateczne wynurzenie pod wpływem kryzysu migracyjnego, narastającej fali populizmu w Europie, a także brytyjskiego referendum.
Federalizm? Nigdy nie wierzyłem
„Narzucanie poetyckiej i de facto naiwnej euroentuzjastycznej wizji integracji totalnej nie jest odpowiedzią na nasze problemy. Po pierwsze dlatego, że nie jest to po prostu możliwe, a po drugie dlatego, że paradoksalnie wzmacnia to antyeuropejskie nastroje – nie tylko w Wielkiej Brytanii” – mówił na początku czerwca ub.r. na biznesowym szczycie w Brukseli. Wspomniał wtedy słowa Huberta Védrine’a, doradcy prezydenta François Mitteranda oraz byłego szefa francuskiej dyplomacji. „Wszędzie partie i rządy podskakują, krzycząc: „Więcej Europy, więcej Europy!”. Jeśli chcecie, aby ludzie zaczęli masowo odrzucać Europę, po prostu krzyczcie tak dalej”.
Dojrzały europejsko Tusk nie boi się mocnych słów. Kwestionował politykę Merkel. Odrzucił federalizm. Niedawno otwarcie skrytykował Donalda Trumpa. Polec może jednak w starciu ze swoim największym przeciwnikiem. Polakiem. Jarosławem Kaczyńskim.
Czy twoim zdaniem Donald Tusk powinien zostać wybrany na drugą kadencję? / Dziennik Gazeta Prawna