Nazwy marek coraz częściej pojawiają się w tekstach piosenek, teledyskach i projektach artystycznych. Dla odbiorców to element opowieści, dla właścicieli znaków towarowych czasem powód do interwencji. Kiedy takie użycie zaczyna mieć znaczenie prawne?
Urszula Kopeć, adwokat, Kancelaria Radcy Prawnego dr Anna Banaszewska
ikona lupy />
Urszula Kopeć, adwokat, Kancelaria Radcy Prawnego dr Anna Banaszewska / Materiały prasowe / fot. Materiały prasowe

Kluczowe pytanie brzmi nie tyle, czy artysta wymienił w utworze nazwę produktu, lecz czy doszło do użycia znaku w obrocie gospodarczym w rozumieniu prawa własności przemysłowej oraz czy oznaczenie jest wykorzystywane w sposób, który może wyglądać jak promocja marki lub współpraca z jej właścicielem.

Innymi słowy, trzeba ocenić, czy przeciętny odbiorca może odnieść wrażenie, że marka sponsoruje projekt, współtworzy go albo że utwór w jakiś sposób promuje jej towar lub usługę.

A jeśli odpowiedź jest twierdząca?

Wtedy pojawia się ryzyko naruszenia prawa do znaku towarowego, zwłaszcza w przypadku znaków renomowanych.

Dobrze widać to na przykładzie głośnych dyskusji wokół twórczości Taco Hemingwaya, w której pojawiała się nazwa leku Solpadeine. Samo użycie nazwy produktu w tekście piosenki nie przesądza jeszcze o naruszeniu, ale wywołało pytania o dopuszczalność takiego przekazu i jego potencjalny charakter promocyjny.

Dla twórców czy producentów takie kryteria mogą brzmieć dość abstrakcyjnie. Jak przełożyć je na praktyczną ocenę projektu jeszcze przed premierą?

W praktyce pomocny jest prosty test kilku pytań, który pozwala szybko zorientować się w poziomie ryzyka. Przede wszystkim trzeba ustalić, czy:

  • nazwa marki jest wyłącznie elementem opowieści, czy ma działać jak chwyt marketingowy;
  • odbiorca może odnieść wrażenie współpracy z marką;
  • znak pojawia się wyłącznie w samym dziele, czy także w materiałach promocyjnych, zapowiedziach czy komunikacji w mediach społecznościowych;
  • wokół oznaczenia budowany jest dodatkowy projekt komercyjny, np. merchandising albo nazwa trasy koncertowej;
  • mamy do czynienia ze znakiem renomowanym, którego prestiż może zostać wykorzystany nawet bez wprowadzania w błąd.

Jeżeli odpowiedź twierdząca pojawia się przy kilku z tych punktów, ryzyko prawne wyraźnie rośnie i warto projekt skonsultować przed publikacją.

Czyli sama nazwa marki w tekście piosenki zazwyczaj nie wystarcza, żeby właściciel znaku skutecznie dochodził roszczeń?

W większości przypadków nie. Sama werbalna wzmianka o cudzym znaku towarowym, czyli użycie nazwy marki w warstwie literackiej utworu, bez eksponowania graficznego, bez sugerowania współpracy i bez elementu promocyjnego, rzadko wystarcza do skutecznego dochodzenia roszczeń.

Właściciel znaku musi wykazać, że doszło do jego użycia w obrocie gospodarczym oraz że naruszona została funkcja oznaczenia, np. poprzez wprowadzenie odbiorców w błąd albo czerpanie nienależnej korzyści z renomy. Dlatego w przypadku samego użycia nazwy produktu w tekście piosenki, jak właśnie Solpadeine w utworach Taco Hemingwaya, pole manewru właściciela znaku jest zwykle ograniczone.

Czy można wskazać typowe sytuacje, w których ryzyko sporu rzeczywiście rośnie?

Tak, można wyróżnić trzy poziomy ryzyka. Najniższy dotyczy sytuacji, w których nazwa pada w tekście jako element opowieści, bez eksponowania graficznego i bez kontekstu promocyjnego. W takich przypadkach trudno wykazać naruszenie.

Poziom średni pojawia się, gdy logo jest widoczne w teledysku albo materiałach wizualnych. Analiza jest wtedy bardziej złożona, bo trzeba ocenić sposób pokazania oznaczenia i jego kontekst.

Z kolei z najwyższym poziomem ryzyka mamy do czynienia, gdy znak staje się nazwą projektu, elementem kampanii albo podstawą sprzedaży gadżetów. Wtedy oznaczenie zaczyna pełnić klasyczną funkcję rynkową i argument o czysto artystycznym charakterze użycia staje się znacznie słabszy.

A co w sytuacji, gdy nazwa leku albo marki nie pojawia się tylko w tekście piosenki, lecz staje się pseudonimem artystycznym albo nazwą zespołu, jak w przypadku duetu XXANAXX nawiązującego do leku Xanax?

