W tym roku inflacja zaskakiwała wszystkich. Dynamika wzrostu cen towarów i usług mocno rozkręcała się do wiosny, latem sięgnęła 5 proc., by na koniec wakacji zbliżyć się do 6 proc. Wydawało się, że taki stan nie wywołuje większych emocji u prezesa Narodowego Banku Polskiego i przewodniczącego Rady Polityki Pieniężnej Adama Glapińskiego.
Jeszcze widząc w sierpniu inflację na poziomie 5,4 proc., przekonywał, że szkolnym błędem byłoby reagowanie podwyżkami stóp procentowych na szoki podażowe, których źródłem są globalne wzrosty cen żywności, paliw czy nośników energii.
Po tym, jak dynamika wzrostu cen konsumpcyjnych podskoczyła do 5,8 proc., a ekonomiści zaczęli mówić, że pod koniec roku będzie sięgać 7 proc., szef banku centralnego publicznie zastanawiał się, czy to już czas, żeby „biesiadnikom poncz odstawić”, czyli zacząć wyłączać dopalacz w postaci niemal zerowych stóp procentowych. Wskazywał, że moment zaostrzenia polityki pieniężnej się zbliża, ale nikt z tej wypowiedzi nie wyczytał, że nastąpi on… kilkanaście godzin później. Wtedy to RPP nieoczekiwania podniosła stopy o 40 pb. Nikt takiego ruchu nie mógł przewidzieć, każdy był nim zaskoczony, szczególnie w kontekście oczekiwań, jakie prezentował prezes NBP i członkowie Rady.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.