Jedni mają pieniądze i władzę. Drudzy transparenty, zachrypnięte od krzyku gardła, a czasem pały, kamienie, nawet butelki z benzyną. Co jakiś czas związkowcy oraz politycy do spółki z biznesem stają naprzeciw siebie, a ich starcie ma zapewnić równowagę w społecznym ekosystemie.
Nie ma się co czarować, że gdziekolwiek indziej na świecie (czy kiedykolwiek w historii) te stosunki wyglądały inaczej. Nie, zawsze i wszędzie jest tak samo.
Między bezpośrednimi starciami następują dłuższe bądź krótsze czasy pokoju, kiedy to strony mogą i powinny ze sobą współpracować. I tak się dzieje w większości cywilizowanych państw. Ale nie u nas. Tak swoją drogą, to paradoks dziejowy, że w kraju, który na niepodległość wybił się dzięki ruchowi związkowemu, ów ruch stał się belfegorem, którym straszą dzieci, i jednocześnie ulubionym chłopcem do bicia. W dużej zresztą mierze na własne życzenie.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.