To sytuacja wyraźnie bardziej wrażliwa prawnie niż samo użycie nazwy produktu w tekście utworu. W takim przypadku oznaczenie zaczyna funkcjonować jak nazwa projektu artystycznego, a więc w praktyce jak znak dla usług rozrywkowych. Nazwa zespołu pojawia się przecież na biletach, w umowach koncertowych, w materiałach promocyjnych czy przy sprzedaży gadżetów. Z tej perspektywy jest znacznie bliższa klasycznemu użyciu znaku w obrocie gospodarczym niż pojedynczy wers piosenki.

Jakie działania mógłby w ewentualnym sporze podjąć właściciel znaku?

Mógłby np. próbować wykazać przede wszystkim ryzyko wprowadzenia odbiorców w błąd co do związku projektu z producentem leku albo zarzucać czerpanie nienależnej korzyści z renomy oznaczenia. Takie argumenty są szczególnie prawdopodobne wtedy, gdy oznaczenie jest intensywnie wykorzystywane w promocji albo przy sprzedaży towarów związanych z działalnością artys tyczną.

Czy można tu więc już mówić o naruszeniu prawa?

Nie, w praktyce bowiem duże znaczenie ma kontekst użycia oznaczenia i sposób jego odbioru przez publiczność. Sam fakt, że nazwa projektu nawiązuje do znaku towarowego, nie przesądza jeszcze o bezprawności, choć z pewnością zwiększa ryzyko sporu.

Gdy w utworze pojawia się nazwa leku, problem nie ogranicza się do prawa znaków towarowych. W jakich sytuacjach może dojść także do naruszenia przepisów o reklamie produktów leczniczych?

Produkty lecznicze są objęte szczególnymi regulacjami dotyczącymi reklamy i promocji. Jeżeli producent byłby w jakikolwiek sposób zaangażowany w przekaz albo czerpał z niego korzyści marketingowe, analiza musiałaby objąć także przepisy prawa farmaceutycznego.

W takiej sytuacji problem przestaje być wyłącznie cywilny. Pojawia się ryzyko kontroli organu administracji, nakazu zaprzestania określonego przekazu, a w określonych sytuacjach także sankcji finansowych.

Załóżmy, że przedsiębiorca widzi swoje logo w teledysku albo nazwę produktu w popularnym utworze. Jak powinna wyglądać jego rozsądna reakcja?

Powinna zacząć się od spokojnej oceny sytuacji i ustalenia, czy rzeczywiście doszło do naruszenia prawa do znaku towarowego. W praktyce warto odpowiedzieć przede wszystkim na trzy pytania: czy powstała realna szkoda, czy odbiorcy mogą zostać wprowadzeni w błąd oraz czy użycie wpływa na reputację marki.

A jeśli doszło do naruszenia?

Wtedy w pierwszej kolejności trzeba wezwać do zmiany określonych materiałów promocyjnych albo wycofania oznaczenia z komunikacji marketingowej. Dopiero gdy mamy do czynienia z rzeczywistym pasożytowaniem na renomie albo z wymierną szkodą, zasadne jest rozważenie roszczeń majątkowych.

Trzeba przy tym uwzględnić także aspekt wizerunkowy. Spór z popularnym artystą bywa medialny i może zwiększyć rozpoznawalność utworu bardziej niż samo użycie znaku.

A jak od strony praktycznej powinni zabezpieczać się twórcy i producenci?

Przede wszystkim warto analizować projekty przed premierą nie tylko pod kątem praw autorskich, lecz także znaków towarowych i regulacji sektorowych. Istotne jest również unikanie eksponowania cudzych oznaczeń w materiałach promocyjnych bez zgody właściciela znaku.

Bardzo przydatne są także odpowiednie postanowienia umowne z artystami, przewidujące odpowiedzialność za naruszenia praw osób trzecich oraz możliwość szybkiej modyfikacji materiałów w razie sporu.

A ubezpieczenie od ryzyk związanych z własnością intelektualną?

Warto je rozważyć, szczególnie przy większych projektach. Na polskim rynku nadal jest to rozwiązanie stosowane sporadycznie, ale w produkcjach międzynarodowych stanowi standard.

W zagranicznych sporach sądy często podkreślają znaczenie wolności wypowiedzi artystycznej. Czy w polskich realiach to również skuteczna linia obrony?

Tak, ale nie jest to ochrona bezwarunkowa. Także w Polsce sądy ważą ochronę renomy przedsiębiorcy z wolnością wypowiedzi. Argument artystyczny ma znaczenie zwłaszcza wtedy, gdy znak jest elementem komentarza społecznego, krytyki albo stylizacji.

Granica pojawia się jednak w momencie, gdy oznaczenie zaczyna pełnić funkcję handlową. Wtedy przestajemy rozmawiać wyłącznie o twórczości, a zaczynamy o rynku. I to jest w praktyce najważniejsza wskazówka zarówno dla przedsiębiorców, jak i dla twórców. O wyniku sporu zwykle nie decyduje sama obecność nazwy marki w utworze, lecz sposób wykorzystania znaku poza samym dziełem. ©℗

Rozmawiała Izabela Rakowska-Boroń