Być może politycy będą się wystrzegać takich słów, jak zeszłoroczny bon mot premiera o tym, że wirus jest w odwrocie i nie trzeba się go bać. Cytowanie przez media tej wypowiedzi jesienią, gdy Polskę zalała druga i trzecia fala wirusa, stało się dla Mateusza Morawieckiego gorzką lekcją pokory. Dlatego obecnie narracja ma się zmienić w bardziej naturalny sposób, narzucając inny temat rozmowy. Termin nieprzypadkowy: z prognoz statystyków modelujących rozwój pandemii wynika, że w maju będziemy mieli najmniejszą liczbę dziennych przypadków, radykalnie też zmniejszy się liczba hospitalizacji.
To o tyle naturalne, że obserwując zachowania Polaków w ubiegły weekend, można powiedzieć, iż w sprawie pandemii głosujemy nogami. Tysiące osób, które w słoneczną niedzielą pojawiły się w parkach i na skwerach, dowodzą, że mamy już dość obostrzeń i życia w zamknięciu. Może stąd wczorajsze decyzje rządu, który przyspieszył o ponad tydzień otwarcie kin, teatrów, filharmonii i innych instytucji kultury. Czy zatem naprawdę pandemia się kończy? Prawda jest taka, że nic nie jest pewne na 100 proc.
Jak mówił DGP Pasi Penttinen z Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób, widać światełko w tunelu, ale wiele zależy także od nas, jak wielu z nas się zaszczepi. Inną wątpliwością są potencjalne nowe mutacje wirusa SARS-CoV-2. Jak mówi jeden z naszych rozmówców, probierzem jest Wielka Brytania. Tam liczba zgonów spadła niemal do zera, ale w ostatnim tygodniu delikatnie skoczyła liczba nowych przypadków. W Polsce są dwa ogniska mutacji indyjskiej, nieźle się też trzyma odmiana południowoafrykańska. – Koniec pandemii będzie można ogłosić, jak się skończy, a na razie ma się ona dobrze na całym świecie – mówi wirusolog Krzysztof Pyrć.
Do tej pory można było pokazywać, że wirus w odwrocie, ale pojawiły dane, które mogą niepokoić. Wczoraj i przedwczoraj liczba ujawnionych zakażeń była wyższa niż tydzień wcześniej. Do tego współczynnik zakażalności zaczął powolny marsz w górę, choć z niskiego poziomu. Spadek zachorowań był efektem masowych szczepień i wcześniejszych obostrzeń. Teraz widzimy efekty poluzowania. Dziś możliwe są trzy scenariusze. Najbardziej pożądany to wyszczepienie większości populacji, uzyskanie odporności populacyjnej i powrót do normalności na w miarę masową skalę. Scenariusz drugi to powtórka zeszłego roku, czyli wakacje z mniejszą liczbą przypadków, ale czwarta fala jesienią.
Wreszcie najgorszy scenariusz, czyli czwarta fala już teraz w związku z dominacją wirusa brytyjskiego, który łatwiej roznosi się na świeżym powietrzu. Wszystkie scenariusze zależą od szczepień. Dziś mamy 10 mln zaszczepionych pierwszą dawką i 3,6 mln drugą dawką. Ale zaczyna być widoczna niepokojąca bariera. Dotąd tempo szczepien ograniczała liczba szczepionek. Teraz jest nią chęć do przyjęcia preparatu. Rząd to dostrzegł, stąd kampania z Cezarym Pazurą. To jednak też pokazuje, że nadal nie wygraliśmy z wirusem. Można się najwyżej cieszyć ze spadku liczby zachorowań, zdejmowania maseczek czy otwierania gospodarki i restauracyjnych ogródków.
– To tak jakby dostać karnet na fitness i uważać, że to załatwia sprawę – zauważa prof. Pyrć. Jego zdaniem jesteśmy tuż przed metą: karnety, czyli szczepionki, może i są, ale trzeba jeszcze pójść na siłownię i poćwiczyć, czyli dać się ukłuć. Bez masowych szczepień i zachowania zdroworozsądkowego dystansu społecznego pandemia wróci i da nam kolejny wycisk. Na razie balansujemy na cienkiej linii, licząc, że nie będzie nowych mutacji, ludzie będą rozsądni, a wirus łaskawy.
Czy noszenie maseczek pozwala ograniczyć rozprzestrzenianie się koronawirusa
Czy noszenie maseczek pozwala ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusa (sonda) / Dziennik Gazeta Prawna