Należy skończyć z tanim projektowaniem prowadzącym do obniżenia jakości i wzrostu kosztów realizacji inwestycji. Drogą do tego jest przebudowanie zasad wyceny i wyboru wykonawców – mówi Anna Oleksiewicz, prezes Związku Ogólnopolskich Projektantów i Inżynierów.
Cztery propozycje zmian w przetargach, które przedstawił Związek w piśmie do ministra infrastruktury, oceniacie nie jako spór o stawki, lecz o jakość i bezpieczeństwo inwestycji publicznych? Dlaczego? Czy to faktycznie jest zagrożone?
Choć przyczyny niepowodzeń inwestycji bywają różne, w pierwszej kolejności za błędy niemal automatycznie obwinia się projektanta. Tymczasem proces projektowy, zwłaszcza przy inwestycjach publicznych, jest przedsięwzięciem złożonym, trwającym często wiele lat i zależnym od szeregu czynników, takich jak finansowanie, uwarunkowania terenowe czy środowiskowe. Mimo to w przypadku problemów w trakcie realizacji to projekt uznaje się za wadliwy, a projektant odpowiada zarówno za poważne uchybienia, jak i kwestie estetyczne.
W naszych propozycjach wskazujemy na jeden z kluczowych czynników wpływających na jakość i bezpieczeństwo inwestycji, czyli dominację kryterium ceny w przetargach na usługi projektowe i nadzorcze. Choć prawo pozwala wybierać oferty najkorzystniejsze, w praktyce często decyduje najniższa kwota, a kryteria pozacenowe mają charakter formalny i nie różnicują ofert pod względem jakości. Nie chodzi wyłącznie o poziom stawek, lecz o stworzenie warunków do realnej konkurencji jakością oraz zapewnienie adekwatnego wynagrodzenia za kompetencje i odpowiedzialność. W przeciwnym razie doświadczeni specjaliści odchodzą tam, gdzie ich praca jest lepiej wyceniana, a ich miejsce zajmują osoby z mniejszym doświadczeniem, co odbija się na jakości inwestycji i interesie publicznym.
Wdrożenie jakich rozwiązań proponuje Związek? Dlaczego wybór padł na takie właśnie propozycje zmian?
Zaproponowaliśmy cztery działania, które nie wymagają rewolucji legislacyjnej. Mieszczą się w obecnym systemie i mogą zostać wdrożone stosunkowo szybko. Wystarczy tylko, a może aż, chęć takiej zmiany po stronie publicznej.
Po pierwsze zaproponowaliśmy referencyjną cenę minimalną. A dokładnie, by w każdym przetargu został określony racjonalny próg cenowy dostosowany do charakteru i skali zamówienia, a oferty poniżej tego poziomu automatycznie podlegały procedurze wyjaśnień jako potencjalnie rażąco niskie. Dziś taka możliwość istnieje, ale próg wynika z ustawy i nie uwzględnia specyfiki konkretnego zamówienia.
Po drugie postulujemy wdrożenie jednolitej metodyki wyliczania tego progu. Wspólne zasady pozwolą na zbudowanie obiektywnego i przejrzystego systemu. Dlatego apelujemy, by minister infrastruktury określił w rozporządzeniu metodologię obliczania ceny minimalnej dla usług intelektualnych w budownictwie.
Po trzecie proponujemy realne wzmocnienie kryteriów jakościowych, tak, aby większą wagę miały doświadczenie zespołu, metodologia pracy, organizacja procesu i zarządzanie ryzykiem, a nie przede wszystkim cena.
Po czwarte wskazujemy na potrzebę opracowania katalogu praktycznych kryteriów jakościowych wraz z jasnymi wytycznymi ich stosowania, przygotowanych wyłącznie dla usług intelektualnych w budownictwie. To konkretne wsparcie dla zamawiających i narzędzie, które pozwoliłoby premiować te elementy, które rzeczywiście decydują o jakości usług projektowych i nadzorowych.
Czy Polska odstaje pod względem stosowanych rozwiązań na tle innych krajów w Europie?
W Polsce na projektowanie i usługi inżynierskie przeznacza się średnio około 1 proc. wartości inwestycji publicznych, podczas gdy międzynarodowe benchmarki wskazują poziom bliższy 5 proc.
Czy wcześniej były podejmowane próby, tego rodzaju zmian z przetargach? Co stanęło na przeszkodzie ich wdrożenia?
