Kryzysowy PR koncernu BP nie pozwala firmie schować głowy w piasek. Koncern bije się w piersi i bierze wszystko na siebie.
Najbardziej wstrząsnął ludźmi widok martwych żółwi morskich. Bo choć przewijały się też setki wściekłych, zagrożonych bezrobociem rybaków i wielka, czarna plama ropy sunąca w kierunku południowego wybrzeża USA, to jednak żółwie wyrzucone na plaże najbardziej wryły się widzom w pamięć. Do tego któryś z mieszkańców zagrożonej Luizjany napisał: „BP jest do bani (BP sucks)”. Największe stacje telewizyjne mogły oszczędzić pracy lektorom, zdjęcia mówiły same za siebie: BP odpowiada za katastrofę na niespotykaną dotąd skalę. Zaskakujące, że stacjom telewizyjnym wtóruje samo BP. Bije się w piersi i bierze wszystko na siebie. Oprócz miliardów, które straci na katastrofie, koncern może pożegnać się z wizerunkiem firmy przyjaznej środowisku.
Tony Hayward, szef BP, ma jednak w zanadrzu broń. To kryzysowy PR. W odpowiednich rękach narzędzie to pozwala przebić się w mediach ze swoją wersją wydarzeń. Już 22 kwietnia, gdy nie było jeszcze mowy o wycieku ropy, BP wydało komunikat, w którym jasno informowało, że przygotowuje się na ewentualny wyciek, i podało nawet skład flotylli, która mogłaby walczyć z plamą. Sam prezes koncernu mówił, że „nikt nie powinien mieć wątpliwości co do tego, że jesteśmy zdeterminowani, by ograniczyć wyciek ropy i ochronić środowisko morskie i nadbrzeżne przed jego skutkami”. Banały? Może, ale właśnie one powinny zaczynać każdą operację ratowania wizerunku, o czym często zapominają nawet korporacje warte setki miliardów dolarów.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.