W ostatnich kilku latacj Polska kupiła potężne ilości zagranicznego sprzętu i choć w większości przypadków były to zakupy niezbędne, a zamienników nie jesteśmy w stanie wyprodukować sami, to czy nadal jesteś skazani, by na stałe polegać na zagranicznych dostawcach? Na pytania na temat zapowiadanej przez polityków polonizacji odpowiada Sławomir Kułakowski, prezes Polskiej Izby Producentów na Rzecz Obronności Kraju.

Polonizacja zakupów dla wojska nadal w sferze deklaracji

Wśród polityków bardzo popularne jest w ostatnich miesiącach hasło polonizacji produkcji zbrojeniowej. Premier Tusk mówił, że Polska „nie będzie już dłużej wielką skarbonką dla firm zagranicznych”. Jak pana zdaniem w praktyce przebiega operacja polonizacyjna?
Sławomir Kułakowski, prezes Polskiej Izby Producentów na Rzecz Obronności Kraju / fot. Materiały prasowe
ikona lupy />
Sławomir Kułakowski, prezes Polskiej Izby Producentów na Rzecz Obronności Kraju / fot. Materiały prasowe / Materiały prasowe / Dominik Deras

Na razie hasło polonizacji to głównie słowa. Jak się popatrzy na zakupy, to ogrom pieniędzy poszedł na import. Rozumiem, że nakupiono sprzętu w Korei Południowej czy Stanach Zjednoczonych, ale do niego potrzeba będzie części zamiennych. I tu pojawia się pytanie, czy Ministerstwu Obrony Narodowej wystarczy pieniędzy na polonizację, skoro wiele rzeczy jest już kupionych i to na kredyt. Tak samo zakupy, które będą finansowane z programu SAFE: to będzie kredytowanie kontraktów już podpisanych.

Deklaracje o polonizacji zakupów są jak najbardziej zasadne. Przede wszystkim remonty i serwis sprzętu, który kupiliśmy, muszą być robione w Polsce. Bo jak będzie wojna, czy nawet zagrożenie wojną, to nikt z daleka nie przywiezie części i nie będzie nam remontował sprzętu.

Skoro wiele już kupiono, to w jakim kierunku powinna iść polonizacja? Czy widzicie jakieś ruchy w tę stronę?

Tak, są pewne ruchy, ale głównie w postaci deklaracji. To nie są konkretne kontrakty. Trzeba najpierw zainwestować odpowiednie pieniądze, odtworzyć potencjał remontowy, który mieliśmy dawno temu, jeszcze w czasach, gdy sami remontowaliśmy sprzęt kupowany z ZSRR. Ten potencjał można odtworzyć nie tylko w oparciu o potencjał firm państwowych, lecz także prywatnych. Kierunek jest słuszny, ale pytanie, czy będzie on realizowany na podstawie jakiegoś sensownego planu.

Strategia dla przemysłu zalicza poślizg

Czy odpowiedzią na te potrzeby nie jest strategia rozwoju przemysłu obronnego, nad którą prace zaczęły się w 2025 r.?

Strategia miała być gotowa do końca roku, ale jak widać, jest poślizg. Może do końca stycznia coś ujrzymy. Zdążono tylko wymienić dyrektora departamentu przemysłu obronnego w MON. W ciągu roku to już trzeci. Jako izba wraz z przedstawicielami firm zbrojeniowych braliśmy udział w październiku w jednym spotkaniu dotyczącym strategii, gdzie informowano nas o postępach w jej opracowywaniu.

Bierzecie udział w jej przygotowaniu?

Nie byliśmy zaproszeni do rozmów dotyczących przygotowania tego projektu. Odnoszę wrażenie, że struktury rządowe wyobrażają sobie, iż same wszystko powymyślają i zrobią. Nie czują potrzeby konsultacji z takimi tworami jak nasza izba, która zrzesza 139 firm państwowych i prywatnych, ukierunkowanych na sektor obronny. Mamy pewną wiedzę, z której warto by skorzystać. Jednak machina państwowa jest nierychliwa.

Jak w takim razie pana zdaniem powinny wyglądać prace nad dokumentem mającym określić kierunki rozwoju przemysłu obronnego na najbliższą dekadę?

Mieliśmy nieco inne wyobrażenie na temat prac nad tą strategią. Sądziliśmy, że w pierwszym etapie państwo przedstawi swoje propozycje, a potem siądzie razem z przemysłem i przedyskutujemy, jak realizować strategię. Jesteśmy gotowi wziąć aktywny udział w jej opracowywaniu, ale wiadomo – na siłę się tam nie wciśniemy.

Jest wiele prywatnych firm, które mają potencjał, nawet właściwy park maszynowy, aby podjąć się remontowania i produkcji części do już nabytego sprzętu. Jest to tylko kwestia zakupu technologii i stworzenia jednego centrum remontowego dla określonego produktu.

Polskie firmy chcą produkować dla wojska

To czego potrzeba, aby polonizacja inwestycji zbrojeniowych stała się faktem?

Najważniejsze są mądre plany modernizacji technicznej, opracowane w oparciu o polski przemysł. A nie „akcyjność” czy kupowanie z półki, a potem dopiero zastanawianie się, jak to wszystko powiązać. Druga sprawa to pieniądze. Jeśli zgra się te dwie rzeczy, to całe utrzymanie i serwisowanie kupionego uzbrojenia da się zrobić w oparciu o potencjał polskich firm.

A czy polskie firmy są dziś gotowe, aby z marszu przestawić się na wykonywanie zamówień dla wojska?

To, że dziś dana firma prywatna nie działa w sektorze obronnym, ale np. motoryzacyjnym czy górniczym, nie oznacza, że nie może się dość szybko przestawić. Są park maszynowy, wykształceni ludzie, więc przejście na produkcję konkretnych elementów czy naprawę podzespołów jest prostsze i tańsze niż korzystanie z dotychczasowych rozwiązań i kupowanie u producenta.

Bardzo dużo firm prywatnych, które nie były do tej pory związane z sektorem zbrojeniowym, tworzy u siebie spółki wchodzące w tę produkcję. Chociażby Grupa Rekord stworzyła u siebie część obronną, jest Wielton Defence czy Ponar Defence. Coraz więcej polskich przedsiębiorstw akcentuje, że tworzy u siebie elementy obronne współpracujące z sektorem zbrojeniowym w charakterze kooperantów. Firmy starają się wykorzystywać moment, dopóki jest koniunktura. Pokazuje to branża motoryzacyjna, w której widać teraz tąpnięcie. I teraz jest czas, aby możliwości z branży moto wykorzystać i wejść w kooperację z sektorem zbrojeniowym. ©℗

Rozmawiał Wojciech Kubik