Działania prowadzimy od lat, apelując do zamawiających publicznych o realne stosowanie kryteriów jakościowych w przetargach na usługi projektowe i nadzorowe. Najczęstszą barierą jest obawa przed zarzutem braku gospodarności przy wyborze droższej, choć lepszej oferty, dlatego bezpieczniejszym rozwiązaniem wydaje się wybór najtańszy. Prawo mówi o wyborze oferty najkorzystniejszej, a nie najtańszej, a oszczędności na etapie przetargu często prowadzą do wyższych kosztów w trakcie realizacji inwestycji. W ostatnich latach udało się przekonać część zamawiających do zmiany podejścia, jednak wciąż są to raczej wyjątki niż rynkowy standard.
Czy konieczne dla poprawy sytuacji jest wdrożenie wszystkich zaproponowanych zmian, czy może dopuszczacie kompromis? Jeśli tak, to jaki?
Jeżeli oczekujemy realnej, a nie jedynie symbolicznej zmiany, te rozwiązania muszą zostać wdrożone równolegle. One tworzą system naczyń połączonych. Tu, gdzie problem na charakter systemowy, pojedynczy element nie jest wystarczający, by zmienić praktykę rynkową.
Jednocześnie nie podchodzimy do tego dogmatycznie. Nie chodzi o udowodnienie, że nasze propozycje są jedyną możliwą drogą. Działamy, by wreszcie uruchomić prawdziwy dialog o jakości w zamówieniach publicznych. Jeśli pojawią się inne dobre propozycje, jesteśmy otwarci na rozmowę. Kluczowy jest efekt: zmiana podejścia, nie autorstwo pomysłów.
Jakich działań ze strony resortu oczekujecie? Czy widać już jakąś inicjatywę we jego strony, czy problem został dostrzeżony?
Oczekujemy przede wszystkim realnego, a nie pozorowanego dialogu. Zależy nam na rozmowie, która nie kończy się ogólną deklaracją, że sprawa jest znana i trwają nad nią prace, po czym na wiele miesięcy zapada cisza.
Dziś wciąż dominuje bardzo zachowawcza mentalność, działanie z przekonaniem, że najbezpieczniejszą decyzją jest wybór najtańszej oferty. Potrzebujemy zmiany właśnie na tym poziomie: nie tylko przepisów, ale praktyki i sposobu myślenia.
Liczymy, że resort wraz z Urzędem Zamówień Publicznych i Prokuratorią Generalną RP odegrają rolę liderów tej zmiany. Bez ich aktywnego zaangażowania trudno będzie przejść z poziomu deklaracji do realnych standardów jakościowych.
Dlaczego właśnie teraz padła propozycja zmian z przetargach. Przecież niedoszacowanie pracy projektantów i inżynierów to nie jest problem nowy?
To prawda, problem nie jest nowy, podobnie jak nasze postulaty. Dotychczas nasze działania opierały się głównie na dialogu i argumentacji. A ta, choć merytoryczna, nie przynosiła realnej zmiany w praktyce przetargowej. Dlatego przeprowadziliśmy szczegółową analizę prawną i przygotowaliśmy konkretne, gotowe rozwiązania.
Moment nie jest przypadkowy. Po okresie spowolnienia, nadejdzie bardzo duża fala inwestycji infrastrukturalnych. Jeśli nie zmienimy standardów teraz, system ponownie zostanie zalany tanimi, niedoszacowanymi projektami, a skutki tego odczujemy przez kolejne lata.
Jakie konsekwencje i dla kogo oznacza utrzymywanie obecnej sytuacji? Kto zapłaci za brak zmian najwięcej?
Najwięcej zapłacą użytkownicy infrastruktury. W praktyce oznacza to nas wszystkich.
Z nadzieją obserwujemy ponowne uruchamianie inwestycji po okresie stagnacji. Jednocześnie wyrażamy obawy, że państwo nie jest systemowo przygotowane by sprostać skali nadchodzących wyzwań.
Jeżeli nie zmienimy zasad przygotowania inwestycji dalej będą wygrywać najtańsze oferty, projekty będą niedoszacowane, pojawiają się błędy, kolizje, opóźnienia i roszczenia.
W ostatecznym rozrachunku konsekwencje tych decyzji ponosimy wszyscy jako podatnicy, użytkownicy infrastruktury i uczestnicy gospodarki. Dlatego stawka tej dyskusji wykracza daleko poza interes jednej branży. To pytanie o to, czy potrafimy przygotowywać i realizować inwestycje publiczne w sposób odpowiedzialny, przewidywalny i bezpieczny z myślą o długofalowych efektach.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu